Strasznie zdziwiło mnie, gdy B., kobieta w kwiecie wieku, z dużym doświadczeniem związkowym i kilkoma sytuacjami przedołtarzowymi zaczęła opowiadać mi jaki jest jej typ mężczyzn.

REKLAMA
Opisała wszystko – od koloru oczu, przez wiek i sylwetkę, po długość męskości. Zapytałem się jej wprost: „B., czy kiedykolwiek umówiłaś się, spotkałaś tudzież znalazłaś się w jednym mieście z kimś, kto jest przynajmniej zbliżony do tego co mi opowiedziałaś?”. Oczywiście odpowiedź była przecząca. Dotychczas myślałem, że wymyślanie sobie idealnych partnerów czy partnerek jest domeną nastolatków i nadwrażliwych moli książkowych. Tak się składa, że kiedyś dotyczyły mnie obydwie kwestie, więc nieszczęśliwe miłości, ideały i bohaterów żadnych, bo nigdy nieistniejących bajek mam już za sobą.
Czy nie jest tak, że podoba nam się jedno, ale wiążemy się z czymś odrobinę innym? Że wszystkie kwestie wysokościowo – rozmiarowo – kolorystycznie – kulturystyczne są istotne do momentu, w którym poznamy kogoś, kto da nam ciepło, poczucie bezpieczeństwa i totalny luz? Nie wyobrażam sobie B., która leży w swoim małym domu w brudnych włosach, dłubiąc sobie w nosie (umówmy się, każdy czasem dłubie w nosie) i przytula się do muskularnego ramienia Pana Idealnego. No, chyba, że kupi go na zamówienie przez Internet. Ale ten ciepła z pewnością jej nie da.