W szkole teatralnej wróżyli mu, że będzie drugim Jaraczem. Los napisał jednak inny scenariusz. Marzył o Ryszardzie III, Makbecie, księciu Konstantym, a zagrał w „Szczęściu Frania”, „Kubusiu Fataliście”, czy „Moskwie Pietuszki”. Ale my i tak dostaliśmy, jak na tacy, czułe i wyrozumiałe spojrzenie na to, co w nas złamane, trochę przegrane, czasem śmieszne, a jednak wciąż, a może właśnie dla tego- pełne życia. Co sprawiło, że stał się wybitnym portrecistą ludzkich słabości? Geny? Doświadczenia powojennego dzieciństwa? Traumatyczne przeżycia z młodości, czy ludzie spotkani po drodze? Przy stoliku do gry w kości w garderobie warszawskiego teatru Ateneum, z Marianem Opanią rozmawia Paulina Młynarska.
„W duszy jestem Hamletem!”
REKLAMA
P.M. W pana żyłach płynie mieszanka piorunująca, krew polska, tatarska, włoska...
M.O. Co do tatarskich przodków nie może być wątpliwości. Moja matka miała taką urodę, że spokojnie mogłaby mieszkać w jurcie i matkować Bilguunowi, który tańczył z gwiazdami. Siostra cioteczna ma coś z Chinki, jej brat spokojnie mógłby pełnić urząd imama polskich Tatarów. W całej rodzinie panoszą się mongolizmy, te oczy zapuchnięte, jelcynowate. No musiał się jakiś Tatar przyplątać! Z opowieści rodzinnych wiem, że mój prapradziadek był w gwardii przybocznej cara. Z kolei po mieczu jeden z moich przodków był Włochem. Przywędrował na przełomie XVII i XVIII wieku na dwór księcia Czartoryskiego w Puławach, skąd pochodzę, jako ogrodnik. Po stronie matki też byli ogrodnicy, więc i ja kocham zajmować się roślinami. Ojciec, którego nie pamiętam, podobno hodował róże w naszym, zapuszczonym po angielsku, ogrodzie na tyłach rodzinnego domu.
P.M. Jaki był ten dom?
M.O. Wielki jak kamienica, w takim trochę dworkowym stylu, z czerwonej licowanej cegły obrośnięty dzikim winem. Wybudował go mój dziadek, który prowadził wraz z babcią restaurację i podczas pierwszej wojny światowej zbił ogromną fortunę na żywieniu austriackich oficerów. Rodzinna legenda głosi, że patelniami nosili złote monety i wrzucali do szuflad! Wszystkie te pieniądze dziadek postanowił zainwestować w umundurowanie austriackie. Kupił kilka wagonów, weszli Rosjanie i mało go za to nie rozstrzelali. Stracił wszystko. Pod koniec życia prowadził niewielką masarnię i trochę za często zaglądał do kieliszka, co przyczyniło się do jego przedwczesnej śmierci.Ta barwna postać długo nie zostanie w rodzinie zapomniana. Dziadek był jeszcze bardziej mikrego wzrostu, ale za to był bardzo silny. Zakładał się o litr wódki, że palcami odkręci zardzewiałą mutrę i bez trudu wygrywał zakład. Matka często mówiła, że jestem do niego bardzo podobny, nie tylko z powodu budowy i siły, ale też taki sam jak on straszny choleryk.
P.M. Pan? Cholerykiem?
M.O. Jestem spokojny, ciepły i łagodny dopóki mnie ktoś nie zaczepi. Jak zaczepi to mi dym uszami idzie! Bardzo nad tym boleję, ale czasem rozum przegrywa….
P.M. Rzuciłby się pan do bitki?
M.O. Różnie to bywało, ale są to opowieści niecenzuralne. Żona i córka mówią: Tobie nie wypada. Ale mnie to wtedy nic nie obchodzi i budzi się Tatar.
P.M. Co Pana ostatnio denerwuje?
M.O. Potwornie mnie wkurza nasze życie polityczne, ale uspokajam się patrząc wstecz na naszą historię. My zawsze tacy byliśmy: solidarni i ramię w ramię tylko w chwilach zagrożenia. A tak, to się żremy jak te psy…Chociaż ostatnio przekraczamy już wszelkie granice. Dlaczego ja mam zrywać więzy przyjacielskie z osobą, która ma inne sympatie polityczne?
P.M. Dziś środowisko aktorskie jest bardziej podzielone niż za czasów bojkotu w Stanie Wojennym?
