Znajomy umówił się na seks przez Internet. Przystojny, świetnie zbudowany, inteligentny. Nie wiem co prawda jakie znaczenie ma to ostatnie przy spotkaniu o jasnym charakterze seksualnym, ale nie zapomniał się pochwalić o swoim wyższym wykształceniu i sporym dorobkiem literackim.

REKLAMA
Długo zastanawiał się czy przyjść do umówionego faceta. Kusiło, bo mężczyzna idealnie w jego typie – łysy, przypakowany, lekarz i z własnym mieszkaniem. To ostatnie nie wydaje się o dziwo takie oczywiste, bo zdażały się ideały (jak łatwo nazwać kogoś ideałem na portalu randkowym!) mieszkające z mamą, siostrą, żoną czy trzema zakonnicami. Nie było łatwo.
Znajomy poszedł do niego, na bieżąco zdając mi relacje. Czułem się trochę jak Anita Werner w programie na żywo, ucząc inteligentnego, lecz zupełnie zielonego w tych sprawach faceta co ma zrobić, co powiedzieć i jaką przybrać pozę, by było miło i przyjemnie.
Mieszkanie faceta od razu wzbudziło podejrzenia mojego znajomego. Przestronna kawalerka, pseudoweneckie maski na podświetlonych na czerwono ścianach i włączony telewizor, oczywiście wielka plazma przywieszona na granatowej ścianie z wzorkiem typu „urządziłem się w IKEA”.
- O czym jest ten film? – starał się zagadać mój znajomy.
- A nie wiem, włączyłem jak wszedłem, żeby grało. – odpowiedział facet.
To był kolejny znak, że chyba nie będzie to najlepsza randka na świecie. Mój znajomy, krytyk literacki, nie był przyzwyczajony do telewizora. Pozbył się go szczęśliwie z domu wiele lat temu, a tym bardziej nie był przyzwyczajony do włączania go „a tak, żeby grało”. Zadrżał, czułem to w smsie, który napisał mi z łazienki.
Później nastąpiła ta dziwna chwila, gdy nie wiadomo co zrobić – rozmawiać (o czym?), przejść do działania (tak bez słowa?) czy patrzyć się na siebie i czekać aż druga osoba rzuci hasło co dalej. Oni wybrali trzecią opcję. Usiedli na kanapie, przykrytej obrzydliwym pledem, ciągle typu „urządziłem się w IKEA”.
- Napijesz się czegoś? – zapytał facet.
- A co możesz mi zaproponować? – odparł jak zawsze elokwentny znajomy.
- Nestea, ale ciepłe, sok ananasowy albo dżokera.
- A co to jest dżoker? – zaintrygował się znajomy.
- To taki drink gotowy, ale też mam ciepły. – odparł niezwruszony facet.
Klęska, nawet nie ma nic do picia. Trzeba będzie z grubej rury.
- Czym konkretnie się zajmujesz? – spytał znajomy.
- Jestem weterynarzem, leczę zwierzęta.
Cisza. Prawdziwy konflikt tragiczny, nie ma dobrego rozwiązania.
- A Ty?
- A ja jestem krytykiem literackim. Wiesz, pisze recenzje. – odparł równie rezolutnie znajomy.
- Pan od kultury! A co pan powie, co teraz w kulturze? – starał się zażartować weterynarz. Niestety, nieudolnie. On pewnie nie wiedział i nigdy nie dowie się co tak naprawdę śmieszy ludzi od literatury.
Rozmowa trwała jeszcze chwilę, podczas której mój znajomy starał się zagaić, znaleźć punkt zaczepienia. W końcu udało się.
- Co czytasz? – wypalił nie wiedząc, jaka odpowiedź na niego spadnie.
- A teraz to. – odpowiedział facet wskazując na książkę leżącą na stoliku w stylu... tak, „urządziłem się w IKEA”.
Znajomy oniemiał. Przed jego oczyma pojawiły się czarne plamy i, jak mi relacjonował później, następną rzeczą jaką pamięta był moment, gdy wychodził z jego mieszkania.
Oburzenie po spotkaniu i fatalnym kretynie, który czyta Paulo Coelho trwało jeszcze kilka dni, ale jednego nigdy się nie dowiedziałem. Dlaczego spotyka się z nim co noc?