
Było wszystko – łzy, seks, taniec, namiętność i przemoc. Madonna jest wszystkim, Madonna jest najlepszym, co się mogło przydarzyć popkulturze.
REKLAMA
Zaczęło się drętwo – nie dość, że siedziałem w sektorze VIP (vip vipem, ale towarzystwo zdecydowanie mało very important – otyli panowie z żonami i trójkami ośmiolatków), to jeszcze byłem tam o 19:00. Stadion powoli wypełniał się, głównie sylwestrowo wystrojonymi gejami, którzy parami, trzymając się za ręce, wchodzili na płytę główną.
Ładny widok – szczęśliwe homo i heteroseksualne pary wspólnie zmierzające na koncert Artystki – bez nienawiści, zdziwionych spojrzeń i pytań "jak tak można". Szkoda, że w Polsce to możliwe za kilka stówek i na zamkniętej przestrzeni.
DJ Support, bo nie wymienię nazwiska pana, który grał przed Królową, był tradycyjnie żenujący. Mam wrażenie, że jego przygotowanie do koncertu polegało na sprawdzeniu "Gorącej 20 Radia Eska", wlepienia paru tandetnych bitów z przełomu tysiącleci i wymachiwania swoimi otłuszczonymi rękoma w stronę tłumu. Jego praca polegała na puszczaniu kawałków z Winampa i klaskaniu z okrzykami w stylu: "JAZDA LECIMY NIE ŚPIMY!!!". Przynajmniej tak to wyglądało.
Później nastąpiło jakieś tragiczne załamanie. Madonna jeszcze nie wyszła, DJ Support już zszedł, a w tle sączyła się pretensjonalna, usypiająca muzyka pasująca bardziej do Charlotte niż najważniejszego wydarzenia muzycznego roku. To był idealny czas na przedkoncertowego papierosa.
Okazało się, że dojście do strefy palącej jest długie, kręte i skomplikowane, a strefa mieści się... pod jednymi ze schodów, a jej strefowatość polega na tym, że postawiono trzy (słownie: trzy) stoliki i popielniczki. W liczbie również trzy. Organizatorzy naprawdę zachwycili mnie swoją wiarą w zdrowy tryb życia uczestników imprezy. Czyżby sądzili, że wzorem Madge jej fani również zostali straight edge'owcami?
Po fajku wraz z M. postanowiliśmy spróbować sił w barze. Wcześniej usiłowaliśmy się wbić do open baru, ale o dziwo nie wpuścili nas i okazało się, że są to miejsca nie będące w puli sprzedaży i należące do Narodowego Centrum Sportu. Czy ktoś wie czy nie poszukują tam pracowników? Nie wyglądali na przemęczonych, a drogie szampany i pieczone kaczki kuszą.
W barze ceny zupełnie przyzwoite: mała paczka chipsów 10 złotych, pół litra Coca Coli jedyne 8. Plastikowy kubek lanego piwa również w promocji, za 10 złotych. Obawiam się, że byłem jedną z nielicznych osób, które zapytały czy to piwo ma jakiekolwiek właściwości upijające. Zgodnie z moimi przewidywaniami okazało się, że skądże. Bosko bezalkoholowo!
Chwilę po dziesiątej pojawiła się Ona. Nie ukrywam, że cała tegoroczną trasę widziałem już 5685790 razy na YouTube, więc domyślałem się, czego mogę się spodziewać. Domyślałem, ale nie sądziłem, że aż TEGO.
– Ona ma wściekliznę – stwierdził M., gdy Królowa zabijała swoich sexy tancerzy-kochanków w trakcie "Gang Bang". To był najlepszy performance na całym występie. Pełen przemocy i agresji, ale też świetnych układów, rewelacyjnej scenografii i wizualizacji. Mistrzostwo!
Bardzo podobało mi się, że kilka starych hitów Artystka zagrała w klasycznych aranżacjach – "Like a prayer" czy "Express Yourself". Co więcej – wyśmiewana za brak głosu Piosenkarka udowodniła, że nie jest najgorzej. Jestem bardzo ciekaw, który z jej licznych krytyków zatańczyłby równocześnie śpiewając dwugodzinną wiązankę piosenek.
Długo można by pisać o koncercie, a i tak zabrakłoby pozytywnych przymiotników wyrażających go. Poza tym słowa nie oddadzą głębi, jaką przeżyłem na Narodowym. Niektórzy takie natchnienie otrzymują przez wiarę, inni przez narkotyki. Ja dzięki Madonnie.
Po koncercie i zapaleniu świateł byłem ogłuszony. Nie tylko nic nie słyszałem, ale też nic nie byłem w stanie powiedzieć. Wstałem i razem z M. dołączyliśmy do wielkiej ludzkiej gąsienicy wypełzającej ze stadionu i w rewelacyjnych humorach zmierzających pieszo przez most do centrum. Nie jestem fanem sportu i nigdy nie wybrałbym się na katolicką / prawicową manifestację czy inną mszę świętą, więc rzadko kiedy mam sposobność zjednoczenia się z tyloma tysiącami ludzi na raz. To było naprawdę wielkie.
Po dotarciu na "naszą" stronę Wisły M. namówił mnie na kebab i muszę z przykrością stwierdzić, że był to pierwszy w tym tysiącleciu świadomie zjedzony przeze mnie kebab. Czuję się z tym na tyle źle, że odmówiłem wszelkiego dalszego jedzenia i poszczę. Zastanawiam się czy kiedykolwiek jeszcze cokolwiek przełknę.
Nie wiem jak spuentować tę relację, więc oddam to w ręce przyjaciółki Madge, Nicki Minaj: "There's only one queen, and that's Madonna. Bitch!"