M.O: To środowisko nigdy nie było zbyt solidarne. Najlepszy dowód, że nie zdołaliśmy sobie wywalczyć jakichkolwiek przyzwoitych związkowych uregulowań i praw, jak to ma miejsce w wielu cywilizowanych krajach, a teraz nie mamy jak się bronić przed zalewem amatorszczyzny. Tam oczywiście jest możliwe zaangażowanie amatora, ale płaci się za to haracz do związku. Znaleźć się w związku aktorów w Anglii, czy w Stanach to jest wielki zaszczyt, a u nas każdy może sobie być artystą. Tylko nie każdy nim jest. Ale trzeba przyznać, że kilka razy w historii zdarzyło się, że byliśmy solidarni. W Stanie wojennym to były takie proporcje: 90% bojkotujących, 10% nierobiących tego. Niektórzy na bojkocie bardzo stracili, strasznie… I rzeczywiście wtedy sobie pomagaliśmy, składaliśmy się na tych, którzy nie mieli szans zarobić ani w teatrze, ani w telewizji, ani w filmie. Wiele razy byłem wzywany na UB na ulicę Okrzei i za każdym razem, trzeba przyznać grzecznie, pytano: panie Marianie, dlaczego pan nie występuje w telewizji?
P.M. Co pan odpowiadał?
M.O. Kiedy do ludzi strzela się i bije pałkami, nie będę siedział w jednej ławce z umundurowanymi spikerami. A dlaczego pan występuje w kościołach? Pytali. Bo jestem od zarania katolikiem. A wynagrodzenie pan za te występy bierze? Nie biorę, odpowiadałem. Dostaję za nie zwrot za benzynę i książki religijne.A myśmy zbierali w kościołach grube pieniądze na internowanych i innych potrzebujących. Kiedyś w Józefowie, a było to dokładnie 3 maja 1982 roku, udało nam się zebrać około 120 tysięcy złotych, podczas gdy bardzo dobra pensja wynosiła 6 tys.! Wyjątkowo ponure, ale i piękne czasy.
P.M. Jak dziś traktuje pan tych artystów, którzy stanęli wtedy po drugiej stronie?
M.O. Normalnie. Ci koledzy dostali za swoje.
P.M. Zaangażowanie przeciw komunie wyniósł pan z domu?
M.O. Jako chłopak wiedziałem, że Stalin to jest zło, a jakbym się zapisał do ZMP, to wyrzucą mnie z rodziny. Czarna reakcja! Z ojca mogę być dumny. Miał taką wadę wzroku, że aby włożyć rano kapcie musiał sięgnąć po binokle, a mimo to, on inżynier, leśnik, został oficerem, wspaniałym żołnierzem. Brał udział w kampanii wrześniowej. Potem uciekł z niewoli w przebraniu kobiety …widocznie stąd geny aktorskie. Wrócił do Puław, działał w podziemiu i zginął ostatniego dnia powstania warszawskiego na rogu ulic Krasickiego i Odyńca. Był dowódcą kompanii O-1 i O-2 Pułku Baszta. Matkę z kolei, po ucieczce ojca z Puław Gestapo zabrało na Zamek Lubelski, siedziała tam z wyrokiem śmierci, od której cudem uratował ją młynarz z pobliskiego Kurowa będący volksdeutschem, który pomagał Polakom. Pierwsze, co zrobili komuniści po wkroczeniu do nas, to rozstrzelali go.
P.M. Jak matka radziła sobie z dziećmi sama po wojnie?
M.O. Byliśmy ubodzy, mama pracowała dniami i nocami, żeby wychować nas, dwóch chłopaków. Odmówiono jej renty po ojcu, bo służył w AK. Ironia losu, ojciec zawsze był socjalistą, piłsudczykiem. My z bratem, jako synowie akowca, byliśmy uważani za dzieci bandyty.
P.M. Odczuwał pan to w szkole?
M.O. Nie, grono profesorów to byli bardzo przyzwoici ludzie. Ale miałem starszego kolegę, którego w wieku 16 lat skazano na wieloletnie więzienie za napisanie czegoś na Stalina na murze. Z drugiej strony, ojciec mojej klasowej koleżanki, który był kierowcą - zwykły i dobry człowiek - zginął zaatakowany przez oddział chłopców z lasu, kiedy transportował żywność w asyście milicjantów. Miałem 6 lat i zupełnie nie wiedziałem jak to sobie poukładać.
P.M. Dziś nad dziećmi trzęsą się rzesze psychologów, pana pokolenie wyrastało skrajnie trudnych warunkach.
