REKLAMA
Wśród popularnych rad życiowych przoduje ostatnio ta: bądź tu i teraz. Skup się na chwili obecnej. Ma to być europejska adaptacja mistycznej mądrości wschodu, która za sprawą duchowych nauczycieli buddyzmu i jogi, za sprawą inspirowanych nimi chrześcijańskich i synkretycznych mistyków, a też ostatnio dzięki metodzie mindfulness i jej poprzedniczkom, popularnym w zeszłych dziesięcioleciach, dotarła tu do nas, by się nam żyło lepiej.
O co tu chodzi? Przestań sobie cokolwiek wyobrażać, nie martw się na zapas, bo i tak na to, co niesie przyszłość, wpływu nie masz i nie rozpamiętuj bez końca przeszłych błędów. Nie wracaj ciągle do poniesionych strat, nie skupiaj się na tym, co inni ci złego zrobili, nie wiąż psychicznej energii z żalem do innych za przeszłe rzeczy, bo to tylko tej energii strata, ani się nie nastawiaj na rzeczy przyszłe, których chcesz, bo to prowadzić może tylko do przywiązań, sztywności i rozczarowań, gdy to, na co się nastawisz, się nie spełni. Żyj chwilą obecną, uważnie i przytomnie właśnie teraz. Im bardziej tu i teraz, tym lepiej. Wszystko to ponoć potwierdzają wschodni mędrcy, zaświadczając, że temu, kto to zastosuje, żyje się szczęśliwiej. Czego nam wszystkim życząc, pozwolę sobie jednak na lekki sceptycyzm.
Podobno nawet w miarę normalne zastanawianie się nad przeszłością i przyszłością, rozmyślanie, marzenie na jawie, myślenie nie o tym, co właśnie robimy, tylko o czymś oderwanym, wyobrażanie sobie, że to, co widzimy, jest czymś całkiem innym, uciekanie myślami, teoretyzowanie i spekulowanie, planowanie, analizowanie błędów, czy pogrążanie się we wspomnieniach, oraz wszelkie stany nieuwagi na mistyczne, tajemnicze "tu i teraz", to jakoś bardzo niedobrze. Niski poziom duchowego rozwoju po prostu. O co tu w ogóle chodzi? Czemu mamy rezygnować z czegoś, co przychodzi nam tak naturalnie, jak właśnie zamyślanie się i bycie raczej "tam i wtedy", niż teraz i tutaj? I dlaczego by to miało być niedobre?
Przede wszystkim warto sobie uświadomić pewne podstawowe nieporozumienie. Celem człowieka zachodu jest zwykle życie fajniejsze, bardziej harmonijne relacje, dobry związek, finansowy sukces, pociecha z dzieci i tym podobne doczesne i banalne rzeczy. Te cele uważa on za tak oczywiste, że słysząc dowolne duchowe wskazówki, zaczerpnięte od pradawnych mędrców, zakłada bezrefleksyjnie, że i im o to samo chodziło.
Nie do końca. Większa część wschodniej filozofii ufundowana jest na założeniu, że wszystkie istoty odradzają się raz po raz z powodu energii, związanej z ich przywiązaniami, pragnieniami, lękami i uwikłaniami. Energia ta ma być tak silna, że każe rodzić się wciąż od nowa, by "załatwić co niezałatwione", ostatecznie jednak pcha to nas w kolejne uwikłania i kłopoty. Czyli życie, z samej definicji, jest tam czymś związanym z cierpieniem, niezadowoleniem i poczuciem braku, a celem praktyk duchowych jest, by się od tego uwolnić. Doprowadzić umysł do takiego stanu, by już nie było konieczności się dalej odradzać. Czyli chodzi o to, by się z tego kołowrotu nareszcie wyzwolić, a nie, by się w nim lepiej, przyjemniej urządzić. Wschodnia filozofia mówi, że lepiej się urządzić można tylko czasowo, a w sumie im lepiej, tym na koniec i tak gorzej, bo do tego, co dobre, przywiążemy się i będziemy się bali to stracić. A gdy stracimy, co jest nieuniknione, bo wszystko, co powstało, musi się i rozpaść, będziemy rozpaczać. Lepiej nie mieć zbyt wiele. Dokładnie tak, jak o tym śpiewają Elektryczne gitary - byłem na wsi, byłem w mieście, byłem nawet w Budapeszcie, wszystko.. Tak. Wschodnie nauki mówią, że wszystko musi kiedyś się rozpaść.
