O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

O biciu dzieci

Trudno o bardziej ewidentny przykład odwracania kota ogonem, niż nazywanie zakazu bicia dzieci przemocą wobec rodzin.


Bo niby czemu wszyscy psycholodzy tak się nagle na to bicie uparli? Praktycznie nie ma takich, którzy by mówili, że bicie jest dobre, a przecież mądrość ludowa mówi coś całkiem innego. Wszyscy, lub prawie wszyscy obecnie żyjący dostawali kiedyś w skórę, lub dostali przynajmniej raz, czy dwa. A jeśli nie oni, to pokolenie wstecz już na pewno wszyscy. Nie wiem, jak to dokładnie się przedstawia w różnych krajach Europy, ale jeszcze w latach osiemdziesiątych na terenie wschodnich Niemiec bicie dzieci po twarzy publicznie, na ulicy, nie szokowało nikogo. Wielokrotnie widziałem to tam na własne oczy.


Tak samo było jeszcze w latach siedemdziesiątych we Francji, co wiem dzięki psychologicznym podręcznikom w tamtych latach pisanym. Nie, absolutnie nie sugerują one takich rozwiązań. Sugerowano je, owszem, w latach dwudziestych w Niemczech. Tam nauczano, że dziecko trzeba złamać, tak, żeby prosiło o litość. Niektórzy twierdzą, że mogło to mieć pewne historyczne skutki. Ale jeśli chodzi o te francuskie książki z siedemdziesiątych lat mniej więcej, to też nie jest tak, że to odradzają. Ani to, ani to. Po prostu autorzy w swych wywodach, mimochodem niejako, podają przykłady różnych sytuacji życiowych, opisując całkiem nieświadomie, dla struchlałej potomności, realia czasów w których żyli, a które ich samych jeszcze zupełnie szokować nie mogą. I tak autor pisze zdania w stylu „gdy uderzamy dziecko w twarz..” a pisze w sumie o czymś całkiem innym. Ot, przykład z życia, dla zilustrowania jakiejś innej myśli, nieomal tak, jakby pisać, że gdy kupujemy papierosy, to to, a kiedy, czy ja wiem, choćby zarzucamy wędkę, to tamto.. Sądziłem, że to złe tłumaczenie, ale wyjaśniono mi, że nie. Po prostu tak wtedy było.


A jednak psycholodzy od lat co najmniej trzydziestu, w zasadzie całkowicie zgodnym chórem, są przeciw. Też jestem przeciw i jestem bardzo zdecydowany w tym sprzeciwie, nie zważając na francuskie stare książki. Nieprzejednany w tym jestem.

Ale dlaczego? Myślę, że warto tu użyć innych argumentów, niż tylko tych, co opierają się, jak to dziś modne, jedynie na świętym oburzeniu. Warto się też wystrzegać tych, skutecznych tylko wobec i tak przekonanych.

Czy bicie, to przemoc? Każde bicie, to przemoc?

Używanie argumentu, że to, lub tamto, to przemoc, to trochę prowadzenie rozmowy za pomocą zaklęć. To przemoc, tamto nie przemoc, przemoc jest niedobra.. Ale co to właściwie jest przemoc? Wikipedia ujmuje rzecz prosto i chyba trafnie, choć, gdy się nad tą definicją dobrze zastanowić, wprowadza to pewną konfuzję.


Przemoc, to wywieranie wpływu na proces myślowy, zachowanie lub stan fizyczny osoby pomimo braku przyzwolenia tej osoby na taki wpływ.

Rozróżniamy fizyczną i psychiczną. No i dalej jeszcze, że stosuje się przemoc na przykład przy eksmisji z mieszkania. A także (to wciąż Wikipedia), przy tymczasowym aresztowaniu, zastosowaniu kary pozbawienia wolności.. No tak. Wywieranie wpływu, gdy nie chcemy. Czyli, jeśli komornik zajmuje nam konto, a my nie chcemy, by je zajął, to co to jest? No w sumie przemoc. Bo nie chcemy. Przemocą jest, gdy dostajemy bana na jakimś forum. Gdy biorą nas do wojska, gdy nam zabraniają ściągać na klasówce, gdy ochrona nie wpuszcza nas do klubu z braku eleganckich butów.. Wszystko to, niestety, jest przemoc w tym sensie, że robią nam coś, czego sobie byśmy nie życzyli. Kiedy kontroler sprawdza nam bilety, też zmusza nas do czegoś. Co podpada pod definicję Wikipedii niestety.

