Wielkimi krokami zbliża się moment publikacji przewodnika po Zakopanem, który napisałyśmy wspólnie z Beatą Sabałą-Zielińską z Radia Zet. No i trzeba promować, wiadomo. Ugadana przez naszą agentkę kolorowa gazeta dzwoni z propozycją wywiadu. Naczelnej marzy się „szczera rozmowa o nowym etapie w moim życiu”. Pada pytanie: ”Czy jesteś gotowa, by opowiedzieć o nowym etapie w swoim życiu, o tym przed czym UCIEKŁAŚ w góry?”. Jeeeezu!
REKLAMA
Już widzę listę pytań: o film Wajdy, mężów, wyjazd do Paryża, „ Różową serię”, brak matury, trudny charakter, „wygryzanie” partnerek w „ Mieście Kobiet”, terapię, ojca, matkę, siostrę, córkę, dietę, botox i życie seksualne (masz kogoś, będzie ślub?). Już słyszę jak wygłaszam swoje „mądrości psa Fafika”, filozofię za 2,50, już odkrywam wielkie prawdy życiowe, jak ta, że „co cię nie zabije, to cię wzmocni”, już się tłumaczę, trochę żałośnie żartuję, prowokuję, rzucam bon moty. Robię z siebie centralną kretynkę.
Przyjaciółka mówi: „Taka twoja dola, jesteś w tym systemie, musisz promować. Nie chcesz o czymś gadać -nie gadaj.” Wolne żarty kochana! Już redakcja się postara, by to, o czym nie chcę mówić i tak znalazło się w formie leadu, podpisów pod zdjęciami i śródtytułów. Nie ma na to rady.
Staram się zebrać myśli. Wymyślić, co chcę powiedzieć i oddzielić to, czego nie chcę. Dlaczego fakt, że mieszkam w górach od razu kojarzy się ludziom z ucieczką? Przed czym bym miała uciekać? Zrobiłam coś złego? Nie zapłaciłam za mieszkanie? Okradłam kogoś w tej Warszawie? A może przeciwnie, ktoś zrobił mi tam krzywdę i musiałam wiać przed jakimś stołecznym katem, nieszczęsna ofiara?
A może to całe napięcie związane ze słowem „ucieczka” wyraża nie moje, a pytającego, problemy? Może to redaktorzy kolorowych gazet zadłużeni po uszy, po uszy zanurzeni w banał i plotkę, po cichu marzą o tym by uciec? A, że nie widzą dla siebie drogi odwrotu, przypisują rejteradę z życia, każdemu, kto postawił nogę, choćby centymetr od wyznaczonego szlaku. Po jednym z moich rozstań z mężczyzną, przyjaciółka napadła na mnie ze słowami:” Co ty wyprawiasz! Nie układa się życia od nowa 10 razy!”. Nie? A dlaczego? Ona sama tkwiła od nastu lat w toksycznym związku, w którym każdy dzień był męką. Moje rozstanie odesłało ją do własnej niemocy. Nikogo nie namawiam do tego, by żył jak ja. Na swój wyłączny użytek uważam, że naprawdę niemoralne i bezwstydne jest marnotrawienie własnego życia i szansy na rozwój.
Jeśli przed czymś uciekłam, opuszczając wielkie miasto (mam tu na myśli niekoniecznie Warszawę, z którą nigdy tak naprawdę nie czułam silnych związków, ale przede wszystkim Paryż, gdzie czuję się naprawdę u siebie), to przed hałasem, spalinami, korkami, psim gównem na chodnikach i brakiem kontaktu z przyrodą.
Tak się złożyło, że wielkim, wspaniałym, zbiegiem karmicznych okoliczności, mam dom w Zakopanem. A w domu internet i telefon. Jeśli zachodzi taka potrzeba, mogę, w ciągu kilku godzin, znaleźć się w Warszawie, lub innym, dowolnie wybranym, miejscu Europy. Nie wyniosłam się do pustelni w Tybecie, choć na przyszłość nie wykluczam takiej możliwości. Ale i to nie musiałoby być ucieczką. Wędrówka i ucieczka to nie to samo przecież. Mam duszę koczowniczki. Nigdzie nie uciekam!