M.O. A mimo wszystko dzieciństwo na ulicy Krańcowej w Puławach jawi mi się jako wyspa szczęśliwości. Chociaż było biednie i skromnie.
P.M. O czym pan wtedy marzył?
M.O. Nie pamiętam, żebym jakoś specjalnie marzył o tym, by zostać komediantem, ale bardzo lubiłem występować. Przeżywałem, bladłem, miałem straszliwą tremę.
P.M. Przed dorosłymi?
M.O. Gdzie tam! Przed moim ciotecznym bratem, który miał 3 miesiące! On był moją widownią.
P.M. Skąd się wzięło to występowanie?
M.O. Matka miała ciągoty. Grała w teatrzyku amatorskim, który prowadził pewien inżynier, miał na nazwisko Kędzierski i był, jak dzisiaj sądzę, moim największym mistrzem. W oflagu skończył kursy reżyserskie prowadzone przez Schillera. Po nim uczyły mnie tuzy…Bardini, Kreczmar, Warnecki, Hanin, Mrozowska, ale to on mi pokazał jak mówić Norwida. Jak nikt potem. Tak głęboko sięgał do wnętrza tej poezji. Z kolei ojciec podobno wspaniale śpiewał, więc znowu geny.
P.M. Szukał pan kogoś, kto zastąpiłby panu ojca?
M.O. Oj, nieustannie szukałem tatusiów. Między innymi na Krańcowej mieszkał z nami mój ukochany wujek Tadeusz, szlachciura w wielkim stylu z niebywałą wyobraźnią. Te jego opowieści, co też my zrobimy na biwaku, jak to zbudujemy sobie indiański szałas, jak będziemy piekli wronę na ognisku w glinie! Nic z tych planów nigdy nie wyszło, ale ja i tak już tam byłem, już miałem te wszystkie przygody, już piekłem! Po latach, po jego śmierci, upiekłem kurę. Tak jak opowiadał, z piórami, oblepioną gliną i wyszło tak, jak mówił. Bardzo go kochałem i bardzo chciałem, by został moim ojcem, ale niestety był mężem mojej cioci. (śmiech)
P.M.W wywiadach śmieje się pan, że był podłej postury. Ale nastoletniemu chłopcu, który jest drobnej budowy raczej nie bywa do śmiechu.
M.O. To są kompleksy, które mam do dzisiaj. Wyobraź sobie faceta, który jeden z nielicznych razy jest w Warszawie. Idzie na Miodową zdawać do szkoły teatralnej. Obok zdaje Jan Englert ze swoją urodą ówczesną, Damian Damięcki, Andrzej Zaorski, Jolanta Wołłejko. A ja z tych Puław w jadowicie niebieskim garniturku, bo taki był materiał, z krawatem na gumce, wzrostu…wiadomo. Mówiłem jednak chyba nieźle tego Norwida i zaśpiewałem gruzińską piosenkę z melizmatami. Tu profesor Sempoliński nagle jakoś zamarł. Tą piosenką zwróciłem chyba uwagę. Wcześniej, w liceum występowałem z sukcesami w konkursach recytatorskich, ale aktorem chyba nie byłem dobrym. Uważam, że byli lepsi ode mnie. Do szkoły teatralnej zdałem w pierwszym podejściu i po pierwszym semestrze dostałem stypendium naukowe. Tysiąc złotych! Stałem się samowystarczalny.
P.M. Porwało pana studenckie życie towarzyskie?
M.O. Koledzy pytali mnie gdzie hoduję krowy.
P.M. Jak pan sobie z tym radził?
M.O. To byli młodzi ludzie, nie zdawali sobie sprawy, że wyśmiewane przez nich Puławy, to była jedna z kolebek kultury polskiej, Nowe Ateny. Miasto, które miało największy odsetek inteligencji w Polsce. Na 14 tysięcy mieszkańców 5 instytutów naukowych. Tak jest zresztą do dziś, mimo skażenia przemysłem. Ja to wiedziałem i, wiedziałem, z jakiej jestem rodziny, znałem swoją wartość.
P.M. Wykładowcy ogłosili pana drugim Jaraczem, pojawiły się role filmowe. Wziął pan odwet?
M.O. Nie, chyba przez to, że jednak byłem tym kłębkiem kompleksów. Może trochę wody sodowej zaszumiało. Ale zawsze należałem raczej do tych, co uważają, że zaszczyty, czy role, które się pojawiają są niezasłużone, że to fuks. Musiałem też się zderzyć z rzeczywistością w postaci moich warunków fizycznych.
