O autorze
blog o psychologii i psychoterapii. A także o tym wszystkim co jest w głowie i o tym, że wszystko jest w głowie.

www.skuteczna-psychoterapia.pl

Strona książki Blisko, nie za blisko

Czemu jesteśmy z osobami, które zaniżają naszą samoocenę.


Czy pracowaliście kiedyś w firmie, której serdecznie mieliście już dosyć, ale z której nie mieliście odwagi odejść? Czujesz się zdołowana ustawicznym krytykowaniem, zmęczona konfliktami i sfrustrowana niskimi zarobkami, przytłoczona brakiem perspektyw, a jednocześnie nie możesz się zdobyć, by rzucić to wszystko do diabła? Nawet zmuszenie się do rozpoczęcia poszukiwań nowej pracy wydaje się niemożliwe. Nie ma się siły po całym dniu stresu. Po wszystkim co się codziennie słyszy na swój temat brak odwagi by stawać do konkurencji o dobre miejsce pracy. Upływa kolejny nieznośny dzień i myśli się tylko o piątku. Czas widzi się w perspektywie tygodnia. Skala miesiąca lub roku wydaje się niewyobrażalna, bo lepiej nie myśleć o tym, że po tym tygodniu przyjdzie następny i następny i następny.. Myślisz "nie dam rady znaleźć lepszej pracy. Nie czepialiby się mnie tak w tej w której jestem, gdybym był/była dość dobry(a), by ktokolwiek mógł mnie zatrudnić gdzieś indziej".


W niektórych firmach stosuje się specyficzną technikę uwiązywania pracowników do mało atrakcyjnego miejsca. Czasem świadomie, najczęściej jednak instynktownie.
Zaczyna się już na etapie rekrutacji. Załóżmy, że firma szuka sprzedawcy do salonu z glazurą i terakotą. Potrzebuje osoby, która będzie znała się na detalicznej sprzedaży ceramicznych płytek. I tylko tyle. Ogłoszenie rekrutacyjne formułuje się jednak o wiele szerzej.


Na przykład tak: "do pracy w młodym, dynamicznie rozwijającym się zespole poszukujemy energicznej, kreatywnej osoby o nienagannej prezencji, z dobrą znajomością języka angielskiego, doskonałą umiejętnością obsługi komputera z uwzględnieniem programów biurowych i księgowych, z kilkuletnim doświadczeniem w branży, znajomością rynku elementów wykończenia wnętrz, a w szczególności glazury, terakoty, armatury łazienkowej, urządzeń porcelanowych, luster i materiałów budowlanych. Wiek do 35 lat. Preferowane wykształcenie wyższe. Znajomość drugiego języka będzie dodatkowym atutem".


Jest niemal nieprawdopodobne, by na tak sformułowane ogłoszenie zgłosiło się wielu kandydatów spełniających wszystkie kryteria. Większość liczy na to, że sprytnie prowadząc rozmowę zdołają swoje braki jakoś zamaskować. Czyli już weszli w grę na regułach tego pracodawcy. Już na tym etapie przegrali. Bo teraz już nie idą na tę rozmowę jako sprzedawcy ceramicznych płytek, którymi w istocie przecież są. Idą jako uzurpatorzy, którym "może jakoś się uda". Rozpoczynają rozmowę z wewnętrznym przekonaniem, że ich zasoby są znacznie poniżej wymagań. Mają poczucie winy.

Otrzymanie pracy potraktują więc jako coś, co zasadniczo im się nie należy i z czego korzystają niejako na kredyt. Czując swą słabą pozycję będą więc skłonni do ustępstw.
Różnica między wymaganiami z ogłoszenia a szarą rzeczywistością szybko jednak zostaje ujawniona w trakcie rozmowy. Umie pani obsługiwać komputer? A uzupełniać zawartość strony w internecie w php? Zna sie pani na materiałach budowlanych? A na prętach zbrojeniowych wysokokarbowanych? Zna pani angielski? A może to pani jakoś udokumentować? Bo za granicą pani nie była, tak..? Ile ma pani lat..? Hmm.. Ale czytała pani nasze ogłoszenie..? Przyparty do muru kandydat lub kandydatka zaczyna czuć się niezręcznie. Żałuje, że w ogóle podjął próbę otrzymania tej pracy. Czuje, że zawalił rozmowę. Doświadczony prowadzący wyczuwa ten moment i właśnie w takiej chwili wspaniałomyślnie daje mu szansę. Ubiegający się o zatrudnienie jest zaskoczony.

