Wystarczy tydzień bycia singlem by duchy przeszłości zaczęły Cię nawiedzać. Wojska ruszyły do ataku.

REKLAMA
Zmiana statutu na Facebooku jest oznaką wszystkiego. To, czy później tagujesz się w klubach czy w galeriach sztuki, czy wklejasz żenująco smutne piosenki czy wzorem M.I.A. powtarzasz "I don't give a shit".
Wystarczył tydzień. Ja, zajęty nową pracą i domem nie miałem czasu pomyśleć o jakiejkolwiek miłości – przeszłej czy przyszłej. Zostałem w tej sprawie szczęśliwie wyręczony. Już po kilku dniach zaczęły się podchody.
Na początku nieśmiałe, jakieś linki, jakieś komentarze, jakieś próby wyjścia na kawę. Na kawę, na którą z zasady nie chadzam, bo kawa jest dla mnie tylko porannym kopem w dupę na otrzeźwienie, a nie delicją, którą chcę się rozkoszować w sieciówce. Później telefon. Co robisz, jak żyjesz, jak złamany nos, jak po rozstaniu (nie rozumiem tego pytania – a jak niby ma być po rozstaniu?), jak nowa robota. Ok, ok, ok, ok, ok. Bo naprawdę jest ok. Nie narzekam, bo nie mam na co!
Wysyłanie wspomnień. A pamiętasz, jak...? Pamiętam, było fajnie. Było. I nie, nie spotkam się z Tobą, nie złapię za rękę i nie będę żył przeszłością. Już nie. Protect me from what I want – już we wtorek przeczytasz na moim przedramieniu wizytówkę. Cześć, jestem Pat i uchronię Cię przed wszystkim czego pragniesz. A jeżeli pragniesz życia przeszłością, to pamiętaj, że it's your party and you'll cry if you want to. To też przeczytasz we wtorek na moim ciele, którego już nigdy nie zobaczysz jak kiedyś.
Sentymenty na bok, mamy lato!