
Nie od zawsze byłem w Kościele. Chrzest, komunia, bierzmowanie, religia tak, ale już fizyczna obecność w świątyni rzadko. Zainteresowanie Bogiem również znikome. Ale wiara owszem i to od niej wszystko się zaczęło. Za jej przyczyną zostałem świadomym katolikiem, chociaż złożyły się na to różne czynniki i koleje losu. Ot, można by powiedzieć, że sam z siebie (teolodzy mówiliby o łasce), bez żadnych fajerwerków oraz spektakularnych nawróceń dotarłem do bliższej relacji z Bogiem, w której żyję do dziś. Co było decydujące i dlaczego o tym piszę?
REKLAMA
Nie lubię oklepanego słownictwa rodem z zamierzchłych czasów, które operuje terminami takimi jak miłosierdzie, albowiem, czynić. Nie znajduję jednak lepszego określenia na pierwsze z nich (sprawdźcie jak słowniki synonimów się z nim męczą), a to ono jest dla mnie kluczowe. Pierwszym, co spotkałem na drodze, było miłosierdzie. Chyba każdy ma lepsze i gorsze momenty w życiu, gdzie wtedy szuka trampoliny? Dostałem go tak dużo, poczułem się tak szczęśliwy, że puściło mnie ono saneczkami po lodzie dalej, do świata, którego wcześniej nie znałem. Mam na myśli świat duchowy, gdzie wszystko opiera się najpierw na kumpelskiej relacji, która następnie przeobraża się w przyjaźń. Później zacząłem odkrywać pomoc w sakramentach, siłę płynącą z nich, w ten sposób docierając do Kościoła. Zanim jednak do niego dotatłem, owo miłosierdzie popłynęło w moją stronę z konkretnego źródła.
Z głupia franc postanowiłem przeczytać na stronie: https://www.faustyna.pl/zmbm/dzienniczek-sw-siostry-faustyny/ dzienniczek św. Faustyny. Już nie pamiętam jak trafiłem na informację o nim, ale na pewno przyciągnęły mnie rzekome cuda, które są w nim opisane, a które działy się nie tak dawno temu, całkiem blisko mojego miejsca zamieszkania. Kogo nie interesuje coś, co wykracza poza znaną sferę fizyki? Jako że dzienniczek nie jest ułożony chronologicznie, czytałem go z pewnym niezrozumieniem, ale dzięki wierze, jaka dopuszczała ewentualność, że coś z tego może być prawdziwe, otwierałem coraz szerzej oczy. Nie umiałem się oderwać, siedziałem po nocach, dopóki nie skończyłem. Byłem tak zafascynowany życiorysem Heleny Kowalskiej (później Faustyny), całą misją, którą miała do odegrania, że sprawa miłosierdzia bożego pochłonęła mnie bez reszty. I w pewnym sensie po dziś dzień czuję jej wyjątkowość w moim życiu.
Helena Kowalska pochodziła z wielodzietnej rodziny, gdzie się nie przelewało. Ukończyła jedynie kilka klas podstawówki. Widzenia Jezusa miała już dość wcześnie, ale dopiero jako nastolatce ukazał jej się w jednym z łódzkich parków, wskazując na drogę, jaką powinna pójść w życiu. Wszystko to działo się na początku XX wieku, a skończyło w latach 30. Koleje losu doprowadziły ją do klasztoru w Warszawie (ul. Żytnia, polecam wstąpić), potem do Krakowa (znane Łagiewniki), przez Litwę, Częstochowę i inne pomniejsze miejsca. W tym czasie miała tyle widzeń, ile mało kto miał w historii świętych. Była jedną z największych mistyczek, jaką świat nosił. Przekazała dużo wiary, proroctw, tłumaczeń. I wiecie co? Kiedy po jej śmierci wszystko wyszło na jaw, nikt oprócz spowiedników, psychiatrów ją badających, sióstr przełożonych w zakonach oraz duchownych przełożonych o tym nie wiedział. Żadna z zakonnic, z którymi żyła przez wiele lat pod wspólnym dachem nie miała pojęcia o tym, co się dzieje, choć kilka podejrzewało jej wyjątkowość.
