REKLAMA
Ponad czterdziestostronnicowego tekstu konwencji nie przeczytałem dokładnie od deski do deski, zadałem sobie jednak trud jego przejrzenia. Przejrzałem także jego krytykę, dokonaną przez prawniczki z Ordo Iuris. Ten dokument ma ponad sto dwadzieścia stron, przeczytałem więc tylko główne argumenty, by wiedzieć, na czym się skoncentrowano.
Przede wszystkim, nie jest prawdziwy jeden z często podnoszonych zarzutów, że Konwencja zrównuje przemoc w rodzinie z przemocą wobec kobiet. Przemoc w rodzinie czasem jest wobec kobiet, ale nie jest tak zawsze. I, wbrew pozorom, rozdmuchiwanym przez przeciwników konwencji, wśród fachowców nie ma co do tego sporu. Każdy, kto się zajmuje tematem przemocy wie, że kobieta też może stosować przemoc. Wiemy, że istnieją zaburzenia osobowości, które mogą mieć obie płci po równo, wiemy, że tak jak istnieją paranoicy, tak istnieją też paranoiczki, że każdy może mieć zaburzenia organiczne, że każdy może być psychopatą i tak dalej. Wiemy też, że istnieje psychoza alkoholowa i alkoholowa, lub narkotyczna degradacja i one też płci nie rozróżniają. Każdy też wie, że nie wszystkie rodzaje przemocy dadzą się ująć w statystykach ewidentnych przekroczeń prawa. Tylko co to zmienia?
Istnieje w kulturze naszej coś takiego, jak specyficzna przemoc właśnie wobec kobiet.
Wydaje mi się, że w tekście konwencji dobrze to rozróżniono.
Dokument mówi o dwu różnych rzeczach – przemocy w rodzinie, której ofiarami padają różne osoby, oraz przemocy kulturowej wobec kobiet. Czyli o takich elementach tradycji, które sankcjonują krzywdzenie tej właśnie grupy. Trudno zaprzeczyć, że takie elementy istnieją.
Podaje konwencja dość konkretne, oczywiste przykłady właśnie takich krzywdzących zwyczajów i nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł tu coś zakwestionować:
przymusowe okaleczanie narządów płciowych
przymusowe małżeństwa
wydawanie za mąż dziewczynek
przymusowa aborcja
molestowanie seksualne
tzw. zabójstwa honorowe
blokowanie dostępu do wykształcenia
Po co nam taka konwencja? Po co oddzielny dokument, w którym ustalimy, że przemoc kulturowa jest faktycznie przemocą i, że jej w Europie nie chcemy?
Europa, o ile ma być jakąś całością, potrzebuje elementu, który by ją kulturowo definiował. Określał, czym ta kultura jest i czym być może, a czym w żadnym razie być nie może. Jeśli nie masz własnego stanowiska, przyjmiesz cudze.
Bez konkretu nie da się produkować nic, oprócz bełkotu. Czy chodzenie w burce szkodzi? A ślub w wieku lat dwunastu szkodzi? Bo to, że oburza, to jednak trochę mało. Szczególnie w zetknięciu z kimś, kto potrafi swoje oburzenie pokazywać jeszcze bardziej teatralnie, niż my swoje.
Zatem - szkodzi, czy nie szkodzi?
A jak to mierzyć? A jaką metodą ustalimy, czy te miary są właściwe? Bo może w innej kulturze byłyby inne miary..?
I tak dalej. Tak się dochodzi do absurdu.
Oriana Fallaci powiedziała, że kultura zniknie, jeśli nie ma w niej żaru. Nie gustuję w tak egzaltowanym sposobie argumentacji, ale trudno nie zgodzić się z tym, co do zasady. Nie wiem, czy potrzebujemy „żaru”. Raczej rozumu. A rozum nie istnieje bez jasno zdefiniowanych pojęć. Jeśli nie chcemy mieć w Europie okaleczania dziewczynek, wydawania ich za mąż w wieku lat dwunastu, zgody powszechnej na ganianie rodziny po podwórku z siekierą w pijanym widzie, usprawiedliwiania gwałtów za pomocą bzdurnych wytłumaczeń, że to niby sama mieszkała, o czym przecież wszyscy od dawna wiedzieli, albo nogę jej było widać, albo kto nigdy pijanej nie wykorzystał, to niech kamień rzuci i tak dalej i dalej w tę stronę, jeśli nie chcemy mieć podobnych przejawów przemocy, trzeba się po prostu jakoś konkretnie określić.
I kościół tego nie załatwi. Co religia, z historycznej perspektywy patrząc, była w stanie zrobić dla ofiar przemocy w rodzinie, to doskonale ujął kiedyś Andrzej Leder.
