Walczymy w życiu nie tylko na pięści. Każdy egzamin do gimnazjum, ogólniaka czy na studia jest walką (przecież nie wszyscy się dostaną tam gdzie chcą) a dla niektórych walką na śmierć i życie. Każdego roku od 35 do 67 dzieci w Polsce popełnia samobójstwo z powodu problemów szkolnych. Wiele jest możliwych przyczyn tego stanu rzeczy, ale jedną z nich może być właśnie brak tej drugiej instancji. Przegrywasz – nie zdajesz egzaminu, nie dostajesz się, stoisz w osiągnięciach niżej niż inni – ale wciąż jest coś co sprawia, że jesteś coś wart. Nie godność osoby wynikająca wprost z jej sukcesu i pozycji i będąca tej pozycji przedłużeniem, ale godność każdej osoby przynależna jej m i m o pozycji. Jeśli tego nie ma, jeśli nie ma wbudowanej w umysł opcji żeby pomyśleć w ten sposób, to każda przegrana jest ostateczna.

REKLAMA
Twoje dziecko zostało uderzone lub popchnięte przez rówieśnika i przychodzi z płaczem. Co mu powiedzieć? Oddaj mu, to więcej nie uderzy? Powiedz pani? Powiedz „nie masz prawa mnie bić” jak radzi Dorota Zawadzka? Pokaż mi które to dziecko, załatwię to z jego rodzicami? Nie przejmuj się, przytul się, masz tu cukierka? To po co tam szedłeś, nie baw się z nim więcej..? A dlaczego to się stało, opowiedz o co się pokłóciliście?
Ludzie w takiej sytuacji próbują robić mnóstwo rzeczy lub są całkiem sparaliżowani bo nie mają żadnego pomysłu. Czujemy się odpowiedzialni za naszych potomków i próbujemy ich jakoś wybronić. Trochę przed światem, a trochę przed nimi samymi. Czyż nie po to jest się rodzicem? Z drugiej strony dorosły człowiek często czuje się bezradny niby to dysponując nieskończoną siłą jaką mają rzekomo dorośli, ale jednak mając dostęp tylko do niewielkiego wycinka rzeczywistości świata dzieci i do tego wszystkiego co one przeżywają między sobą. Przecież tak naprawdę to nie wiesz jak jest. Jak w to wejść? Jak zainterweniować żeby coś naprawić a nie zepsuć jeszcze bardziej?
Niezależnie od tego jak dobry masz kontakt z własnym dzieckiem nie jesteś w stanie ogarnąć wszystkich zależności które mają miejsce w dziecinnej grupie bo po prostu w niej nie jesteś. To ich świat. Zapraszają cię do niego jeśli uznają, że im to potrzebne mniej więcej tak jak ty zapraszasz sąd do swojego świata kiedy masz z kimś konflikt.
Mówisz wszystko sądowi jak na spowiedzi? A na spowiedzi mówisz wszystko? Każdą myśl?
Czy powinniśmy uczyć dziecko przemocy by nie było bezbronne? Z drugiej strony - czy ucząc przemocy nie legitymizujemy jej?
Jest w tych pytaniach sens, bo dobrze jest poddawać własne życie refleksji, ale jest w nich i wielka naiwność. Przyjmijmy, że zastanawiasz się właśnie jaki sposób postępowania doradzić swojemu dziecku kiedy ktoś je popchnie.
Zanim ktoś sformułuje kolejną genialną podpowiedź mam pytanie: czy ktoś z państwa jest zdania, że jego dziecko jest idiotą? Nie przypuszczam.
Pomyślmy, że właśnie jesteśmy w jakimś barze. Panie mogą wyobrazić sobie, że jakiś pan podszedł z tyłu i wykonał bardzo nieelegancki gest którego ze względu na wrażliwość nie opiszę. Panowie mogą wyobrazić sobie, że ten pan to wykonał w stosunku do pani z którą właśnie jesteście i bardzo dokładnie to widzicie. Nie da się udawać, że się nie zauważyło. Pani też nie może uważać, że to był przypadek bo ewidentnie poczuła co się właśnie stało. Zrobił to z całej siły i stoi w miejscu patrząc bezczelnie. Wszyscy widzą.