Z jego perspektywy wygląda to tak, że właśnie całkiem niezasłużenie trafiła mu się niezwykła okazja. Wymagania na to stanowisko były dużo wyższe. Było wielu lepszych na jego miejsce i w rzeczywistości pracodawca może go w każdej chwili zamienić na kogoś lepszego. Ale zdecydował się akurat na niego. Poszedł mu na rękę. Otworzył przed nim niedostępne wcześniej możliwości. Wprowadza go do elitarnego kręgu wyjątkowych osób.

Bo tymczasem uwierzyliśmy już, że nasze prawdziwe możliwości nie są zbyt wysokie. Przebieg rozmowy wyraźnie to pokazał. Wrażenie to nie przekłada się tylko na sytuację tej konkretnej pracy. Zetknięcie z wymaganiami przekraczającymi nasze możliwości zasiewa w nas ziarenko przekonania, że być może ta sytuacja jest jakoś typowa i generalnie na całym rynku jest teraz tak, że wymagania daleko przekraczają to czym dysponujemy. Skoro oczekiwania tutaj były do tego stopnia wyśrubowane w następnym miejscu mogą być jeszcze wyższe. Z taką oceną własnej sytuacji nietrudno o zawarcie niekorzystnej dla siebie umowy.

Realne potrzeby na stanowisku pracy szybko okazują się niższe od oczekiwań i obaw. Świeżo przyjęty pracownik momentalnie zorientowałby się, że go ogłupiono, gdyby nie dalsze podsycanie w nim niepewności. Od pierwszego tygodnia szef demonstruje niezadowolenie. Każdego dnia wykazuje pracownikowi, że nie radzi on sobie z powierzonymi mu zadaniami. Każdy dzień utwierdza pracownika w przekonaniu, że nie tylko nie był dość dobry, by dostać tę pracę, ale i teraz nie jest dość dobry, by ją należycie wykonywać. Ciągła krytyka sprawia, że zaczyna wątpić nawet w te ze swych kwalifikacji, które rzeczywiście posiadał przystępując do pracy. Czuje, że jest beznadziejny i niczego nie umie zrobić należycie. Mogłoby się wydawać, że rozsądny człowiek rzuciłby taką firmę i takiego szefa. Nic podobnego. Jeśli raz uwierzył w to, że jego kwalifikacje są niskie, będzie trzymał się tego co jest pewne i co już ma. Człowiek ten codziennie wstaje rano i idzie do znienawidzonej pracy po kolejną serię uszczypliwych uwag i ironicznych uśmieszków. W jakimś sensie codziennie tam przychodząc, co dzień dokonuje wolnego wyboru, by to kontynuować. To jego decyzja.

Teoretycznie w każdej minucie po którymś komentarzu szefa na temat jego niezaradności i braku kwalifikacji mógłby po prostu spakować się i wyjść. Mógłby to zrobić nawet bez takiego bodźca - na samo wspomnienie tego, co było do tej pory i co na pewno będzie powtarzać się nadal. Ale nie zrobi tego. Nie odejdzie. Będzie trzymał się tej pracy rękami i nogami, choć wszyscy wokół będą mu radzić coś innego. Otoczenie może odnieść wrażenie, że człowiek ten postępuje nieracjonalnie. On sam niechętnie będzie wyjaśniał powody swojej codziennej decyzji pozostania w krzywdzącej go firmie.

