ludzie ostrzegali. mówili, radzili, chcieli dobrze. powtarzali, raz za razem, od początku, od środka, niektórzy niczym zaklęcie od samego nawet końca, że oszuka, zrani, omami i zostawi na pastwę losu. że chodzi tylko o pieniądze, zabierze ile może, a potem duszę i ciało zostawi w boleści.

REKLAMA
co, nie ostrzegali? ostrzegali. ale jak sama sobie taka mądra i życiowo za mało pokorna, to proszę. to teraz ma. wsiadła i pojechała. sopot – warszawa. dziewięć godzin. dziewięć godzin w bolesnym uścisku przebiegłego drania. pojechała kretynka pociągiem.
szybko przekonała się, że nie jest jedyna. wyznawców okrutnych podróży jest wielu. więcej niż miejsc, papierowych ręczników, czy powietrza. dupy posadzą nieliczni, ci od łokci mistrzowsko ułożonych pod żebra tych, którzy to chyba urodzili się wczoraj i o życiu wiedzą mniej niż nic. nie jest źle, nikt nie ma broni, a przynajmniej jawnie z niej nie korzysta. a przecież jest o co walczyć. masz miejsce? znaczy się uszczknąłeś prawdziwego luksusu. pilnuj i nie patrz w oczy innym, bo jeszcze zobaczysz, że ktoś potrzebuje. nie masz? to pij i pal na korytarzu, aż któryś z siedzących poddusi się i wypadnie z przedziału. tu nie ma miejsca dla mięczaków. nie wytrzymał, to wysiada. punkt dla pana z petem w gębie i flaszką w dłoni. bawiąc sam siebie, po każdej lufie, krzyczy: „uwaga wstaje! uwaga na portfele! komenda się należy!”. i tak przez dziewięć godzin, aż wszystkich zemdli, albo aż wszyscy w poszukiwaniu ratunku walną coś mocniejszego. bez popity, bo WARS nie pojechał, a za pazuchą cwanego sprzedawcy z płynów lekkich jedynie piwo jasne.
zaczęła i skończyła książkę, niby taka czytająca, a naiwna niczym pospolita gęś. przestudiowała gazetę codzienną, nawet sport i notowania giełdowe. napisała, co miała do napisania. już zjadła, wypiła, napisała milion siedemset esemesów, aż nieroztropnie rozładowała baterię to i nie pogra. powtórzyła czasowniki nieregularne, wymyśliła historie wszystkich dookoła, przeniosła się do alternatywnego życia i z powrotem. wypisała długopis, przestała zauważać, że głośno klnie, bezmyślnie nawiązała kontakt wzrokowy ze współpasażerami. ale może to jednak lepiej z kimś pogadać, niż tak siedzieć i liczyć, że to jeszcze nawet nie połowa. nie połowa, to czy może dokładnie jedna trzecia? nigdy z matematyki bystra nie była, ale teraz ma czas, teraz to rozłoży na części pierwsze i te po przecinku i całki z tego nawet wyliczy, z silnią i wspólnym mianownikiem.
nich żyje ta podróż! ten syf i smród! niech żyje idiota, który skład wypuścił malutki i ten, który pociąg znad morza puszcza prawie przez sam giewont. zdrowie pana od komendy, która się należy i tego, co filtr jara w każdym papierosie, aż go rzuca i tak co chwilę nie wiadomo, czy pod nogi, podtrutej, szarej już harcerki, puści pawia, czy nie. i jeszcze za konduktora, co gęby nie otworzy, że to nie palarnia, że chlać jawnie wódy to też nie wypada, za to do młodego chłopaka, o to że legitymacji nie naszykował ryja piłuje, aż go w mijanych domach słyszą. i dobrze, i wszyscy czujemy, że jest życie w wagoniku. więc za kolej! za pociąg! za kibel z mydłem w kostce i kontakty bez prądu! za to, że stoi a nie jedzie! bo nie o to tu chodzi, żeby się po prostu, po ludzku przedostać, a jedynie wydostać przecież. naciągniętym na bilet gwarantujący jedynie kontrolę. zbolałym ale jednak wciąż żywym.