Pytanie do każdego z osobna – co zrobisz? Spoliczkujesz go, dasz w zęby czy powiesz „co pan robi najlepszego”? A może „kochanie chodźmy stąd” albo „ochrona! ochrona!” Nadstawisz drugi policzek czy zrobisz to co zrobiła swego czasu K.Szczuka z mężczyzną który zagadnął ją niekulturalnie?
Czy panie oczekują, że zrobi coś pan, czy może wolałyby zrobić to same? A czy panowie oczekują, że pani sobie sama poradzi, czy też chcieliby osobiście jakoś tu zareagować? Jeśli te słowa czyta para, to proponuję, byście przez chwilę spróbowali szczerze podyskutować o swoich oczekiwaniach i pomysłach na to co byście zrobili i czego byście oczekiwali od drugiej strony.
Ok, każdy już pewnie coś tam sobie wyobraził. Nie opuszczajmy jeszcze sfery wyobraźni. Przedstaw sobie teraz w głowie, że oto stoi przed tobą człowiek który właśnie mówi ci bardzo dokładnie co powinieneś/powinnaś zrobić w takiej sytuacji.
Na przykład mówi „powinieneś dać mu w mordę”. A ty tego nie zrobiłeś. Nie dałeś w mordę. Albo mówi „powinieneś zawołać ochronę” kiedy właśnie dałeś facetowi w pysk.
Nawiasem mówiąc - co zrobi ochrona? Jeśli lokal jest na poziomie, to jasna rzecz, że kulturalnie poprosi pana o opuszczenie tego miejsca. A jeśli on nie zechce kulturalnie się oddalić to co wówczas zrobi ochrona? Jeśli lokal jest elegancki i naprawdę na wielkim poziomie, to spokojnie, stanowczo lecz ściszonym głosem zagrozi wezwaniem policji. A jeśli on dalej nie zechce lokalu opuścić, a w dodatku powtórzy swój gest w stosunku do ochroniarki? Przyjmijmy, że wezwie policję. A jeśli on nie zechce wyjść z policją to co wówczas policja zrobi? No bo przecież nie mają już kogo zawołać. Dalej nie ma nic. Jeśli policjantkę potraktuje on tak samo jak tę pierwszą panią, to co wtedy się zdarzy? Delegowanie przemocy na kogoś innego nie ma nic wspólnego z usuwaniem przemocy ze świata. Usuwamy ją wówczas jedynie z pola widzenia.
Wróćmy jednak do naszej sytuacji. Ktoś mówi ci, że powinieneś tego człowieka uderzyć, a ty tego nie zrobiłeś. Mierzył ponad dwa metry, ważył koło stu kilogramów, miał tatuaż, był łysy i za plecami miał rechoczących kolegów którzy wyglądali jeszcze gorzej. A ty masz tylko 180 cm wzrostu, ważysz 75 kilo i ze sportów walki to w podstawówce do Pałacu Młodzieży chodziłeś na floret. Oceniłeś swoje szanse i wyszło, że należy zawołać ochronę albo powiedzieć do swej lubej „wychodzimy”. Taką podjąłeś decyzję i była to mądra decyzja. Najsensowniejsza jaką mogłeś podjąć. Nie jesteś samobójcą. Znasz swoje możliwości, wyczuwasz jakie możliwości ma druga strona i rozumiesz, że to nie jest film sensacyjny tylko prawdziwe życie i nie ma co się wygłupiać. Ale ten ktoś stoi przed tobą i jest niezadowolony. Patrzy z wyżyn swojej dorosłości i mówi ci, że powinieneś zachować się tak, jak on sam marzy, że by zdołał się zachować w tej sytuacji. Jak się wówczas czujesz?
