REKLAMA
Otrzymałem ostatnio ciekawe pytanie. Załóżmy, że ktoś cierpi na psychiczny problem. Na przykład nie może jeść, bo wszystko co zje zaraz musi zwymiotować. Albo boi się odezwać w grupie. Poci się ze strachu na samą myśl, że inni mieliby słyszeć co on ma do powiedzenia i patrzeć na niego jak mówi. Albo źle się czuje na ulicy. Jak tylko wyjdzie na większą przestrzeń, to zaraz kręci mu się w głowie i musi wejść do mniejszego jakiegoś pomieszczenia, przytrzymać się czegoś albo mieć przy sobie kogoś przy kim poczułby się pewniej. Z kimś może wyjść nawet na środek stadionu ale kiedy zostaje na takiej płycie sam, po prostu nie może utrzymać równowagi ze strachu. Na rozum tego się nie daje przetłumaczyć, setka ludzi dyskutowała z nim o tym i nic nie pomaga. Objaw nie ustępuje.
Czy jest teoretycznie możliwe - brzmiało pytanie - by jakiś egzorcysta lub inny czarownik określiwszy wpierw ten problem jako wpływ złego ducha rozwiązał go przeprowadzając zabieg wypędzenia niechcianego gościa? Załóżmy, że klient potraktuje sprawę stuprocentowo poważnie i naprawdę głęboko uwierzy w sens tego. Uwierzy w tego złego ducha na sto procent i na sto procent uwierzy, że duch może zostać wypędzony.
Przecież problem jest w głowie, prawda? Obawa, że się przewrócisz na wielkim stadionie jeśli ktoś do ciebie nie mówi nie jest ani trochę bardziej racjonalna niż wiara w istnienie Złego, który cię przewraca złośliwie. No więc czy taki egzorcyzm, zabieg magiczny itd. z psychologicznego punktu widzenia może jakoś takiemu człowiekowi pomóc przez samą tylko siłę sugestii?
Problemy psychiczne są w oczywisty sposób związane ze sposobem w jaki widzimy świat. Czy jeśli ktoś dostarczy spójnej wizji świata, człowiek z problemem kupi tę wizję i w ramach tej wizji problem zostanie ujęty, symbolicznie przedstawiony a następnie symbolicznie rozwiązany np. przez spalenie figurki która go reprezentuje to możliwe jest, by taki problem/objaw znikł?
To bardzo interesujące pytanie i nie jest łatwo dać na nie prostą odpowiedź. Zacznijmy z trochę innej strony i zamiast wprost odpowiadać podam kilka naprowadzających skojarzeń. Ostatni artykuł o ojcu Bashobora wzbudził dużo większe zainteresowanie niż się spodziewałem. Dziś okazuje się, że dzielny uzdrowiciel na jednym występie wcale nie poprzestał, lecz niestrudzenie podąża przez Polskę i podobno (co mnie zupełnie nie dziwi) już przypisują mu pewne sukcesy.
Komentując religię i mistycyzm nietrudno zostać posądzonym o stronniczość. Jedni by chcieli, by potępić oszusta, inni by nie być materialistycznym, jeszcze inni by nie porównywać (lub przeciwnie właśnie porównywać) placebo oficjalnej medycyny w dobrej wierze dawane do szarlatańskich praktyk… Rzecz budzi emocje. Religia zawsze je budziła. Kilka dni temu pod pewnym artykułem zamieszczonym w sieci znalazłem interesujący komentarz. Jego autor pisze:
Nie rozumiem czemu w świecie w którym nauka tyle osiągnęła miliony wykształconych osób ciągle zawracają sobie głowę religią.

Komentujący, co nietrudno zauważyć sam jest najlepszym przykładem tego co opisuje. Jest wykształcony i ciągle zawraca sobie głowę religią. Przynajmniej na tyle, by zastanawiać się czemu inni to robią i odbywać (bo on akurat odbywa) długie i żmudne procesy zatwierdzania, że do tego lub innego kościoła wcale nie należy. Jasna rzecz, że tylko w tym kościele taki proces można odbyć z którym się mieć już podobno nic wspólnego nie chce i że cała sprawa sprowadza się do tego, co by się miało dokonać w tamtejszych wewnętrznych zapiskach.