Skąd jednak ten nacisk na "tu i teraz"? No właśnie stąd, że chwila obecna, ani przeszła, ani przyszła, to odcinek czasu o długości zerowej. Konsekwentnie rzecz ujmując "teraz", to "nigdy". Osiągnięcie tego, by umysł ciągle był w tym osobliwym punkcie zero, to to samo, co faktycznie przestać istnieć. Niby być, ale bez planów i bagażu, czyli jakby będąc, w zasadzie już nie być. Ciało się zestarzeje i koniec. Nirwana. Najprościej i najdobitniej wyjaśnił to buddyjski filozof Nagardżuna w swoim traktacie Madhjamika Karika - szczytowym osiągnięciu buddyjskiej i w ogóle wschodniej filozoficznej myśli. Jego wywód przypomina do pewnego stopnia rozumowania Zenona z Elei i jego uczniów, ale jest, moim przynajmniej zdaniem, ciekawszy. Kolejno rozprawia się autor z takimi pojęciami, jak przeszłość, przyszłość, teraźniejszość, miejsce, przedmiot, dostrzeganie czegoś, jaźń indywidualna, przyczyna, skutek, stwórca itd., skutecznie doprowadzając to wszystko do absurdu. Jak na mój gust nieźle mu poszło. Jednak celem Nagardżuny nie jest zabawa abstrakcją. Chodzi mu o bardzo konkretny wynik. O to, by poprzez studiowanie jego wywodu zbliżyć się do tego samego, do czego w innych momentach miał się zbliżyć adept przez skupienie się na "tu i teraz". Chodzi o to, by umysłowa aktywność wygasła i żeby, dzięki odkryciu, że to wszystko, czym żyjemy napędzane jest trwaniem w iluzji, nie musieć się więcej odradzać. Jeśli ktoś chciałby lepiej dogadywać się z dziećmi, albo być lepszym menadżerem, czy znaleźć fajniejszy związek, albo lepiej się poczuć, czy schudnąć, ewentualnie wyleczyć się z jakiejś choroby, to nie do końca o to tutaj chodzi.
Czy skupiając się tylko na tu i teraz, lepiej, skuteczniej pokierujemy swoim życiem? Wschodnich mistrzów to nie interesowało, bo im nie o życie chodziło. Nawet wręcz przeciwnie. Jeśli jest tylko teraz, to nie robisz planów. Nie planujesz swojego wykształcenia,ścieżki kariery, wydatków, czy inwestycji. Nie planujesz budowy domu dla dzieci. Ani ich przyszłości. No future. W zasadzie wpisuje się to dobrze w pewne subkulturowe, młodzieżowe ideologie, z których większość szlachetnych wyznawców szczęście z czasem wyrasta, a jeśli nie, to o ile ktoś nie jest Iggy Popem, kiepsko się to kończy. Nie da się pracować, prowadzić działalności naukowej, politycznej, artystycznej, ani prowadzić firmy na dłuższą metę, jeśli jes się tylko tu i tylko teraz. Nie robisz wizji rozwoju swojej działalności, ani nie wiesz, dokąd ona zmierza. Pracujesz, nie zastanawiając się nad celowością tego, co robisz. Liczy się tylko "tu i teraz robienia właśnie tego".
