Ostatnie wieści o zawieszeniu broni w Strefie Gazy ucieszyły wielu, inni ogłosili je zwycięstwem Hamas. Pytanie jednak co dalej. "Upuszczenie pary" i następujące potem mocniejsze dociśnięcie przykrywki nic nie rozwiązuje - przynajmniej w dłuższej perspektywie.
REKLAMA
Powiedzmy sobie wyraźnie: ciągle nie rozwiązany konflikt palestyński ma wszelkie szanse na doprowadzenie świata na krawędź wojny.
Mało prawdopodobne, by stronami stały się państwa (ludziom władzy jest zbyt dobrze, i zbyt łatwo są namierzali). Raczej grozi nam aktywność nowych "Al Kaid", islamskich Herostratesów, Breivików i Brunonów K. Grożą nam zamachy - jak ten na Bali, gdzie zginęło 200 osób, przede wszystkim Australijczycy. Grożą nam lokalne wojny partyzanckie - od Turcji przez Pakistan i Indie po Malezję i Indonezję... Tam - w imię sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi - walczyć będą (najpierw) - polskie odziały specjalne...
A potem? Eskalacja konfliktu? Czy jest to scenariusz na tyle mało prawdopodobny, by można go zignorować?
Jedynie sprawiedliwe rozwiązanie konfliktu Palestyńskiego może zmienić sytuację... Wiem, łatwo powiedzieć - i też nie mam gotowych rozwiązań. Jedno jednak wiem. Nie powinniśmy stawać jednoznacznie po żadnej ze stron konfliktu. Nawet jeśli w Twojej opinii racje rozkładają się 80/20, czy nawet 90/10 to lepiej (dla nas, ale i dla obu stron konfliktu) byśmy koncentrowali się poszukiwaniu godziwego rozwiązania, akceptowalnego dla obu stron, niż na kategorycznych żądaniach jednostronnych ustępstw. (A jeśli wydaje Ci się - sorki, drogi czytelniku - że racje rozkładają się 100 - 0, albo nawet 99-1, to wybierz się do psychiatry, a przynajmniej poczytaj trochę o racjach drugiej strony - z ich źródeł...)
To, co możemy i musimy zrobić - to odkłamać dialog na ten temat. Niestety, main-streamowe media - mimo pewnych pozorów obiektywizmu - w większości stają wyraźnie po stronie Izraela... (Populistyczno-nacjonalistyczą niszą, napędzaną przez nienawiść do Żydów to nawet nie chce mi się zajmować.). Indoktrynacja - "My - dobrzy, a Oni - źli" zaczyna się o Trylogii (i sprośnych pohańców) i hollywoodzkich filmów jak "Królestwo Niebieskie"... Nie chcemy pamiętać, że "Ryszard Lwie Serce" był odpowiedzialny za wymordowanie kilku tysięcy jeńców, a i wiele miast zdobywanych przez krzyżowców "poszło pod nóż", podczas gdy Saladyn, jego przeciwnik zasłynął na wieki swą prawością.
Nie chcę - Broń Boże! - twierdzić, że to mahometanie są "tymi dobrym". Rzecz w tym, że każda ze stron, każdy człowiek i każde społeczeństwo ma w sobie potencjał dobra i zła.. (Jeśli masz wątpliwości, zajrzyj tu: /Eksperyment Stanfordzki ). A czarno-białe widzenie rzeczywistości jest nie tylko lenistwem intelektualny, może mieć też paskudne skutki...
Nasze wielowiekowe związki z Żydami, wspaniały wkład tych, którzy byli Polskimi Żydami - od Zamenhofa po Korczaka, powoduje, że sympatia większości polskich intelektualistów jest po stronie Izraela... Już nie mówiąc o przepotężnym lobby żydowskim i naszego największego sojusznika...
Gdy mówi się o Palestyńskim konflikcie często podkreśla się, że to "Palestyńczycy są sami sobie winni...
1. że "nie byli gotowi", nie byli w stanie stworzyć struktur władzy, gdy Brytyjczycy wychodzili...
Prawda... Ale przemilcza się w tym momencie fakt, że pokolenie wcześniej, po ogromnym zaangażowaniu Arabów w walkę z Otomańskim Imperium zostali oni "wystawienie do wiatru" przez Brytyjczyków. (Zdradę tę najlepszy zapewne agent Brytyjski skwitował dymisją, walcząc w Drugiej Wojnie jako szeregowiec.)
A jeśli nawet nie byli gotowi - czy to jest powód, by odmawiać im prawa do Państwowości "po wiek wieków amen?"
2. Mówi się, że "Arabowie to terroryści". Fakt, że nie sposób zapomnieć NY 9/11, ani Olimpiady w Monachium. Ale warto też pamiętać, że to terrorystycznymi zamachami syjonistyczne organizacje wymusiły na Brytyjczykach oddanie im władzy (Irgun i Hagana(h) - zobacz np. Ataki Irgun ).
3. Hipokryzja i jednostronne skrzywienie percepcji nie omija nikogo. Żadnej ze stron, rzadko kiedy sympatyków. Tym bardziej - jeśli chcemy trwałego pokoju, bez lęku, że palestyński kociołek wybuchnie - potrzebujemy dotrzeć do istoty rzeczy, do mechanizmów napędzających konflikt.
Trudno jest zaakceptować tezę o "szeroko zakrojonych bombardowaniach Izraela przez Hamas", gdy ich ofiarą padają dwie-trzy osoby, i o "starannie wymierzonych, ograniczonych i przeprowadzonych z chirurgiczną precyzją atakach ADF", których ofiarą padają dziesiątki i setki cywilnych ofiar. Ale nie sposób też zaakceptować krokodylich łez Hamas, gdy po ataku "bezbronnych" tłumów na Płot, czy na posterunki giną cywile... Bo niby co? Izraelscy żołnierze mieliby się dać zatłuc kamieniami???
Wiem, nie ma łatwych rozwiązań, ale... Na pewno musimy rozszerzyć dialog Judeo-Arabski na cały świat, by strony lepiej się zrozumiały, i znaleźć sposób, by odblokować sensownie arabskie getta i dać nadzieję wegetującym tam ludziom. Inaczej grozi nam potężny, choć rozdrobniony ruch emigrantów-frustratów z drugiego pokolenia.
Pierwsze pokolenie emigrantów zwykle czuje, że "złapało Pana Boga pod nogi",
porównują swą sytuację we Francji, Niemczech czy nawet w Polsce z tym, co mieli w Tunezji czy Egipcie. Drugie pokolenie, wychowane w Europie często czuje się jednak dyskryminowane i to ich serca i umysły będą padał łatwym łupem fanatyków.
porównują swą sytuację we Francji, Niemczech czy nawet w Polsce z tym, co mieli w Tunezji czy Egipcie. Drugie pokolenie, wychowane w Europie często czuje się jednak dyskryminowane i to ich serca i umysły będą padał łatwym łupem fanatyków.
Grozi nam rozpętanie spirali podejrzeń i niechęci - sporadyczne nawet zamachy będą skutkować zaostrzaniem podejrzliwości, ta blokowaniem szans zawodowych, a sfrustrowana młodzież będzie się chciała "na kimś wyładować".
Potrzebujemy projektów zbliżających ludzi i nacisku na Państwa, by te poważnie potraktowały sprawę "Road map for Peace".