P.M. W wieku 28 lat grał pan 14 letniego Tomka Sawyera.
M.O. A chciałem Hamleta ( śmiech), zresztą całkiem udatnie go grałem w szkole teatralnej, ale tylko w szkole…Marzyłem o wielkich rolach szekspirowskich, a nie miałem nawet angażu w Warszawie, a przecież byłem w tak zwanej czołówce roku. Wszyscy się podostawali do Współczesnego, Polskiego, a ja miałem propozycje z Zielonej Góry, Poznania. Trzynaście razy się przeprowadzałem. Opatrznościową postacią okazał się Andrzej Zaorski, który do dziś jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. Jego ojciec pomógł mi zdobyć mieszkanie. Andrzej zaś, wiedząc, że nie mam angażu w Warszawie wystarał się dla mnie o dublurę swojej roli w Teatrze Klasycznym. To był mój pierwszy warszawski etat.
P.M . Warszawski salon pana zaakceptował?
M.O. Nie za bardzo. A może to moje kompleksy. Mieszkam w Warszawie od 60-go roku, a w dalszym ciągu czuję się puławiakiem. Nakręciłem koło 150 filmów, a ani razu nie byłem w Polsce na festiwalu filmowym.
P.M. Dlaczego?
M.O. Może się wstydzę, może się źle czuję. Na bankietach wytrzymuję 15 minut. Nie przepadam za tzw. wielkim światem.
P.M. Po Człowieku Z Żelaza Andrzeja Wajdy wszyscy mówili tylko o panu.
M.O. Dziękuję bardzo.
P.M. Ta rola była dla pana przełomem?
M.O. Była. Po pierwsze, całym sercem byłem zaangażowany w Solidarność. Po drugie, wróciłem na falę. Pod koniec lat 70-tych skończyły mi się warunki młodzieżowe. Wcześnie osiwiałem, podtyłem, gęba młoda, a postura podstarzała. Nie było dla mnie ról, wypadłem z obiegu, nagle przeszedłem do drugiej, trzeciej ligi. Coś tam grałem, ale nie główne role. Trwało to dwa, trzy lata, a dla mnie to były wieki. Zacząłem zaglądać głębiej do kieliszka, bo mnie nie obsadzano i nie obsadzano mnie, bo coraz głębiej zaglądałem do kieliszka. Sprzężenie zwrotne.
P.M. W Człowieku Z Żelaza stworzył pan postać alkoholika. W jednej scenie sprzątania rozlanej wódki pokazał pan cały dramat tego nałogu, próbę walki z nim i przegraną.
M.O. To było głęboko przemyślane. Andrzej Wajda początkowo zaproponował, żebym zlizywał alkohol z podłogi, a ja czułem, że to by było jakieś takie nieestetyczne, obrzydliwe. Zacząłem więc kombinować, jak uzależniony facet, jednak w miarę układny, zachowałby się w takiej sytuacji? No, rozlało się, to bierze ręcznik i sprząta! Ale zaraz…przecież tam jest wódeczka! To można wyżąć i odzyskać.
P.M. Co dobre aktorstwo ma wspólnego z dobrym gustem?
M.O. A, to już jest moja teoria! Chodzi o to, by z setek możliwości wybierać te najlepsze. Sprawa gustu. Ktoś może mieć talent, a za grosz gustu i nic z jego kariery nie wyjdzie.
P.M. To jest wrodzone?
M.O. Tak.
P.M. Piosenkę Starych Kochanków Jacquesa Brela tak pan interpretuje, że można darować sobie wszystkie poradniki na temat związków. Takie wykonanie bierze się z czucia, czy z myślenia?
M.O. Ważne są oba te czynniki, ale z przewagą czucia. Kiedy Wojtek Młynarski dał mi tę piosenkę do wykonywania w spektaklu, wydała mi się ona tak potwornie prawdziwa, tak dotykająca najczulszych punktów w związku dwojga ludzi, że nie mogłem jej wykonywać. Ściskało mnie w gardle. Ale kiedy ją śpiewam, to śpiewam prawdę, ta piosenka jest też o miłości mojej i mojej żony.
P.M. No właśnie, jak z takimi kompleksami zdobywał pan dziewczyny?
M.O.W szkole teatralnej podobno te najpiękniejsze chodziły po kilka razy rozanielonymi oczami oglądać mój dyplom i słuchać moich „Zielonych pól”, a ja o tym dowiedziałem się niedawno!
P.M. Nie miał pan śmiałości do kobiet?
M.O. Bardzo nie miałem.