Tylko jak zdecydować, które działanie ma perspektywiczny sens, a które nie? Tak można pracować przy taśmie, ale niech ktoś spróbuje w ten sposób zarządzać przedsiębiorstwem. Nie da się. Musisz planować. Z perspektywy tu i teraz to przecież wszystko jedno, dokąd się dąży. Podobnie, jeśli nie wracasz do przeszłości, to nie wyciągasz z niej wniosków. Czyli nie rozumiesz własnej teraźniejszości. Ani nie widzisz związku między tym, skąd przychodzisz, a tym, dokąd możesz przypuszczalnie zmierzać. Z punktu widzenia dążenia do Nirwany to wszystko nie jest konieczne, ale jeśli nie o nią ci chodzi, samo tu i teraz, to stanowczo za mało. To najlepsza droga, by życiowo po prostu stać w miejscu. W praktyce takie skupienie na teraźniejszej chwili może być po prostu sposobem ucieczki od rzeczywistości w tym sensie, że ucieka się przed spojrzeniem na swoje życie z jakiejś całościowej perspektywy. Odrzucenie pragnień i planów, by nie tworzyć przywiązań, może być dobrą metodą, by się więcej nie narodzić, o ile faktycznie ktoś nie chce i wierzy, że w takich sprawach mogą w ogóle istnieć jakieś lepsze i gorsze sposoby, ale jeśli jednak masz jakieś marzenia, to spokojne siedzenie na tyłku niekoniecznie zbliża do ich realizacji.
Żeby coś osiągnąć, trzeba się o to postarać. A nie da się starać, jeśli się nie tworzy planu i nie wyciąga wniosków z doświadczeń. Skupianie się na tym, że osiągnięcia są nietrwałe do starań nie motywuje. Choć trudno zaprzeczyć. Wszystko mija. Ale rezygnacja z podążania za pragnieniem poziomu energii nie podwyższa. Nie twierdzę, że powinna, ale chyba warto wiedzieć, że nie podwyższa. Oczywiście, kiedy jesteśmy "tu i teraz", to zwykle jesteśmy szczęśliwsi. Idziemy z plecakiem gdzieś w góry. Długa trasa, męcząca, wreszcie docieramy do miejsca, skąd do celu już w dół, a tam wielka, zalana słonecznym światłem łąka i po prostu ślicznie. Leży sobie człowiek na trawie i patrzy. W takich chwilach jest tu i teraz i nic a nic nie brak. Ktoś wychowany na wschodnich mistykach mógłby w tym momencie pomyśleć coś w tym rodzaju: oto właśnie poczułem, czym jest to słynne "tu i teraz". Osiągnąłem to. Gdybym tylko dał radę rozciągnąć to doświadczenie na codzienne życie, mógłbym 24 godziny na dobę być tak zadowolony, jak jestem w tej chwili.
Jednak zależność idzie w drugą stronę. To nie dlatego jest fajnie, że tu i teraz jesteśmy, ale dlatego złapaliśmy "tu i teraz", że akurat tu teraz jest fajnie. Gdy Charlie Chaplin w filmie Dzisiejsze czasy z obłędem w oczach przykręca śrubki pracując na taśmie, też jest tu i teraz, ale raczej niewielu by się z nim chciało zamienić. Jednak, z punktu widzenia celu starych wschodnich mistrzów, skupienie na dokręcaniu śrubek jest równie dobre, jak patrzenie na górski pejzaż. Myśl, że w tym może kryć się rozwiązanie tajemnicy sukcesu azjatyckiej przemysłowej modernizacji nie jest miła. Raczej niepokojąca. Obawiam się jednak, że może tu być coś na rzeczy. Azja stworzyła wynalazek mnisiego życia, który Europa podkradła, bo właśnie z Azji przywędrowała do nas idea ascezy, podobnie, jak różaniec, bo to też indyjski wynalazek. Mnichów nie wymyślili Azjaci bez powodu. Zdecydowali się ogromnym ekonomicznym kosztem stworzyć im warunki właśnie dlatego, że doskonale rozumieli, że żyć, jakby ani wczoraj, ani jutro nie istniało, można tylko w specyficznych warunkach. Mnich nie musi nic planować. Nie musi też rozróżniać na swoich i obcych, na przykład preferując własną rodzinę. Dzięki temu może żyć, jak o tym mowa w starej tybetańskiej modlitwie "wyzbywszy się przywiązania do bliskich i niechęci wobec innych w przekonaniu o równości wszystkiego, co żyje".