Większość ludzi poczuje się upokorzona. Nie zrobiłeś tego, a on ci mówi, że powinieneś dać radę to zrobić. Bałeś się, a on ci mówi „nie bój się”. Jak to się robi? Jak to się „nie boi” kiedy się boisz? Chyba nie mamy takiego przycisku. Zachęty „nie bój się”, „nie martw się”, „nie zazdrość”, „nie złość się”, „przebacz” są bez sensu. Nie sterujemy naszymi uczuciami. Możemy w pewnym zakresie dyskutować o myślach i zmieniać je w drodze rozważań, co wtórnie może wpływać na uczucia o ile rozważania sięgają naprawdę głęboko, ale samymi uczuciami sterować nie jesteśmy w stanie. Jeśli ktoś się boi i uderzony nie oddaje, to prawdopodobnie dlatego, że był w tej sytuacji, widział ją na własne oczy, ocenił swoje szanse i wyszło mu, że nie da rady. I boi się zrobić coś innego niż mu podpowiada rozsądek bo nie jest idiotą.
Jeśli w tym momencie mówisz mu „powinieneś postąpić odważniej” to prawdopodobnie robisz tak dlatego, że nie uznajesz jego oceny sytuacji za realną. Zdaje ci się, że on dałby radę podczas gdy on uznał inaczej. Być może myślisz, że źle ocenił sytuację pod wpływem własnych marzeń o swojej odwadze, być może pod wpływem filmów albo pobożnych życzeń, może dlatego, że trudno trzymać we własnej głowie obraz kogokolwiek kto nie daje rady tak bardzo ten obraz jest niepokojący.. Trudno powiedzieć.
Tak czy siak w jego odbiorze go w tym momencie po prostu poniżasz. Jeśli nie oddał, wiedział co robi. Patrząc na rzecz ewolucyjnie jesteśmy potomkami dziesiątek i setek tysięcy pokoleń żywych istot które walczyły między sobą. Stoczyły miliony pojedynków i wycofały się z milionów innych. Jeśli żyjesz, to znaczy, że twoi przodkowie mieli pewną bardzo istotną umiejętność. Potrafili realistycznie ocenić kiedy sobie dadzą radę a kiedy należy odpuścić. Umieli to lepiej niż inni. Dlatego przeżyli, dlatego spłodzili potomstwo i dlatego to po nich odziedziczyłeś. Dzięki temu żyjesz i też masz potomstwo i ono też odziedziczyło tę cenną zdolność po tobie i całym szeregu twoich przodków.
Kiedy ktoś uderzy lub popchnie twojego potomka, ten najistotniejszy dla przetrwania fragment jego umysłu natychmiast przystępuje do swej ważnej pracy – ocenia swoje szanse i podejmuje jedną z czterech możliwych decyzji:
- walcz
- uciekaj
- wzywaj pomocy
- przyłącz się
i w ten sposób zwiększ swoje szanse przetrwania.
Jeśli chcemy coś zrobić dla swoich dzieci przede wszystkim dajmy im prawo do tego, by posłuchały swojego instynktu w tej sprawie. Nie obciążajmy ich własnymi kompleksami. Jeśli nie oddał, to widocznie uznał, że tak będzie mądrzej. Daj mu prawo do jego strategii. Zresztą i tak nie dasz rady nauczyć go innej, bo to jest instynkt. Jeśli mówisz do swojego dziecka „uderz jak cię uderzą” wcale nie powodujesz, że ono to zrobi. Podobnie jak mówiąc „zacznij się przejmować szkołą” nie powodujesz, że ono zaczyna przejmować się szkołą. Przejmuje się jedynie rodzicem który mu gada, nic więcej. Z oddawaniem jest dokładnie tak samo. Powodujesz tylko tyle, że ono może bać się podwójnie. Po pierwsze przeciwnika, po drugie wstydu przed tobą.