P.M. Ale z żoną się udało.
M.O. Chyba byłem… bardziej inteligentnym człowiekiem niż teraz. Czytałem tony książek. Teraz nie mam czasu, czytam, kiedy nagrywam audiobooki, albo w wakacje, ale to nie ma porównania. Byłem też niezły w przedmiotach ścisłych i planowałem studiować fizykę jądrową, gdybym nie dostał się do szkoły teatralnej. Coś tam się jej spodobało. Chociaż chodziły o mnie plotki, że jestem… pedałek, przepraszam, wtedy tak się mówiło. (śmiech)
P.M. Walczył pan z tym?
M.O. Strasznie, strasznie! Raz podczas bankietu w teatrze przyszedł do mnie kuzyn i chciał klucze, bo zaplanował sobie u mnie wieczór z narzeczoną. Kuuuuzyn! Wiadomo, o co chodzi!( śmiech) Myślałem, że go zabiję. Ale takich listów, jakie dostawałem od mężczyzn, nigdy nie napisała do mnie żadna kobieta.
P.M. Co pisali?
M.O. ”Muzyki nuto Chopinowska! Pierwiosnku z kości słoniowej!” Takie!
P.M. Ile lat jest pan z żoną?
M.O. 3 maja 1960 roku pierwszy raz się pocałowaliśmy.
P.M. Co pan w niej kocha?
M.O. To jest dopiero Kobieta…Niełatwy charakter! Ale w krytycznych momentach zawsze była ze mną. Pazurami! Jest rodzinna, jako żona i matka w takim stopniu, że nie sposób jej z kimkolwiek porównać. Tyle lat to trwa. To jest naprawdę miłość. I rzeczywiście mam prawo śpiewać Piosenkę Starych Kochanków.
P.M. Pana syn, Bartek też jest aktorem i ma warunki amanta, o których pan kiedyś marzył. Zdarzyło się kiedyś ukłucie zawodowej zazdrości?
M.O. Nigdy nie było rywalizacji, cieszę się z jego sukcesów. Ale nie raz pomyślałem, cholera, gdybym ja wyglądał jak ty! Bo ja jestem typem dramatyczno- lirycznym. Nie lubię się wygłupiać. Musiałem się tego uczyć. Pomijając wzrost, nigdy nie byłem tak śmieszny jak na przykład Jan Kobuszewski, czy Roman Kłosowski. Oni wychodzili na scenę i ludzie od razu wybuchali śmiechem. Ja to wypracowałem sposobikami. W duszy jestem Hamletem.
P.M. 35 lat w teatrze Ateneum, gdzie teraz rozmawiamy, to ile rozgrywek w kości w garderobie?
M.O. Oj, tysiące! (śmiech) Kiedyś w „Hemarze”, w składzie Wiktor Zborowski, Jacek Borkowski, Marian Kociniak i ja, czyli Słowiki Ateneum, tak się zagraliśmy, że nie usłyszeliśmy jak nas wołają na scenę. W efekcie, w pośpiechu, ja włożyłem frak Zborowskiego, który mi sięgał do kostek, a on mój. Trzeba było nas widzieć! W innym spektaklu zapomniałem wyłączyć mikroport, siadam do kości, a gębę mam niewyparzoną i nagle, w środku lirycznej piosenki w wykonaniu Piotra Fronczewskiego, na widowni na cały regulator rozległo się moje: j…e nas, j…e!
P.M. Zakaz palenia nie dotarł jak widzę, a raczej czuję, nad ten stolik do gry…
M.O. Ja już nie palę, ale niech się tu nic nie zmienia. Tu na tym miejscu siedział niezapomniany Gucio Holoubek, który permanentnie wypalał sobie dziury np. w świeżo kupionym przez Madzię Zawadzką garniturze.
P.M. A chciałby pan coś zmienić na świecie?
M.O. Chciałbym. Kocham sztukę, architekturę, zachwycam się Florencją, Paryżem, Rzymem, ale w głębi duszy jestem człowiekiem natury. Podróżując po Australii, Południowej Afryce, Kanadzie, czy Stanach byłem zawsze, przede wszystkim, poruszony przyrodą. Chciałbym, by ludzie przestali ją bez sensu niszczyć i przy okazji siebie. W Puławach, gdzie molochowate Azoty zdewastowały ongiś lasy, dawniej pełne grzybów i Wisłę, w której w moim dzieciństwie roiło się od ryb, na kominach założono filtry i znów pojawiły się czarne bociany. Jest nadzieja.
Więcej:
Wywiad