Sprowadźmy to trochę na ziemię, do problemów realnego życia. Trudno uwierzyć, ale takie one też bywają. Jeśli uczeń pluje nauczycielowi na buty, nauczyciel używa asertywności. Nie bije ucznia, bo to przemoc. Chyba już żaden rodzic w naszym kręgu kulturowym nie zgodzi się w dzisiejszych czasach na to, żeby nauczyciel uderzył jego dziecko. Czyli nauczyciel próbuje sobie radzić inaczej. Ale ostatnim etapem asertywnego zachowania, o ile plucie się powtarza, mimo prób i różnych mądrych sposobów, jeśli nic słabszego nie pomaga, jest ostrzeżenie o wezwaniu interwencji, a w końcu i wezwanie takowej. Choćby dyrektora. Co jednak, gdy uczeń pluje i na buty dyrektora? Dyrektor wzywa policję. Ale co, gdy uczeń napluje także na buty policji? Bo policjant nie ma już kogo wezwać, ani kim pogrozić. On jest ostatni. Co wówczas? No przemoc. Policjant najpierw ostrzeże, a w końcu, gdy ostrzeżenie nie przyniesie skutku, zastosuje. Ma po temu środki. Gdybyśmy chcieli naprawdę być konsekwentni i odrzucić przemoc całkowicie i totalnie, należałoby rozbroić policję. Wojsko też. Taki policjant, mogący jedynie powiedzieć, że sobie nie życzy, że się czuje z czymś źle, albo oburzony, lub odwołujący się jedynie do zdrowego rozsądku byłby postacią nader interesującą. Ale żaden kraj jeszcze na to się nie zdecydował.

Nauczycielom często doradza się, by wobec agresywnego ucznia zastosowali taki na przykład sposób, jak otwarcie drzwi klasy. Otwarcie drzwi, dające „coś” do zrozumienia, to nie przemoc. A może uspokoić. I faktycznie czasem może.

Ale co to właściwie ma znaczyć? Że ktoś słucha za drzwiami. Że jest jakaś rzeczywistość poza tym tutaj, gdzie rozpędziłeś się, dziecko, zanadto. Ktoś zobaczy, usłyszy, co robisz. Będziesz się wstydzić, spotka cię ostracyzm, albo wręcz kara. Ktoś przyjdzie i coś zrobi. Nie ja, bo ja przemocy nie stosuję, ale gdzieś ta granica jednak jest. W jakiejś mitycznej przestrzeni, symbolizowanej przez te drzwi otwarte. Nawet, gdy zakładasz mi kosz na głowę, wiedz, że jest ktoś jeszcze. Czyli po prostu przesuwamy opresję poza scenę, ale z niej nie rezygnujemy. Czy da się zrezygnować w ogóle? To bardzo interesująca kwestia.

Trudno zupełnie ten element usunąć ze świata. Każdy, kto wychowywał małe dziecko, może sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby to dziecko było od niego sześć razy silniejsze. Roczne dziecko. Albo dwulatek, ale silniejszy i większy od nas. Wyobraźmy sobie takiego półtorarocznego malucha, wielkości metr dziewięćdziesiąt i ważącego sto dwadzieścia kilogramów. Spróbuj takiemu skarpetki i buty założyć, gdy on nie chce. A nigdy nie chce. Nakarm go. Powstrzymaj na spacerze w parku przed wejściem do stawu.

