O autorze
dr Zarządzania (UW), mgr Matematyki, studia podyplomowe z Pedagogiki Twórczości (APS im. Grzegorzewskiej) i Finansów (Swinburne University of Technology, Melbourne); prowadzi swoją firmę szkoleniowo-doradczą Kreatywne Strategie. Wizja? "Wierzę w ludzi, przedsiębiorczość i potrzebę sprawiedliwości społecznej. Jestem przekonany - wiem - że w każdym człowieku jest potencjał dobra i twórczości; Tyle, że często nie potrafimy go wydobyć... A przecież tylko dbając o siebie na wzajem możemy być szczęśliwi, mieć dobre rodziny,firmy i kraj..."

Pół kroku w dobrą stronę

Od dawna trwają krytyka nadmiernej biurokracji związanej z realizacją programów mających wspierać rozwój przedsiębiorczości. Nieomal tak samo długo powtarzane są obietnice uproszczenia procedur i przekazania kluczowych decyzji najbardziej odpowiednim osobom – przedsiębiorcom. Najnowsze postanowienia PARP, dotyczące dofinansowania szkoleń w latach 2014-2020 zasługują jedynie na połowiczne poparcie.


Na plus:
• to już nie urzędnicy, ale przedsiębiorcy mają decydować o tym, jaka ma być tematyka i zakres szkoleń
• oprócz szkoleń wsparcie otrzymać mogą przedsiębiorstwa na inne działania – coaching, mentoring, doradztwo..
Fajnie – cieszyć się należy, że urzędnicy uznali (wreszcie!), że przedsiębiorcy lepiej wiedzą niż oni, czego potrzebują. Hurra! Hurra! Wątpliwości budzą jednak ograniczenia. Na pozór sensowne - instytucja świadcząca usługi będzie musiała:
• mieć roczne obroty powyżej 60 tys. zł,
• nie zalegać ze składkami ZUS i podatkami,
• działać od co najmniej trzech lat, mieć doświadczoną kadrę, dobre referencje i przejść pozytywnie audyt.
Przyjrzyjmy się temu dokładniej: ZUS, podatki – oczywiście tak. A inne wymagania? Rozpatrzmy na przypadkach:
Jacek – specjalista od marketingu już od siedemnastu lat łączy pracę na uczelni ze szkoleniami i doradztwem dla małych firm. Ma ustaloną renomę, dobrych klientów. Jednakże, ponieważ to uczelnia pochłania większość jego czasu i energii, jego przychód z działalności szkoleniowo-doradczej wyniósł 40 tysięcy. Wykluczony z dofinansowań.
Agata i Zdzisiek – Agata zajmuje się ergonomią, Zdzisiek prawem pracy, oboje mają po 8 lat stażu pracy. W związku z narastającymi trudnościami na uczelniach (Agata) i redukcjami w firmach (Zdzisiek) postanowili założyć własną firmę, świadczącą usługi konsultingowe dla innowacyjnych, pragnących się rozwijać firm. Choć ich marzeniem jest praca dla najlepszych korporacji mają przekonanie, że najpierw potrzebują „wykazać” pracując dla mniejszych firm. Wykluczeni.
Maciek –12 lat temu założył firmę związaną z doskonaleniem procesów organizacyjnych; po 3 latach przyszedł sukces i uznanie. Wszystko było by fajnie, ale... Półtora roku temu Maciek miał ciężki wypadek, który wyeliminował go z pracy. Zespół się rozpadł. Szczęśliwie zdrowie wraca i chciałyby na nowo rozkręcić działalność. Wykluczony
A Krzysztof, który wrócił po trzech latach z Irlandii, Agnieszka, która była przez dwa lata na urlopie macierzyńskim, czy Artur, który w ostatnim roku skupił się na pisaniu książki, która miała go uwiarygodnić na rynku szkoleniowo-doradczym? Wykluczeni!
Jak widać na powyższych przykładach, to co wygląda na sensowne wymagania, w zderzeniu z różnorodnością sytuacji ludzkich okazuje się szkodliwe.
Co więcej - wymaganie trzyletniego doświadczenia blokuje „dopływ nowej krwi” – nowych firm, szkoleniowców którzy często wchodzili by z nowymi pomysłami, rozwiązaniami. W dotychczasowym systemie sukces odnosiły te instytucje które specjalizowały się w... pisaniu projektów pod urzędnicze wymagania. A nowo (daj Bóg!) tworzący się rynek szkoleniowo-doradczy potrzebuje firm które wykażą się rozumieniem przedsiębiorców, a nie talentem w rozgryzaniu wielostronicowych instrukcji...
Rzeczy, która zwykle umykają autorom tego typu decyzji zza biurka podejmowanych, jest dynamika sytuacji związana z upływem czasu... Trzyletni okres doświadczenia po następnych kilku latach zamieni się w pięcio- czy siedmioletnią przerwę w dostępie nowych firm do rynku.
Problem to audyt. Kto będzie go dokonywał? Praktycy – konkurenci, czy urzędnicy – nie koniecznie znający się na rzeczy? Inny problem z audytem to uznaniowość urzędnicza. Oczywiście, ustalone zostaną kryteria, ale wszelkie kryteria podlegają interpretacji... I co? Będziemy mieli do czynienia z wykazywaniem sobie nawzajem, kto jest mądrzejszy, czy poszukiwaniem skutecznych, brzęczących lub szeleszczących argumentów?
Z audytem znowu wiąże się problem czasu – jeśli nowy okres ma zacząć się w 2014, to do kiedy udałoby się dokonać przeglądu wszystkich chętnych firm? Co będzie decydowało o kolejności audytu, a zatem i o czasie wejścia na rynek?
Wreszcie – wymóg progu dochodowego (60 tys.), czy kosztów „audytu” (tysiąc, dwa?) który wygląda skromnie dla dobrze osadzonej firmy która zatrudnia kilka, czy kilkanaście osób wygląda zupełnie inaczej z perspektywy rozpoczynającej działanie, czy „odbijającej się od dna” firmy jednoosobowej.
Wreszcie – referencje. W proponowanych systemie ocenianym podmiotem jest instytucja. A tak naprawdę, to przedmiotem oceny klienta jest konkretny trener, doradca czy szkoleniowiec.
Tak więc, referencja dla spółki czy fundacji bardzo mało nam mówi o kompetencjach osoby która będzie świadczyć usługi dla naszego przedsiębiorstwa.
Wniosek? Uwierzmy na nowo w rynek – to wolny rynek, może ew. wspierany, a nie wypierany przez programy pomocowe jest najlepszym rozwiązanie.
Parafrazując Churchilla – rynek może bardzo złym systemem, ale nie ma lepszego. Pozwólmy przedsiębiorcom dokonywać wyboru na własne ryzyko..


I pozwólmy tymże przedsiębiorcom dawać szansę nowym firmom szkoleniowym i doradczym.