nowa historia starej sali kolumnowej...

REKLAMA
on.
szara twarz, oczy i chuda sylwetka. niezauważalny. nie zauważa go żona, szef i współpracownicy. reszta ludzi też najprawdopodobniej nigdy by go nie dostrzegła, ale pewien jego codzienny nawyk sprawia, że przykuwa uwagę całego osiedla. u jednej trzeciej buduje nerwicę, u pozostałej części systematycznie ją pogłębia.
jego nawyk.
każdego dnia, nie pomijając sobót, niedziel i świąt, 6:30 rano. tiut tiut, pilocikiem wyłącza alarm w swoim dwudziestoletnim gruchocie. jeb! wsiada i trzaska drzwiami. jeb! jeb! teraz dopiero je domyka. ijaijaija, testuje alarm, czy oby nocą działał. uuuuu, piiiiiiii testuje dalej. działał. tiut tiut, wyłącza. wrrrrrrrr, odpala silnik, wrrrrr, wrrrrr, wrrrr, prych, prych. jak co dzień auto nie odpala. jedyna rzecz, która jest w nim sprawna to ten alarm i dlatego jest taki ważny, żeby go nikt nie ukradł. jeb! wysiada i trzaska drzwiami. jeb! jeb! domyka. tiut, tiut włącza alarm. ijaijaija, uuuuu, piiiiiii, tak na wszelki wypadek, czy działa. działa. tiut, tiut, wyłącza. tiut, tiut włącza. obchodzi auto dwa razy, rusza w kierunku przystanku. wszystko powtarza około 22:00. zasypia spokojnie dwadzieścia minut później.
ona.
ma apetyt. zjadła już samą siebie, bliższych i dalszych krewnych, psa, sąsiada z piętra wyżej, wszystko z reala i auchan. jego nie zjadła jeszcze tylko dlatego, że zwyczajnie go nie zauważa. w autobusie zajmuje dwa miejsca, mimo jednego skasowanego biletu. wie dokładnie co może kupić za pół swojej renty, za całą, za dwie, dziesięć i na co nigdy nie będzie jej stać.
miejsce.
sala kolumnowa w instytucie historycznym uniwersytetu warszawskiego, otwarta po latach zapomnienia. trzy nawy wyznaczane marmurowymi kolumnami. kryształowe lustra i żyrandole. wszystko zachowane w nieskazitelnym stanie, bo ludzki bucior nie stał tu przez przeszło pół wieku i przez tyle czasu po nic nie sięgnęła żadna człowiecza łapa. żadna gorliwa sprzątaczka nie tarła marmurów środkiem żrącym, żadna szmata nasączana kwasem nie ślizgała się po posadzce. podobno pod zdobionym sufitem unosi się zapach perfum wyśmienitych dam. podobno sam chopin zarysował podłogę w prawej nawie, bawiąc gości przy fortepianie.
przypadek.
przypadek sprawił, że oto właśnie on i ona jedzą tu dziś kolację. jakiś sms, jakieś pytanie, jakieś losowanie w jakimś komputerze i taka właśnie nagroda. razem zasiądą do stołu. w jednej z najpiękniejszych na świecie sal.
akcja
oni przy suto zastawionym stole. światło świec pada na srebrną, piętrową tacę z przystawkami. potem na wykwintnie przyrządzoną dziczyznę, nieco później na fantazyjną konstrukcję tortu śmietankowego wysadzanego owocami, których nigdy wcześniej nie próbowali. od czasu do czasu zabrzęczy kryształowa zastawa. w sąsiedniej nawie, dyskretnie, przygrywa kwartet smyczkowy. jest jedynie tłem do mającej się między nimi wydarzyć konwersacji.
on: podaj mnie herbaty.
ona: ile słodzisz?
on: dwie.
po tej kolacji salę zamknięto na sto lat. rozpadł się kwartet smyczkowy. on nie zatiutał już swoim alarmem. ona go zjadła.