Misja św. Faustyny była trudna, ale przesłanie proste i sprowadzało się do jednego. Miała przypomnieć światu, który żył do bólu sprawiedliwością, że istnieje miłosierdzie. Że możemy go szukać u Boga, Jezusa, jakkolwiek byśmy zawinili, że mamy go mieć dla siebie wzajemnie. Tyle. To przesłanie jest tak prawdziwe, bo realizacja jego daje dużo szczęścia, i jest tak ciepłe, opiekuńcze, troskliwe, że kiedy zdałem sobie z niego sprawę łzy same napływały mi do oczu.
Po latach od śmierci siostry Faustyny miłosierdzie pomagało wielu przechodzić przez dramaty II wojny światowej. Kult, jeszcze mało znany, miał różne etapy, również negowania go przez Kościół, aż dopiero u schyłku XX wieku został w pełni zatwierdzony, zresztą zgodnie z przepowiednią zakonnicy. Mało kto wie, oczywiście z tych, którzy nie interesują się zbytnio religiami, że doprowadzenie przesłania miłosierdzie do finału było bodaj najważniejszym zadaniem Jana Pawła II. Jeszcze gdy pracował w kamieniołomie zachodził do łagiewnickiej kaplicy na modlitwę, a później, już jako biskup, zabiegał o tą sprawę, która była cholernie trudna. Kiedy został kardynałem, mówił, że misja św. Faustyny jest dla niego "pierwsza". A u schyłku swojego życia, gdy już kanonizował siostrę, ogłosił pierwszą niedzielę po Wielkanocy niedzielą Miłosierdzia Bożego. Dotarł jeszcze w 2002 roku do Łagiewnik, konsekrując świątynię, która ukazała się w jednym z widzeń przyszłej świętej. Zmarł właśnie w wigilię tego święta trzy lata później. Przypadek?
Śledzę skrupulatnie cuda dziejące się na świecie i wierzcie mi na słowo, że często wydarzają się one w miejscach, gdzie za chwilę (liczoną w latach) stanie się bądź już się dzieje coś złego. Jakby Bóg chciał tam posłać kogoś od siebie, który zaniesie człowiekowi pocieszenie i nadzieję. Tak było w przypadkach (nie chronologicznie) Medjugorie (wojna na Bałkanach), Kibeho (konflikt Hutu-Tutsi w Rwandzie), Fatima (I wojna światowa), San Giovanni Rotondo (I i II wojna światowa), jak też właśnie w Łagiewnikach/Warszawie (II wojna światowa). Oczywiście przesłania widzeń pozostają zazwyczaj na wieki, ale wydawać by się mogło, że część dotyczy w szczególności czasów najbliższych. W przypadku Miłosierdzia Bożego jest inaczej. Mam wrażenie, że XX wiek to było tylko przypomnieniowe preludium do tego, co wydarzy się w obecnym XXI wieku. I nie chodzi mi tutaj o straszenie jakimiś wydarzeniami, bo ja nie wiem co nas czeka. A raczej o obserwację świata, który się relatywizuje, popada w postprawdy, odchodzi coraz częściej od uniwersalnych wartości. Mam poczucie, że szczególnie w dobie naszego życia będziemy potrzebowali nie tylko przebaczenia co do siebie, ale będziemy musieli nauczyć się również przebaczać innym. Spójrzcie chociażby na to, jakie nasze społeczeństwo jest dzisiaj podzielone. Też wydaje się Wam, że zatraciliśmy umiejętność, a raczej brakuje nam woli co do wzajemnej rozmowy, zrozumienia?
Między innymi o tym jest moja książka "Niewolnik w Europie", której premiera odbędzie się 11 maja. O miłosierdziu i sensie przebaczania. Michał, główny bohater, to osoba wierząca, ale raczej letnia. Zarówno on, jak i pozostali bohaterowie, mierzy się z ciężkimi sytuacjami, w czasie których o wybaczenie niełatwo. Jakie to dzisiaj aktualne - zranione związki, wyrządzanie innym krzywd, nieudane relacje rodzinne, chore współzawodnictwa. Najtrudniejsze wyzwanie, które nas czeka.
Piszę więc o tym dlatego, bo dziś obchodzimy niedzielę Miłosierdzia Bożego. Nie jestem w stanie posłać Wam większego dobra, niż tylko przekazać doświadczenie, które odwróciło mi kompletnie życie do góry nogami. Dodało otuchy. I niech to będą moje życzenia wielkanocne dla Was. Powodzenia!