Strach przed byciem zawstydzonym, nic nie wartym, przed odrzuceniem, przed przyniesieniem wstydu własnemu ojcu lub matce lub rozczarowaniem ich może być czasem gorszy niż strach przed pobiciem. Nawiasem mówiąc to właśnie na tym opiera się społeczne przystosowanie dzieci wychowywanych bez kar. Nie boją się lania, bo boją się czegoś o wiele gorszego od lania. Boją się nas rozczarować.
Kiedy mówisz „oddaj” budujesz właśnie taki mechanizm. Tworzyć to może stan desperacji w którym twoje dziecko słuchające bez końca „trzeba było uderzyć” może pewnego dnia faktycznie zrobić czego oczekujesz. W takiej sytuacji prawdopodobnie znacznie przekroczy konieczne granice obrony, bo nie jest wściekłe na kolegę który coś mu zrobił tylko jest wściekłe na ciebie. I na siebie. Możliwe jednak, że po takim doświadczeniu odkryje coś czego nie odkryłoby w innych warunkach – że stan desperacji wyzwala energię która może zmienić zasady gry i niemożliwe staje się możliwe.
W strachu przed wstydem, przed rozczarowaniem bliskich i przed utratą prawa do przynależności drobniejszy facet może obić większego, mało zdolny uczeń może zdobyć świadectwo z czerwonym paskiem a pracownik może pracować bez wytchnienia przez dwadzieścia godzin na dobę. Jakim kosztem? – spytajcie Azjatów, oni to robią non stop. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wielu wróży im wielką karierę.
Jest coś jeszcze. Kiedy człowiek cywilizowany jest w jakiejś sytuacji słabszy, ma coś do czego może się odwołać by się pocieszyć. To poczucie godności i wartości własnej osoby niezależnie od tego jakie miejsce zajmuje w zwierzęcej hierarchii. Byliśmy słabsi, ale wciąż możemy powiedzieć, że ktoś nie miał prawa. Zwracamy się po podwyżkę do szefa, on nam odmawia mówiąc, że jak nam nie pasuje to możemy się zwolnić ale wciąż możemy mu powiedzieć, że nie będąc gotowi zrezygnować z pracy pozostajemy jednak przy swoim zdaniu – podwyżka się nam słusznie należy. Zasługujemy na nią. Wszystko to razem oznacza, że oprócz wyniku konfrontacji siły wprowadzamy do gry coś jeszcze. Prawo człowieka, godność, kulturę, zasady dobrego smaku, zasady dobrego stylu, pojęcie „godziwego zysku” i „uczciwej zapłaty”.
To bezpieczniki dzięki którym nie znajdujemy się w świecie zwierząt. Oprócz prostego „on mi zabrał misia” które rozumie każdy kot i każdy pies mamy dodatkową kategorię. On n i e p o w i n i e n zabrać mi tego misia bo miałem p r a w o do niego a on nie. Czyli wprawdzie nie mam misia, ale mam poczucie, że to jest n i e s ł u s z n e.
Pomyśleć coś takiego umie tylko człowiek. Dzięki istnieniu tej kategorii myślowej możemy czuć się wygrani nawet wtedy kiedy przegrywamy i ten niuans jest podstawą istnienia całej ludzkiej kultury. Jeśli nasz przekaz kierowany do dziecka tego nie uwzględnia, to w każdej sytuacji konfrontacji ono walczy o najwyższą stawkę. Bo jeśli przegra, to nie zostaje mu absolutnie nic więcej. Słabszy jest po prostu słabszy i nie jest w żadnym aspekcie lepszy – moralnie, estetycznie, czy jakkolwiek. Przegrany przegrywa wszystko, wygrany wygrywa całość.