Kwestię praw do własnych danych osobowych zostawmy na chwilę prawnikom co się pewnie lepiej na tym znają. Z psychologicznego punktu widzenia ciekawszy jest inny problem. Tego „ciągle zawracania sobie głowy” pomimo, że się do tej czy innej organizacji dawno nie należy. Wstaje ktoś rano i pisze kolejne pismo. Wykreślcie mnie z waszej listy. I wkurza się, że oni nie chcą i ciągle wliczają go do swych rachunków. Inna sprawa czemu nie chcą, skoro on do nich jak do dorosłych i znających przecież ten sam język spokojnie i prosto przemawia, bo to też psychologicznie jest dosyć ciekawe, ale skupmy się na razie na czymś jednym. Oto ktoś ma coś u siebie zapisane na temat innej osoby.
Na przykład, że ta osoba należy do organizacji. A ta osoba nie może osiągnąć wewnętrznego spokoju tu z tym co oni mają na jego temat zapisane tam u siebie. Tej osobie coś to robi. Porusza ją emocjonalnie. Ta osoba nie może o tym zapomnieć. Myśli, pisze pisma, analizuje, planuje jak to pójdzie i jak da im łupnia.. Jak to właściwie działa? Czemu to kogoś obchodzi w ogóle? Ma w końcu ten ktoś coś wspólnego z tą organizacją czy nie ma?
Jest w tym jakiś nomen omen diabelski paradoks. Czy kobieta dzwoniąca do mężczyzny ósmy raz pośrodku nocy i krzycząca „spal wszystkie nasze zdjęcia natychmiast bo to koniec i to sobie zapamiętaj” nie daje jawnego dowodu, że z tym końcem dla niej to nie taka prosta sprawa? Czy mężczyzna rozprawiający dniem i nocą o jak to określa „idiotkach co to nawet na szpilkach porządnie chodzić nie umieją” nie pokazuje o czym obsesyjnie myśli? Mówiąc po raz tysięczny „nie mam z tym nic wspólnego” - czego dowodzimy?
Komentator pytający o tajemniczą trwałość religii w świecie tak już przecież dobrze przeoranym wiedzą mówi wielką prawdę o tych sprawach choć nie w tym miejscu w którym sądzi, że mówi. On mówi „nie rozumiem” i to jest ta prawda. Jestem wykształcony, nauka tyle osiągnęła a ja ciągle zawracam sobie tym głowę. Nie pojmuję czemu. Czemu skoro jestem wykształcony wciąż muszę z nimi dyskutować? I czemu nie rozumiem, skoro tyle rozumiem?
Te jak by można powiedzieć„obiekty przywiązania” – religijna organizacja, mężczyzna do którego dzwoni w nocy ta kobieta i „idiotki nie umiejące równowagi utrzymać na szpilkach” o których pewien mężczyzna nijak zapomnieć nie może – zajmują w umysłach osób nie mogących oderwać się od nich swoiste miejsce. To miejsce to jakby oś umysłu. Centrum jego organizacji. I z tego punktu widzenia nie jest ważne, czy się rzuca w tamtą stronę kamieniami czy bije pokłony. Kobieta co rozprawia miesiącami o swym oprawcy emocjonalnym w istocie nie może bez niego żyć. Bez jego złej postaci w głowie. To, że ta postać jest zła, że jest kwintesencją tych wszystkich rzeczy których nie wolno pod żadnym pozorem (na przykład, że pod żadnym pozorem i w żadnym stanie upojenia nie wolno jej już nigdy do niego zadzwonić) ma tu znaczenie kluczowe ale faktu przywiązania absolutnie nie usuwa.