Gdyby przeciętny Kowalski w przekonaniu o równości wszystkiego, co żyje, starał się o pracę, lub studia, gdzie jest kilkudziesięciu kandydatów na miejsce, mogłoby to znacznie obniżyć jego szanse. Być może dzięki mniejszemu napięciu miałby spokojniejszą głowę, warto jednak wiedzieć, że na szukanie pracy może to mieć pewien wpływ. Jeśli mnich odwiedza szpital pełen obłożnie chorych ludzi, kieruje swe kroki ku tym, którzy są najbliżej śmierci. Człowiek świecki kieruje się do sali, gdzie leżą jego krewni, bo dla niego nie wszystko, co żyje, jest równe.
Córka z zapaleniem wyrostka jest dla zwykłego człowieka ważniejsza, niż obcy z rakiem piętro niżej. Mnich darzy współczuciem wszystkich na równi. Człowiek świecki, o ile nie jest jakoś sfrustrowany życiowo, życzy wszystkim względnie dobrze, ale kocha swoich. Mnich na wschodzie ma życie zaplanowane, właśnie po to, by nie musiał podejmować strategicznych decyzji, utrzymywać rodziny, czy wybierać, z kim chce być i pamiętać, co wybrał wczoraj, by móc tego samego dziś się trzymać, zamiast być zawsze z tym, kto "tu i teraz" akurat obok przycupnął. Może spokojnie skupić się na tu i teraz wyrównywania grządek kamiennego ogródka. Jeśli jednak mowa o adaptowaniu wschodu na zachodzie, to całkiem często spotykana jest taka sytuacja, że jakiś współczesny Europejczyk żyje w pewnego rodzaju "stanie pośrednim". Życie zawodowe i ścieżkę edukacyjną ma, jak u mnicha, a życie towarzyskie i seksualne, jak u człowieka zdecydowanie świeckiego. Kiedy jednak w tym życiu seksualno towarzyskim ktoś oczekuje deklaracji i zobowiązań, spod ziemi nagle pojawia się mnich. Można powiedzieć, że niektórzy biorą z filozofii wschodu i zachodu to, co najlepsze, by skutecznie i twórczo to łączyć. Do pewnego wieku to łatwe. Z czasem jest trudniej, ale ponoć zaawansowanym mistrzom się tak nawet do końca udaje. Będąc tu i teraz nie wie się o przyszłości. Możesz pracować gdziekolwiek. Na stacji benzynowej, w fast foodzie, w ochronie.. Nie jest to ani dobre, ani złe. Jeśli jesteś mnichem na wschodzie, jest to oczywistość.
A jeśli jesteś człowiekiem świeckim z Europy? Najpierw emerytura jest kwestią przyszłości, czyli tu i teraz nie istnieje, a później po prostu tu i teraz też nie istnieje. Podobnie z oszczędnościami i całą resztą. Czy to dobrze, czy źle? Można powiedzieć, że z punktu widzenia konsekwentnego "tu i teraz", ani dobrze, ani źle. Z szerszej perspektywy może być czasem słabo. Co zatem robić? Jak żyć? Tu i teraz, czy jednak uciekać myślami od obecnej chwili? W gruncie rzeczy problem jest iluzją. Przecież jeśli tu i teraz się zamyślamy nad przeszłością, to skupienie na tych wspomnieniach jest jak najbardziej teraz i tutaj, a nie "tam i wtedy".
Nie istnieje przecież nic takiego, jak bardziej i mniej prawdziwa aktualność. Aktualność, to po prostu to, czym umysł się w danym momencie zajmuje. Można być skupionym na tym, jak trzydzieści lat temu jedliśmy lody w Hortexie, a można na widoku szklanki z wodą, która stoi przed nami na stole. Zawsze jesteśmy tu i teraz, obojętnie, czy się natężamy w tym celu, czy wcale, i nie ma różnicy, czy to, na co akurat zwracamy uwagę, to będą doznania wzrokowe, słuchowe, czy myśli, czy wspomnienia o tym, cośmy może widzieli ostatnio. Ostatecznie jednak - kogóż to obchodzi? Nikt nas przecież z tego nie będzie rozliczał.
P.S.- po przeczytaniu tekstu myślę, że można by jeszcze napisać o słynnym "stanie flow", ale to chyba już temat na inny artykuł.