Wędruję. Za pożywieniem, tym realnym i tym duchowym. Za miłością, urodą miejsc i ludzi, doświadczaniem nowych smaków, kolorów, zapachów i historii. Wewnętrznie, moja podróż trwa i coraz mocniej przypomina emigrację, co, (jak żadna emigracja) nie jest łatwe. Czuję, że nie dotrzymam obietnicy złożonej w duchu mojemu Tacie, kiedy pierwszy raz słuchałam jego piosenki „ Nie opuszczaj mnie...inteligencjo!”. Jest tam taki wers” (…) wewnętrzna emigracja twa, to w tej chwili jest najgorszy pomysł!”, przyrzekłam wtedy, że u siebie do tego nie dopuszczę. Ale to było kilkanaście lat temu.
Szłam głosować, z pełną wiarą w sens demokracji i dobrą wolę, przynajmniej części, polityków i stojących za nimi intelektualistów. Swoją dziennikarską robotę postrzegałam jako ważny element większej, dążącej do jakiejś harmonii, całości. Co za naiwna bzdura! Chodzi o biznes i o nic więcej. Od samego początku chodziło tylko o kasę, rynek i sprzedaż, a my idioci, myśleliśmy, że o wolność słowa i inne takie dyrdymały. No, więc mam głębokie poczucie, że wraz z całym pokoleniem dałam się zrobić w balona i jedyna moja satysfakcja, to że nie wrobiłam się w kredyt w banku i mogę w każdej chwili zaniechać życia, jakie prowadzę i wynieść się gdzieś, gdzie spokojnie się utrzymam z pracy w knajpie na plaży. Rozważam zresztą taką ewentualność.
Czy kolorowa gazeta, w której mam wypromować tę swoją książkę będzie chciała takich rozważań? Raczej nie. A ja naprawdę nie mam już o sobie wiele do powiedzenia. Co było, należy do przeszłości i najlepsze co mogę dla siebie zrobić, to przestać nieustannie w niej grzebać.
Nie pogadam także o modzie, bo jej nienawidzę i uważam za okrutne narzędzie wykluczenia. Nie pogadam o miłości, bo naprawdę jej potrzebuję, a ta pani ceni sobie dyskrecję. Więc o czym? Mogę o jedzeniu: o zapachu kolendry na palcach, o konfiturach rytualnie przypalanych przeze mnie co roku, o naprawdę udanym rostbefie w ubiegłym tygodniu. Mogę o Tatrach, że są takie piękne i nudne jednocześnie, że nie cierpię włazić pod górę na fokach, a jednocześnie nic nie sprawia mi takiej przyjemności i nie daje takiego poczucia witalności i szczęścia. O samotności, że daje szansę, by mieć siebie tylko dla siebie.
Mogę też trochę „pojechać” po kolegach po fachu, bo to teraz modne i dobrze się sprzeda, ale nie będę chyba się wypowiadała na temat Ukrainek i popisu duetu Figurski/Wojewódzki. Wolę raczej o tym, że ten ostatni, tak zjadliwie i uparcie piętnujący naszą rodzimą małomiasteczkowość, sam jest jej ukoronowaniem, obnosząc się, a raczej obwożąc, nieprzyzwoicie drogim, szpanerskim do bólu autem i jednocześnie przyrównując do Gombrowicza i Mrożka!
Heloł! Wolę o tym, że eksponowanie torebki, czy butów za kilka, kilkanaście tysięcy złotych uważam za wulgarne i aroganckie i o tym, że ... wcale nie chce mi się o tym gadać.To jak ja mam wypromować tę książkę?