Dlaczego? Bo już zaczął wierzyć, że jest mało wartościowym pracownikiem. Jego wiecznie krytykujący szef przekonał go o tym. A skoro już to się stało, skoro nasz bohater już zaczął uważać się za słabego pracownika, nie będzie chętnie o tym mówił. Bedzie to krył i wstydził się tego. A skoro tak, to otoczenie nie usłyszy, jakie to rewelacje na własny temat nosi on już wdrukowane w swojej głowie i on sam nie będzie miał możliwości skonfrontować tego wszystkiego z tym, co by mu mogli powiedzieć inni, życzliwsi mu ludzie. Pracownik ten (albo pracownica) jest więc w sytuacji podwójnego związania. Nie tylko obawia się szefa w pracy, kiedy ten mu coś złego mówi, ale i obawia się znajomych poza pracą, bo boi się, że mogliby dowiedzieć się tego, co mówi szef a co on sam (lub ona) uważa już coraz bardziej za prawdę. Przekonanie o własnej małej wartości utrwala się więc.

Decyzja o pozostaniu w firmie ma więc w jakimś sensie charakter racjonalny. Skoro własne możliwości znalezienia lepszej pracy ocenia się jako niskie, trzyma się to co się, ma, bo nawet najgorsza praca lepsza jest od bezrobocia. Kłopot w tym, że to racjonalne rozumowanie opiera się na błędnej przesłance - na negatywnej informacji od szefa. Trzeźwo myślący przyjaciel widząc co się dzieje z naszą bohaterką (lub bohaterem) spytałby pewnie w jakim celu ten wspaniały szef tej wspaniałej firmy trzyma na tak wymagającym stanowisku osobę do tego stopnia niezdarną. Prawda jest taka, że tym manipulacyjnym sposobem, przez pozbawianie kogoś pewności siebie można przez wiele lat utrzymać pracownika o niezłych kwalifikacjach płacąc mu znacznie poniżej jego rynkowej ceny.

Rachunek ekonomiczny jest prosty. Taniej jest raz dziennie skrytykować dobrego pracownika i zapłacić mu 30% mniej, niż go nie krytykować i czekać na to, aż pełen wiary w siebie poszuka lepszej pracy albo zażąda podwyżki. Niestety jednak jest i drugie dno. Wielu jest takich (i przecież nie tylko wśród szefów), co po prostu lubią dowalać ludziom. Oprócz zysku czysto ekonomicznego czerpią zysk z samego tego, że mają możliwość komuś bezkarnie przygadać. Obniżenie czyjejś wartości pozwala im samym poczuć się lepiej. Można mieć pełną świadomość tego, że jest się celem takich przeprowadzanych dla czystej przyjemności ataków, a mimo to mieć przez nie na tyle zaniżoną ocenę własnych możliwości, że nie jest się w stanie podjąć decyzji o poszukaniu lepszej pracy.

Zaniżanie samooceny pracownika jest często stosowane dla wyprzedzenia i neutralizowania spodziewanych żądań. Przed okresem urlopów, podwyżek, przed wypłatami premii i trzynastek, czy przed nadejściem daty przedłużania umów krytycyzm szefa może znacznie wzrastać. Taka taktyka skutecznie zmiękcza pracowników i zniechęca do żądania zbyt wiele. Efekt emocjonalny uzyskiwany tą drogą może czasem przypominać sytuację z dobrym i złym gliniarzem. Po przejściu krytycznej daty groźny szef może nie do poznania zmienić się na korzyść. Wraz z tą zmianą pojawić się może ulga i pozorna wdzięczność udręczonych pracowników, a fakt, że minął właśnie kolejny rok bez podwyżki jest bez znaczenia w obliczu tego, że kolejny rok udało się utrzymać miejsce pracy mimo takiej masy rażących błędów i wpadek, jak ostatnio.

Czy te spostrzeżenia można zastosować do bliskich relacji międzyludzkich i związków? Sytuacja może być tu bardzo podobna. Kobieta może słyszeć, że jest nieatrakcyjna. Mężczyzna, że jest niezaradny. Możliwe są także inne zarzuty, niekoniecznie odnoszące się wprost do stereotypu męskości i kobiecości. Praktyka wskazuje jednak, że jeśli chodzi o ocenę swoich szans na nowy związek najmocniej wpływają na nas te negatywne informacje, które do stereotypowych wyobrażeń o tym jaka powinna być kobieta, czy jaki powinien być mężczyzna przystają najdokładniej.