Walczymy w życiu nie tylko na pięści. Każdy egzamin do gimnazjum, ogólniaka czy na studia jest walką (przecież nie wszyscy się dostaną tam gdzie chcą) a dla niektórych walką na śmierć i życie. Każdego roku od 35 do 67 dzieci w Polsce popełnia samobójstwo z powodu problemów szkolnych. Wiele jest możliwych przyczyn tego stanu rzeczy, ale jedną z nich może być właśnie brak tej drugiej instancji. Przegrywasz – nie zdajesz egzaminu, nie dostajesz się, stoisz w osiągnięciach niżej niż inni – ale wciąż jest coś co sprawia, że jesteś coś wart. Nie godność osoby wynikająca wprost z jej sukcesu i pozycji i będąca tej pozycji przedłużeniem, ale godność każdej osoby przynależna jej m i m o pozycji. Jeśli tego nie ma, jeśli nie ma wbudowanej w umysł opcji żeby pomyśleć w ten sposób, to każda przegrana jest ostateczna.
Czy w takim razie powinniśmy mówić dzieciom, by się nie biły w żadnych warunkach?
Zamiast uderzenia użyj jakiejś formuły która napastnika zawstydzi, sprowadzi go do poziomu bachora, albo przekona, że działa nieracjonalnie? Wielu psychologów proponuje takie rozwiązanie.
Weźmy zdanie „nie masz prawa mnie uderzyć”. Twoje dziecko pojechało na obóz na Węgry i jakiś Węgier je popchnął. Co może powiedzieć? Jak to będzie po węgiersku? Sprawdziłem w tłumaczu Google i po węgiersku to jest nincs jogod ütni. Jeśli dzieciak będzie miał przy sobie tablet to może zdąży.
Mówiąc serio – uczyć że wolno uderzyć czy uczyć że nie wolno to nie stanowisko nauki zwanej psychologią tylko pewien konstrukt kulturowy – wynalazek określonej epoki, miejsca i klasy społecznej. Czyli mówiąc starszym językiem to nie medycyna tylko kindersztuba. Zwyczaj. Istnieją przypadki szkolnego mobbingu, ale one są możliwe bez jednego dotknięcia. Jeśli chodzi o przepychanki większość takich sytuacji dzieci doskonale rozwiązują między sobą bez udziału dorosłych i ci co dziś się tłukli jutro mogą być najlepszymi przyjaciółmi choć ich rodzice na szkolnym zebraniu dąsają się na siebie miesiącami. W tym dąsaniu i mijaniu się bez pozdrowienia jest więcej agresji niż mali chłopcy skaczący do siebie po lekcjach jak koguty kiedykolwiek zdołaliby przez siebie przepuścić. Tym co nie wierzą gorąco polecam Rzeź Polańskiego, gdzie on ten problem bardzo klarownie przedstawia. Czasem bijatyka między dziećmi to większy problem dla rodziców niż dla dzieci.
W społeczności Amiszów obowiązuje całkowity zakaz używania fizycznej siły wobec innych. Traktuje się to jako problem z dziedziny etyki, która jest w tej społeczności nieodddzielna od religii. Ludzie się tam wzajemnie nie biją, co nie znaczy, że nigdy się siebie nie boją. Boją się wykluczenia i społecznej oceny. Nikt nikogo nie popchnie, ale publiczne potępienie kogoś wobec zbiorowości to nie mniej skuteczna broń a nie byłbym zdziwiony słysząc, że bywa mordercza.
W Polsce w pewnych klasach społecznych już przed wojną szarpanina czy walka na pięści nie uchodziła, bo była prostactwem. Wiedzę o tym przekazywał ojciec albo guwerner i nie było to traktowane jako problem medyczny czy etyczny tylko jako problem z dziedziny identyfikacji ze swoją społeczną klasą. Kto czuł się urażony nie walił w gębę jak wieśniak tylko „żądał satysfakcji” dukając formułki z kodeksu Boziewicza a później bił się na szable albo strzelał. Dziś przedstawiciele podobnej społecznej grupy też nie biją się rękami, ale i szabel czy pistoletów też nie dobywają. Zamiast tego idą do sądu i zaskarżają się na odszkodowania za każde słówko ku zgryzocie udręczonych sędziów i uciesze adwokatów. Czy zaskarżyć kogoś za to, że nas nazwał gawronem to mniejsza przemoc niż dać w gębę czy większa?
Számomra ez ugyanaz.