Miłość i nienawiść splatają się w tym miejscu tworząc właśnie to – oś psychologicznej organizacji bez której się wszystko rozleci. Może być to organizacja przez adorację, może być przez negację nie ma znaczenia. A-teista ma Boga w swojej nazwie, tak jak chłopcy wszechpolscy mają w swym znaku dwu kopulujących panów. Nic nie zmienia, że jest „a” przed "teista", tak jak nic nie pomaga położony na dwu panów jednego za drugim skośny bastardzi znak przekreślenia. Niesiesz nad sobą, co niesiesz. W tym wielki ambaras. Nie da się być ateistą w świecie pozbawionym religii, tak jak nie da się mieć anoreksji w Etiopii.
Żeby na przykład ta wspomniana wyżej dzwoniąca i awanturująca się kobieta mogła przestać dzwonić musiałaby zacząć żyć czymś innym lub kimś innym, ale póki co od lat żyje tylko Nim. On – nienawidzony, omawiany, obdzwaniany i zły aż do szpiku – jest od lat całą treścią jej życia. To samo te panie od szpilek, że o panach z wiadomego znaku nie wspomnę i tych co znak ten z dumą nad sobą obnoszą. Żeby pan zafiksowany na szpilkach kobiecych mógł przestać krytykować kobiety jako całość, musiałby wreszcie odnieść z którąś sukces i tym sposobem rozwiązać problem istnienia na świecie i szpilek i kobiet.
Wróćmy do egzorcyzmów i innych szamańskich praktyk. Moda na nie systematycznie ponoć rośnie. Chciałbym jedno wyjaśnić w tym miejscu – to nie jest tekst o możliwości istnienia złych lub dobrych duchów. Niektórzy w nie wierzą, inni wierzą, że ich nie ma. W tych rozważaniach nie chodzi o to w co wierzą niektórzy, ale o to co wiedzą wszyscy. Nie wszyscy wierzą w duchy, ale wszyscy wiedzą (lub mogą się łatwo dowiedzieć),że istnieje coś takiego jak zaburzenia konwersyjne.
Dawniej nazywano je histerią. Czy każdy dzisiejszy zatwierdzony opętany to wedle dawnej psychoanalitycznej nomenklatury histeryk? Uczciwie stawiając sprawę nie można czegoś takiego zagwarantować, jednak histeryczne zaburzenia leczone w czasach Freuda analizą i hipnozą wyglądały bardzo podobnie. Zdarzali się ludzie całym ciałem wyginający się w łuk przez długie godziny, tracący czucie w kończynach, tracący słuch, wzrok a nawet krwawiący i to wszystko bez żadnych fizycznych przyczyn. Jak rozumiano to w owych czasach? W skrócie rzecz ujmując objaw histeryczny miał być sposobem w jaki człowiek próbował komunikować otoczeniu swoje ważne przeżycie które zaszło w relacji z autorytetem. W tamtych bezpowrotnie minionych już czasach i w klasie społecznej z której najczęściej rekrutowali się klienci Freuda takim autorytetem bywał zwykle ojciec i wedle ówczesnego rozumienia objaw histeryczny był adresowany właśnie do niego albo był „o nim”. Leczenie polegało więc na tym, by to co chory próbował wyrazić przez objaw zostało jawnie wypowiedziane w słowach.
Co się stało z tymi zaburzeniami? Można gdzieś dziś jeszcze zobaczyć osobę która wygina się w klasyczny freudowski histeryczny łuk? Bardzo rzadko. Obrazy problemów psychicznych są odmienne w różnych kulturach, więc kiedy zmienia się kultura, to i obraz się zmienia. Znikło też z psychiatrycznego słownika samo słowo „histeria”. Nie można go było już dłużej używać bo podobnie jak „idiota” czy „imbecyl” weszło do mowy potocznej jako inwektywa.