Całe szczęście, dzieci jednak są małe. Można takiego malucha chwycić, powiedzieć „nie nie nie”, skierować jego uwagę gdzieś indziej i tak dalej. Mimo że on nie chce być chwycony i zabrany sprzed krawędzi wody. Chce wejść do kaczek. Absolutnie nic innego go nie zadowoli. Przekonalibyśmy się o tym naocznie, gdyby był od nas większy. Prawda, trudna do zaakceptowania, ale jednak prawda, jest taka, że zmuszamy dzieci do czegoś. Świat do czegoś nas zmusza. Gdy nie przyjdziemy do pracy, to nam nie zapłacą. Gdy dziecko nie pójdzie do szkoły, też będą kłopoty. Próbujemy dziś dzieci zainteresować tym, co mają zrobić, a nie chcą, bo my wiemy, że powinny. Ale to nie zawsze jest możliwe. Straszna prawda, którą dziś ukrywamy przed dziećmi chyba dłużej, niż dawniej, jest taka, że nie robimy tylko tego, co chcemy. Robimy też to, czego nie chcemy i wówczas jesteśmy do tego zmuszeni. Do zrobienia jest nie tylko to, co jest ciekawe, ale także czasem to, co jest kompletnie nieciekawe.
To, wedle wikipedycznej definicji, przemoc świata wobec nas. Nawet nie tyle wrogiego, co obojętnego.

Czy przemoc zawsze pozostawia w dziecku trwały, bolesny ślad i zmienia jego osobowość? Znęcanie się, pastwienie się, zmuszanie dziecka, by obserwowało, jak domownicy drą się na siebie, biją się i szarpią, straszenie dziecka i zawstydzanie, czerpanie przyjemności z łamania dziecka i zadawania mu bólu – tak, to zawsze pozostawia ślad. Nic na tym świecie nie znika bez śladu. I człowiek żyje z tym śladem, albo, zidentyfikowany bez reszty z katem, reprodukując to, albo, walcząc o to, by katem nie zostać, wciąż żyje w poczuciu winy, lub czujności. Czy już robię to, co mnie robiono? Czy potrafię tego uniknąć? Ale czy umiem robić cokolwiek innego? Wielu jest takich, co nigdy nie decydują się na dzieci, by czegoś nie powtórzyć. Wielu widziało rzeczy tak straszne, tak straszne rzeczy przeżyło, że nie chcą nikogo więcej na ten świat sprowadzać, nie chcą być jakimiś tak „rodzicami”, jakimś „mężem”, jakąś „żoną”, jakąś „mamą”, czy „tatą”, czy jakiegoś „tatę”, albo „mamę” koło siebie w życiu znowu znosić, tak bardzo nie do wytrzymania jest to, co w pamięci zostało. Człowiek do tego nie chce wracać w żadnej formie.

Ale, czy każdy, dokładnie każdziusieńki klaps jest tego rodzaju krzywdą i, czy każdy klaps, zwany przez wielu niewinnym, robi tak straszliwe spustoszenie w dziecięcym umyśle? Wielu to próbowało badać, bo w świecie nauki wiara w magię jest bardzo potężna. Nie da się zrobić badania, które by nie miało jakiegoś wyniku. Jak mi lata temu powiedziała pewna studentka psychologii, pracując w ramach ćwiczeń nad autorskim testem – skoro są różnice w wynikach, to znaczy, że on coś mierzy. Tu też są różnice w wynikach. Większość badań wskazuje na jakiś związek fizycznego karania z agresywnością u dzieci. Wyjątkiem są badania profesor Gunnoe, której wychodzi, że wiele tu jednak zależy od wieku i kontekstu. Czyli na przykład od tego, czy dziecko traktuje fizyczny akt jako karę, czy jako atak. Poza tym, jeśli chodzi o wiek, z badań profesor Gunnoe wynika, że dzieci w wieku od lat dwóch, do sześciu, gdy są rzadko, ale jednak traktowane za pomocą klapsów, funkcjonują znacznie lepiej, niż te, które są z pomocą klapsów o podobnym nasileniu traktowane, gdy są starsze. Te dzieci stają się agresywniejsze. Natomiast te, które dostawały klapsa wcześniej, a później już nie, wedle badań profesorki, nieźle sobie radzą.

