No i mamy w Polsce problem z wodą. Wisła podobno nigdy nie była tak płytka. W telewizji pojawiają się specjaliści i komentatorzy, którym na sekundę pozwala się mówić o czym, co za kilka lat, prawdopodobnie, stanie się tematem numer jeden. To co mówią natychmiast jest zagłuszane przez polityczny szum i doniesienia o egzystencjalnych kłopotach pięknych i bogatych (goły tyłek księcia Harrego, gołe cycki księżnej Kate, wpadka modowa Kingi Rusin) Tymczasem, gdzieś na świecie cywilizowani ludzie już dawno się połapali, że bez wody nie da się żyć. A bez Iphone’a tak. Właśnie wróciłam z takiego miejsca.

REKLAMA
Przez cały sierpień podróżowałam po południowej Australii, a właściwie po jej parkach narodowych. Ten czas okazał się dla mnie najcenniejszą w życiu lekcją ekologicznej pokory. Mój przyjaciel, a zarazem przewodnik w tej podróży, od 25 lat zajmujący się ochroną przyrody w australijskich parkach narodowych, w niczym nie przypomina nawiedzonego ekoludka, wychudzonego na wegetariańskim wikcie. Przeciwnie: biją z niego krzepa i zdrowy rozsądek.
Przemierzając ogromne odległości wśród dziewiczej natury, albo przecudownie utrzymanych winnic, by dotrzeć do kolejnych rezerwatów, rozmawiamy oczywiście o kryzysie. Zdaniem mojego rozmówcy, który Europę i Stany dobrze zna, to niezrozumiałe, że tak bardzo przejmujemy się kryzysem ekonomicznym, podczas, gdy tak naprawdę grozi nam o wiele gorszy- ekologiczny.

Zdjęcia z Australii


Wystarczy tydzień na starym kontynencie, by zobaczyć jak bardzo marnotrawimy energię i wodę. Jak mało wiemy o recyklingu, z jaką łatwością wywalamy rzeczy, które jeszcze mogłyby służyć. Trudno z tym dyskutować, bo oto wjeżdżamy do miasteczka. Przy każdym domu gigantyczny zbiornik na deszczówkę, w wielu miejscach pokrywający całe zapotrzebowanie domowników na wodę. Na dachach solary. Wszędzie! Przy każdym domostwie kompost. O pojemnikach na śmieci nie wspomnę: każda puszka, zanim trafi do swojego, jest dokładnie umyta. W wielu domach, żarówki (energooszczędne) świecą tylko tam, gdzie naprawdę jest to konieczne: w kuchni i miejscu, gdzie dzieci robią lekcje. Poza tym świeczki i lampki naftowe.
Jasne, piszę o okolicach, gdzie ludzie żyją blisko natury. W wielkich miastach Australii, jest jak wszędzie. Ale i ja mieszkam w miejscu, gdzie mamy przyrodę na wyciągnięcie ręki, na obrzeżu pięknego Tatrzańskiego Parku Narodowego. Obok mojego domu, na pustej działce zarośniętej zielskiem, od lat gromadzą się wory ze śmieciami. W lasach…szkoda atramentu, wszyscy wiemy. Sąsiedzi regularnie palą śmieciami w piecach trując rakotwórczymi dioksynami siebie samych i wszystkich w promieniu wielu kilometrów. Gdy wzywam Straż Gminną okazuje się bezradna.
Wokół pełna iluminacja, zwłaszcza w okolicach świąt. Woda leje się strumieniami bez żadnych ograniczeń, tak, że w sezonie, gdy Zakopane przeżywa najazd turystów, rano nie sposób się umyć. Nad miastem, kurortem, żyjącym z turystyki, zimą unosi się czarny smog. Sortowanie śmieci, nawet wśród wykształconych ludzi, uważane jest za niegroźne dziwactwo. Nadal nie udało się wprowadzić zakazu używania petard i fajerwerków w otulinie parku, gdzie żyją dzikie zwierzęta, a unikatowy, zachwycający krajobraz Podhala przesłaniają tysiące koszmarnych billboardów i tablic. To kolejna rzecz, która mnie w Australii zachwyciła: krajobraz bez reklam. I telewizja publiczna bez reklam. Trochę anachroniczna, trochę „niedoświetlona”, ale za to pełna fajnych filmów dokumentalnych i ambitnych dyskusji. Podobnie publiczne radio.
Wróciłam wstrząśnięta, serio. I nie mam, patrząc wokół, najmniejszych wątpliwości, że kryzys, który nas czeka, będzie zupełnie innej natury niż sądzimy. Australia ma swoje problemy: w niektórych miejscach doszczętnie zniszczono kulturę Aborygenów, a rasizm w stosunku do nich, choć przypudrowany polityczną poprawnością, wyziera z każdego kąta. Statki pełne uchodźców z Azji, które co dzień przybijają do północnych wybrzeży i których z jednej strony nie sposób powstrzymać, a z drugiej nie sposób przyjąć. Alkoholizm, którego rozmiary mogą wpędzić w kompleksy nawet naszych najostrzejszych zawodników i wiele, wiele innych.
Nie jestem pięknoduchem, który nagle odkrył Amerykę , czy raczej Australię” w konserwach”. Ale nauczyłam się tam gasić światło i zakręcać kran!