Cudowny i piękny, kolorowy i egzotyczny – Meksyk jakby w definicji zawsze miał w sobie jakąś przestrzeń. Nawet mariachi w mojej wyobraźni stali przy pustej drodze, gdzie raz na kilka godzin przejeżdżał samochód, który zabierał ich do miasteczka, w którym grali za pieniądze. Dlatego po Mexico City (chyba trzecim największym mieście na świecie), niewiele się spodziewałam.

REKLAMA
Zupełnie nie wiem dlaczego, ale myślałam, że odbiorę je podobnie jak Jakartę – jako zakorkowane, śmierdzące i po prostu brzydkie miasto. Kiedy jeszcze przed wylotem koleżanka powiedziała mi, że na zwiedzenie samej stolicy powinnam mieć tydzień – nie byłam przekonana. Słyszałam tylko, że wielkim przeżyciem jest lądowanie (lub startowanie) z lotniska w stolicy – szczególnie, gdy jest ciemno, a miasto wciąż żyje, i miliony świateł malują jego obraz. Próbowałam z okna samolotu zrobić jakieś zdjęcia, ale niestety nie wyszły. Miasto światła szokuje swoją powierzchnią (na której szacuje się, że mieszka między 22 a 25 milionów ludzi), jest tak rozległe, że wydaje się być nieskończone. Ale Mexico City zaskoczyło mnie nie tylko swoją wielkością i położeniem (leży na wysokości ponad 2200m n.p.m., pomiędzy dwoma wulkanami), ale przede wszystkim swoim pięknem i sztuką, która jest nierozerwalnie związana z codziennym życiem miasta.
Zamiast zwiedzać podstawowe miejsca turystyczne (jak Bazylika Matki Boskiej z Guadalupe czy Narodowe Muzeum Antropologii) ja zaczęłam od spaceru po „centrum”. A właściwie to zaczęłam od kupienia przewodnika po mieście Lonely Planet i kawy we włoskiej kawiarni w meksykańskiej stolicy. Plan był taki: najpierw spacer, a potem w drogę... czyli do Coyoacan i San Angel. Spacer był super! Upał (jak ja lubię jak świeci słońce i jest gorąco) i wszędzie policja na sygnale - nawet kiedy stała bezczynnie na środku promenady spacerowej. Myślę, że miała być lepiej widoczna i przypominała wszystkim, żeby „mieli się na baczności”.
logo
Podobało mi się także, że tyle osób dba o czystość swoich butów – panowie siedzą dostojnie czytając gazetę, podczas gdy ich buty z każdym ruchem ściereczki błyszczą się coraz bardziej w ostrych promieniach słońca.
logo
Około godziny 10 rano dotarłam na Plaza Garibaldi. Podobno najlepiej przyjść tutaj w nocy, kiedy mariachi czekają w gotowości aż ktoś zamówi u nich piosenkę. Ja przyszłam rano, kiedy zmęczeni po całej nocy pakowali swoje gitary w czarne pokrowce (te futerały zawsze przypominają mi film Desperado i ukrytą w nich broń). Nie byli weseli i pełni energii – wydawali się raczej pokonani przez długą noc.
logo

logo

W jednym barze na rogu wciąż jednak popijali coś ze szklaneczek, grali i śpiewali na cały głos. Teraz już tylko dla siebie, bar był zamknięty, a uchylone pozostały tylko boczne drzwi. Na placu poza mną prawie nikogo nie było.
W te rejony postanowiłam wrócić później, bo jak najszybciej chciałam się dostać i pochodzić sobie po Coyoacan. Wsiadłam do metra (podobno najtańsze na świecie) i wcale nie byłoby tak strasznie jak mnie uprzedzano (tylko trochę gorąco i tłoczno), gdyby nie fakt, że nagle metro utknęło w jakimś tunelu. Ciemno, brak powietrza i coraz większy ścisk – i tak przez kilka minut, w kilku różnych miejscach. Ale skoro każdego dnia tak podróżują Meksykanie, to chyba i ja dam radę przeżyć. Choć w pewnym momencie zwątpiłam - mnie dodatkowo przeszkadzało to, do czego oni są przyzwyczajeni – Meksykanie nie szanują prawa do ciszy, a może jej po prostu nie potrzebują. W metrze leci głośna muzyka, handlarze przekrzykują się oferując podróżującym wszystko, co są w stanie wnieść ze sobą do wagonu. Są gwizdki, krzyki, gwizdy i dźwięki różnych rodzajów muzyki – bo przecież ile osób, tyle gustów muzycznych.
Cisza nastała jak tylko wydostałam się z metra i znalazłam w Coyoacan. Tu miałam już swój plan: dom Trotsky'ego, Muzeum Fridy Kahlo (warto! I jaki oni mieli dom i ogród, a poza obrazami można poczytać listy oraz zobaczyć w jakich warunkach Frida tworzyła), Mercado Coyoacan – aż do Plaza Hidalgo.
logo

logo

logo
Tu zrobiłam małą przerwę, aby popatrzeć na przechodniów. Co ciekawe policja mówi „Buenos tardes”, a dzieciaki nie przestają jeść (może dlatego, że podobno w okolicach placu sprzedawane są najlepsze lody w mieście). Przez uroczy Plaza Santa Caterina, gdzie była karuzela i moje ulubione „filiżanki” w których obracają się dzieciaki, przeszłam się do San Angel (kto ma ochotę na kawę lub śniadanie polecam La Pause – to nie tylko kawiarnia, ale także księgarnia i galeria sztuki).
logo

logo

logo
San Angel znajduje się wciąż w granicach aglomeracji, ale jest to idealne miejsce, aby uciec od tłoku, i wszystkiego, co kojarzy nam się z metropolią (czy megapolis). Brukowanymi uliczkami warto dotrzeć do Inglesia del Carmen oraz przysiąść obok fontanny złożonej z wielu talerzy, filiżanek i waz.
Znajomi, którzy mieszkają w Mexico City rzadko odwiedzają Coyoacan, choć twierdzą, że lubią to miejsce. Oni zabrali mnie do Condesy – to znajduje się wiele barów, kawiarni i restauracji. Ale moim miejscem numer jeden jest hotel Condesa DF (www.condesadf.com), który urzeka wyjątkowym designem. W niezwykłych wnętrzach lub na dachu, gdzie znajduje się bar, lokalni bywalcy, celebryci i tacy jak ja turyści spotykają się na leniwe śniadania, na 'before', na sushi i kieliszek wina lub na imprezę. Siedząc na dachu hotelu można zobaczyć nowocześnie umeblowane dwupoziomowe lofty i zrozumieć jak artystycznie rozwinięte, nowoczesne i odprężające jest Mexico City.
logo

logo