Trudno powiedzieć, czy pani Gunnoe czegoś nie myli. Załóżmy jednak, że coś jest na rzeczy. Czemu tak może być? To dosyć proste. Mniej więcej na przełomie szóstego i siódmego roku życia u dziecka wiele się zmienia, co wiemy dzięki innym teoretykom, takim na przykład, jak Wygotski. Zaczyna myśleć na innym poziomie abstrakcji, inaczej traktuje własną osobę, więcej rozumie i klaps jest innym przeżyciem. Zostawia więc inny ślad.

Czyli klaps jest w porządku? Nie jest w porządku. Bo nawet, jeśli nie zmienia w jakiś zasadniczy sposób dziecka, to zmienia nas i świat wokół nas. Świat, który ma zgodę na bicie dzieci, jest innym światem, niż ten, który tej zgody nie ma. Czymś innym jest wychowanie, czymś innym tresura. Klaps jest tresurą. To warunkowanie. Dobre zachowanie – nagroda. Złe zachowanie – kara. Warunkowanie zakłada brak po drugiej stronie żywej osoby, z którą można by nawiązać kontakt. I w tym jest problem. Warunkowanie, szkolenie bodźcem, układanie wedle kar i nagród, jest zaprzeczeniem tego, że mamy do czynienia z człowiekiem. Jest więc zaprzeczeniem rzeczywistości.

Uderzanie naskórka nie ma żadnej magicznej, destrukcyjnej mocy. Można zadać dużo większy ból słowem, niż fizycznie i chyba wszyscy to wiemy. Problem w tym, że kiedy rodzic zaczyna się wprost i oficjalnie odwoływać do możności fizycznego karania, sprowadza się do roli tresera, a dziecko do roli tresowanego zwierzątka. Osoba ludzka, gdy jest traktowana jak zwierzątko, zaczyna tak traktować siebie sama i tak widzi innych. I to w tym jest problem, nawet nie w samym uderzaniu.

Są i inne problemy. Choćby ten, naprawdę zawstydzający, że niektórzy rodzice w biciu znajdują przyjemność. Wyżywają się w nim i pod pozorem wychowania po prostu folgują swoim agresywnym, lub sadystycznym skłonnościom. Albo biją, bo się zdenerwowali. Na przykład na drugiego rodzica, a poszło w dziecko, bo było bliżej. A później uzasadniają w jakiś mądry sposób. Jest piękna scena w Przygodach Tomka Sawyera.

Tomek jest niegrzeczny na lekcji. Nauczyciel mówi
- teraz dostaniesz rózgą
- wiem – odpowiada Tomek
- a wiesz dlaczego?
- bo pan jest silniejszy


Tomek wskazuje na bolesny fakt – da się używać fizycznej kary nawet wtedy, kiedy nie jest sprawiedliwa. Żeby móc komuś przylać, nie musisz mieć racji. Wystarczy mieć rózgę. Tego właśnie dowiaduje się dziecko, choćbyśmy nie mieli zamiaru akurat tego mu komunikować. Szczególnie, jeśli wymierzenie fizycznej kary jest jakąś formą odreagowania frustracji. Dzieciaki to czują. Potrafią nas rozszyfrowywać. Dlatego niespecjalnie jest ważne, co się do dzieci mówi. Ważniejsze, jaki jesteś. Jeśli lubisz bić, uczysz, że można to lubić.

Ale tu nawet nie o tym mówimy. Tu mowa o tych rodzicach, którzy są zupełnie normalni, mają dobre chęci, nie są sadystami, nie są psychopatami, nie mają jakiejś chorej frustracji, ani nie muszą na przykład (co jest częstym problemem rodziców) stawiać samych siebie w roli dziecka i z tym dzieckiem się mierzyć jak równy z równym, czując upokorzenie za każdym razem, gdy dzieciak nie spełni ich poleceń i z powodu tego upokorzenia wpadają w niekontrolowaną złość. Tu mowa po prostu o tych osobach, które kochają swoje dzieci, są dla nich fajni, ale czasem, może trzy, a może pięć razy w życiu, te dzieci dostają od nich klapsa. Czy to jest dobra sytuacja?