Nie napiszę pewnie nic lepszego, więc po prostu zacytuję ten fragment:
Kobieta, poddana brutalnej przemocy męża, przez identyfikację ze znakami wiary i obrządku, przez żarliwą miłość do nich – księdza, Boga, Chrystusa – może zyskać pozycję moralnej wyższości, stać się przedstawicielką normy i prawa, a ostatecznie, symbolicznie unicestwić chłopa w oczach swoich i dzieci, ba, w jego własnych. To jej odwet za pijaństwo i bicie. Ona, wsparta o autorytet kazania i krzyża, odbiera prawomocność jego pozycji ojcowskiej, czyni go głupim, prymitywnym zwierzęciem, którego można się tylko bać, ale nie szanować. Ani kochać. Miłość, szacunek, oddanie zarezerwowane są dla figur religii; akceptacja tych ostatnich przywraca kobiecie godność, którą odbiera jej mężowska przemoc. Chłop zaś, zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności, może po niewolniczej pracy pić w karczmie, a gdy wróci do chałupy, brutalnie egzekwować swoje mężowskie prawa. Albo odreagować gorycz codziennego upokorzenia, katując żonę i dzieci.
 
Ta struktura trwa do dzisiaj, podtrzymując uprzywilejowaną więź kobiet z Kościołem i w ten sposób umacniając ich pozycję jako „dysponentek moralnej prawomocności” w obrębie rodziny. To potężne narzędzie władzy nad mężczyznami i dziećmi. Warunkuje ono swoisty polski matriarchat psychologiczny, kontrastujący z dominującym w sferze społecznej i politycznej patriarchatem. 
Wielu księży dziś robi w sprawie przemocy w rodzinie naprawdę dobrą robotę. Mówię tu o konkretnych, znanych mi przypadkach, gdy księża bardzo pomogli. Jednak historia i tradycja nie są po ich stronie. Czasem ci ludzie swymi interwencjami rozwiązują problemy, stworzone przez pokolenie ich poprzedników, przez ich starszych kolegów, lub po prostu przez ich instytucję jako całość. Oni robią coś dobrego, działając w ramach pojęć, które są poronione. To zdecydowanie za mało.
Posłanka Pawłowicz mówiła w sejmie, że dokument deklaracji nie ma sensu, ponieważ nie może istnieć coś takiego, jak równość płci. Równe uprawnienia, to tak, ale przecież nie równość. No bo niech chłop urodzi. No urodzi? No nie urodzi. No to równość nie istnieje i po co to pisać?
Nie istnieje, to nie pisać. Pisać to, co istnieje.
A czy istnieje, spytałbym posłanki, coś takiego, jak miłowanie własnych nieprzyjaciół? Czy nieprzyjaciół się miłuje? Prawdziwie i szczerze, do bólu? W czasie wojny też? Czy pod ostrzałem się ich miłuje i drugi policzek im nastawia? Czy miłuje ich posłanka? A niepożądanie żony bliźniego swego – czy jest na poważnie? Czy naprawdę ktoś nam tutaj mówi, że można przestać pożądać kogoś tylko przez to, że się o tym zadecyduje? Pożądasz? To nie pożądaj. Ok, już przestałem. Serio? To może tak działać?
A czy niedawanie fałszywego świadectwa, to coś realnego? Ludzie ciągle dają świadectwo o innych. Mówią, jak ich widzą, albo mówią, co chcą, by sobie spuścić trochę życiowej frustracji. Albo zwrócić na siebie uwagę. Czasem jest całe kłamstwo, ale czasem człowiek ześlizguje się w nieprawdę dla siebie niepostrzeżenie. Zatem, które świadectwo jest fałszywe? A które jest prawdziwe? Jak możemy wiedzieć, które nasze świadectwo o drugich jest prawdziwe, skoro nie rozumiemy nawet samych siebie i od samych siebie zwykle uciekamy?
A jednak mówimy – miłuj nieprzyjaciół, nie pożądaj żony (no proszę, nawet tu nikt się do żony nie zwraca), nie dawaj fałszywego świadectwa.. Mówi to przecież ciągle sama posłanka. Czy nie wie, że to niemożliwe? A jednak się mówi.
Najgorsze ideologie, to takie, które da się realnie, do końca wprowadzić. Jeśli coś jest możliwe do domknięcia, dla cywilizacji oznacza to śmierć. Koniec myślenia, jakiegokolwiek rozwoju, konfliktu, dyskusji, napięcia.. Po prostu doskonały, idealny, ukończony świat. Między pragnieniem równości, a rzeczywistością, zawsze będzie szczelina, tak samo, jak między radą nadstawiania drugiego policzka, a rzeczywistością życia. Najstraszniejsi są ci bogowie, których do końca można zdefiniować. Dotknąć ręką. Wtedy nie zostaje już żadne miejsce na niewiarę, wątpliwość, różnicę interpretacji, czy postęp. To, co ma stać się podstawą kultury, nie może być możliwe. I właśnie ta niespójność od wieków nas pcha do przodu, podczas, gdy na innych kontynentach świat stanął w miejscu. Równość nierównych nie da się osiągnąć, ale powinna być w konstytucji. Bez tego nie ma na nic nadziei.