W przypadku mężczyzn najskuteczniej obniży samoocenę krytyka jego zaradności, możliwości finansowych, osiągnięć, siły, mocy i wszystkiego tego co większość ludzi z męskością kojarzy. W przypadku kobiet najbardziej niszczące będą tu odniesienia do wyglądu, wieku, przeróżnych aspektów seksualnej atrakcyjności i "kobiecości" jakkolwiek tajemniczo by to nie brzmiało. Groźne są też wszelkie odniesienia do czystości, porządku w domu i "cnót gospodyni", krytykowanie wyglądu i wieku, ze szczególnym uwzględnieniem cech sylwetki niszczy jednak wiarę w siebie najbardziej skutecznie. W zasadzie każda informacja o jakichś naszych cechach, której logiczną konsekwencją jest przekonanie o tym, że niełatwo nam będzie zastąpić obecnego partnera kolejnym ma taki skutek, że wzmacnia nasz lęk przed utratą tego co mamy i przywiązuje nas do osoby, z którą właśnie jesteśmy. Fakt, że taka informacja pochodzi właśnie od osoby, z którą jesteśmy teraz niczego tutaj nie zmienia. Przeciwnie. Działać tu może nawet swoiste destrukcyjne sprzężenie zwrotne:

Słyszysz negatywną informację o sobie - wierzysz w nią - nabierasz przekonania, że nie znajdziesz nikogo lepszego - obecny partner zaczyna ci się wydawać jedynym możliwym - rośnie jego atrakcyjność w twoich oczach - rośnie waga tego co on myśli - rośnie waga tego, co on mówi - kolejna negatywna informacja na twój temat jest przyjmowana bardziej bezkrytycznie, bo pochodzi już od osoby strategicznie dużo ważniejszej i ocenianej znacznie wyżej

Negatywna informacja na twój temat nie musi być wcale przekazywana wprost. Informacją nie wprost może być samo działanie partnera, lub nawet kiepska sytuacja, w której się znajdujesz, jeśli tylko wywołuje to twój wstyd. Jeżeli na przykład twój partner lub partnerka stosuje wobec ciebie jakąś formę przemocy, a ty ukrywasz to przed otoczeniem, to przez sam fakt posiadania takiej wstydliwej tajemnicy zaczynasz widzieć siebie jako osobę mniej wartościową. A niska samoocena nieuchronnie prowadzi do przekonania o niewielkich szansach na znalezienie kogoś lepszego. Taką negatywną informacją nie wprost może stać się zdrada partnera, utrata przyjaciół (nawet jeśli nastąpiła nie z twojej, a z partnera winy) czy w ogóle cokolwiek, co prowadzi cię do wniosku, że inni (lub inne) stoją wyżej od ciebie i nie możesz z nimi się równać. Tak oto w paradoksalny sposób niezadowolenie z własnego życia z kimś może sprawiać, że z tym większą determinacją trzymamy się tej właśnie osoby, która to niezadowolenie powoduje i tym mniej jesteśmy skłonni myśleć o innych możliwościach.

Wielu czytelnikom w tym miejscu nasunąć się może pytanie: czy ludzie różnią się jakoś podatnością na takie oddziaływania czy działają one na każdego identycznie?

Odpowiedź: każde z powyższych. Działa to na każdego, ale można być mniej albo bardziej odpornym. Albo – można być mniej albo bardziej odpornym ale działa to na każdego.

Takich mechanizmów jest zresztą dużo więcej i stopniowo będą tu opisane. Problem „bycia ze złym obiektem” jest bardzo złożony i nie zawsze daje się jednak wyjaśnić czy rozwiązać wyłącznie za pomocą pokazania takich prostych reguł. Czasem trzeba sięgnąć dużo głębiej. Jak to się dzieje, że życiowy partner jest obsadzony w miejscu szefa? Czy jest możliwe, by ludzie sami poszukiwali tego typu doświadczeń? Czemu u jednych powtarzają się częściej niż u innych? Dlaczego tęsknimy za kimś kto nam robił źle?

To złożone sprawy, ale ich zrozumienie zaczyna się od poznania prostych reguł. Od czegoś trzeba zacząć.

Powyższy tekst i kilka kolejnych to fragmenty książki pt. Żeby on się zmienił której ukazanie się planowane jest na początek roku 2015.