Spokojnie można się bez tego obyć. Żadne z moich dzieci nigdy nie zostało uderzone, ani nie odebrało żadnej sugestii, że coś takiego może się zdarzyć. I żyją, normalnie funkcjonują i nic im nie jest. Można wychować dziecko bez bicia, bez tresury, z poszanowaniem jego podmiotowości, po prostu się z nim porozumiewając. Z malutkim dzieckiem jest to trudniejsze, czasem, od gniazdka elektrycznego, lub od żelazka, trzeba dziecko po prostu siłą odciągnąć, mówić „nie”, odciągać cierpliwie raz po raz, tłumaczyć, pokazywać „au, boli”, ono znów zapomina, znów to samo.. Ale w końcu dociera. Za pomocą zrozumienia, nie wyćwiczenia. Wcale nie trzeba żadnych kar, ani klapsów, by dotarło.

Co nie oznacza, w żadnym wypadku, braku zasad, reguł, czy ograniczeń. Jakiś czas temu telewizja emitowała program z Dorotą Zawadzką, w którym pokazywano, jak można wpływać na dziecko, nie stosując bicia. Pokazywano bardzo trudne dzieci. Poddawane pewnym procesom wychowawczym, które nie do końca bywały trafione. No i te dzieci zachowywały się czasem naprawdę strasznie, terroryzując rodziców, krzywdząc same siebie i zmierzając w naprawdę złą stronę, gdyby ktoś czegoś z tym nie zrobił. Zmiana postępowania wywoływała zmianę zachowania. Zmiana zachowania skutkowała odmiennym rozwojem. Myślę, że najlepsza część tego programu nie polegała na przekazaniu konkretnych metod. Najważniejsze było to, że udało się w ogóle pokazać, że bicie dziecka nie jest niczym oczywistym. I, że da się coś wymyślić. No i udało się pokazać, że coś od nas w tym procesie wychowywania dzieciaka zależy.

Mamy dziś potężny przekaz, zniewalający rodziców, bo obciążający ich gigantyczną odpowiedzialnością za wszystko. Im więcej genialnej wiedzy, tym rodzic jest czasem bardziej zdezorientowany i przestraszony. I tym bardziej nie jest sobą. Przekonuje się rodziców, że wystarczy najmniejszy błąd i mogą dokonać nieodwracalnych szkód w rozwoju dziecka. Strach czasem jakieś najbardziej oczywiste, narzucające się zdanie sformułować, bo się zaraz człowiek boi, że jak źle powie, to mu wyrośnie nieszczęśliwy wariat. Tak nie jest. Jeśli rodzic jest po prostu wystarczająco dobry, to dziecko rozwija się normalnie, zgodnie ze swoim naturalnym potencjałem. Jeśli rodzic nie ma jakichś poważnych zaburzeń zachowania, to w sumie wystarczy być sobą, reagować instynktownie, mieć dobre chęci i dziecko samo znajdzie drogę. Ale trochę wysiłku jednak włożyć trzeba. W odrzucenie, całkowite i ostateczne, tresury. A bicie jest właśnie formą tresowania.

Niektórzy rodzice, szczególnie ci, których podmiotowości nie szanowano, mogą mieć kłopot, bo gdy próbują pozbyć się bicia, mają poczucie bezradności. Nic im nie zostaje i mogą mieć, na przykład, taki pomysł, by się całkiem wycofać i wszystko puścić na żywioł. Co wtedy robić?

Pomyśl, że ten mały człowiek, to prawie twoja kopia. Jest bardzo do ciebie podobny. Macie mnóstwo wspólnego. Byłeś taki, lub prawie taki sam. Robi to, co i ty byś robił. Wczuj się. Co by na ciebie zadziałało, oprócz bicia? Czego ty byś w tej sytuacji oczekiwał? Dziecko zawsze ma jakiś twój aspekt. Dlatego można się porozumieć. Trzeba po prostu tego szukać. Może to być jakiś sposób, by i tego siebie dawnego polubić.