Od dobrych kilku dni czytam sobie wypowiedzi najznamienitszych dziennikarzy i publicystów dotyczących rywalizacji kandydatów na prezydenta. Najznamienitszych jeśli chodzi o wiedzę, doświadczenie oraz idącą za ciężką pracą popularność. Nie zamierzam operować nazwiskami, bo nie o ludziach tu mowa, ale o zjawiskach. W każdym razie twórczość większości z nich znam nieźle z portali i tygodników. Analizują oni słupki wyborcze, prowadzą socjologiczne analizy, próbują przewidywać. Nie byłoby w tym nic złego, wszak taka jest rola żurnalisty, żeby objaśniać skomplikowaną rzeczywistość, ale jedna rzecz mnie niepokoi. Znakomita większość z tej paczki expressis verbis radzi Trzaskowskiemu, jak wygrać wybory. Albo udziela poparcia.

REKLAMA
Są też i takie tuzy dziennikarstwa, którzy na objaśnianiu poprzestają, co kontrastuje z powyższymi. Ich analiza nie tylko daje wykazać się mojej inteligencji bądź jej niedoboru, ale przede wszystkim nie imputuje mi silną sugestią wyboru, pozostając w pokorze. Bo balansowanie na krawędzi danych i przewidywania przyszłości ma cienką granicę. Łatwo uwierzyć, że subiektywne proroctwo staje się obiektywnym, w szczególności gdy dwa na dziesięć poprzednich się potwierdziło.
Jest tylko jedna rzecz, która wpływa na okoliczności łagodzące dla dziennikarzy angażujących się politycznie. Nazywa się przypadkiem Geralta z Rivii. Wiedźmin w powieściach Sapkowskiego przez długi czas pozostawał neutralny, lecz w miarę rozwoju akcji spostrzegł, że tak się nie da. Po czyjejś stronie prędzej czy później się opowiadamy, choćby w imię walki o wartości. Taką misję mają zapewne ci dziennikarze, którzy na piedestale stawiają odsunięcie PiS od władzy, obronę demokracji. Cel szczytny, ale środki moim zdaniem zbyt przepełnione romantyzmem, emocjami.
Możecie zarzucić mi brak bezstronności, wspieram bowiem w kampanii Szymona Hołownię. "Boli go Trzaskowski, bo nie pomagamy jego kandydatowi". Jednak mój wybór, wierzcie lub nie, wynika z głębokiego przekonania o słuszności zmiany sposobu uprawiania polityki. Wyleczenia jej z populizmu i demagogii. I dotyczy konkretnej osoby, z jej zaletami oraz wadami, nie zaś komitywy partyjnej pt. Wymienili mi kandydata, nie szkodzi, ważne by zdetronizować Dudę, a cyfry mówią same za siebie. Gdyby dziennikarze wspierali w ten sposób Hołownię, również byłoby mi to nie w smak, ponieważ ich rolą jest analiza faktów. A dziś? Dziś kilku z nich serwuje mi - ależ przepraszam, to tylko... - publicystykę, niewinną, subiektywną, lecz publikowaną publicznie, podpartą autorytetem.
Może mam inny sposób patrzenia na świat, ale nie jestem w stanie zrozumieć, gdzie specjaliści w swoich dziedzinach, którzy zjedli zęby na pracy w redakcji i poza nią, przeobrazili się w technokratów. Które liczby wyborcze, jakie analizy pchnęły ich do tego, choćby nieświadomie. Przecież prawda prędzej czy później się obroni. Wystarczy o niej mówić, zamiast próbować popychać ją do szybszego rozprawienia się z kłamstwem. Jeśli będzie się ją naciskać i próbować modelować własnych poglądów, stanie się podejrzana. I straci wiarygodność.