Są jednak ciągle osoby, które klasyfikuje się dziś jako opętane i one swym zachowaniem bardzo tych XIX wiecznych freudowskich pacjentów przypominają. A czy rodziny dzisiejszych opętanych przypominają swą strukturą te rodziny, z których w XIX wieku wywodzili się pierwsi pacjenci psychoanalizy? Nie znam żadnego wielkiego studium na ten temat ale parę pobieżnych obserwacji które miałem okazję przeprowadzić skłania mnie do myśli, że może być tu coś na rzeczy. I oto znów jak ponad sto lat temu w Wiedniu dorośli ludzie padają na ziemię, bełkoczą, krzyczą, mają drgawki, wizje i wymawiają oderwane słowa w nieznanym języku. Gdyby rozumieć to jako tę dawną histerię można by przyjąć, że i tu chodzi o kontakt z autorytetem.
I zachodzi swoista reakcja zwrotna. Im więcej produkuje się tego objawu, tym zainteresowanie autorytetu mocniejsze. Rodzice, rodzina, psycholog (tak tak, są psycholodzy i psychiatrzy gotowi zatwierdzać możliwość opętań wystarczy poszukać) wreszcie kapłani i egzorcyści. Człowiek leży na ziemi, wije się w konwulsjach, a specjalnie sprowadzony ekspert przy asyście wielu ważnych osób trzyma go mocno i zaklina demona by ciało opętanego nareszcie opuścił. Maksymalna ilość zaangażowania i uwagi i tym więcej uwagi im silniejszy demon.
W czasach Freuda relacja osób cierpiących na zaburzenia konwersyjne z osobami posiadającymi społeczną siłę i autorytet bywała bardzo złożona i niejeden z niedoświadczonych lekarzy psychiatrów boleśnie przekonał się o tym. Ból bywał zresztą obustronny. Dla tych co chcą zgłębić temat polecam film Niebezpieczna metoda, tam to bardzo interesująco pokazano.
Otrzymanie uwagi ze strony autorytetu, który wchodzi w tę grę wzmacnia grę proporcjonalnie do tego ile uwagi włożymy. Co więcej – charakter autorytetu i zakres używanych przez niego pojęć wpływa na to, jak będzie ten objaw wyglądał. Ma tu miejsce swoiste naśladownictwo i nieświadome spełnianie życzeń.
Nasz opętany i jego egzorcysta wzmacniają się wzajemnie. Im bardziej angażuje się jeden, tym bardziej i drugi. Z człowieka nie zauważanego przez nikogo, a w szczególności pomijanego przez najważniejszą osobę w rodzinie nasz opętany staje się nagle centralną postacią. Powodem przyjazdu ważnego eksperta, a przede wszystkim żywym dowodem na coś, co ma dla każdego znaczenie. Jeśli istnieją opętania, to i cała reszta. Nie umrzemy całkiem po śmierci, rodzinne tradycje mają sens i tak dalej.
Opętanie dowodzi istnienia całej potężnej rzeczywistości, a skoro jest dowód, to nie trzeba dłużej już wierzyć na słowo. Można po prostu wiedzieć. W ten sposób opętany stawałby się kimś lub czymś na co wszyscy czekają, egzorcysta zaś nie tyle rozwiązywałby jakiś problem ile właśnie jego istnienie byłoby tego problemu przyczyną. Trzeba uczciwie powiedzieć, że z niektórymi dawnymi analitykami bywało podobnie. To jedna z największych pułapek w jakie wpaść może psychoterapeuta – nie pracujesz z rzeczywistą osobą ale z rolą jaką narzuca sama sytuacja terapii.
Czemu jednak ktokolwiek chciałby posuwać się do takich rzeczy tylko po to, by zadowolić jakiś autorytet, albo zwrócić na siebie jego uwagę? I czemu nazywa ten autorytet ojcem choć to obcy człowiek?
Ojciec i matka nie są po prostu jeszcze jedną osobą w naszym życiu i funkcji którą pełnią nie da się zastąpić przez tak zwany zdrowy rozum. Kiedy mówi się do kogoś „ojcze” albo „matko” to znak, że siła wpływu tej osoby nie polega na sile jej argumentów, ale na niepowtarzalności jej funkcji. Dobrze by było, by to zdanie przyswoili sobie ci, co doradzają rodzicom by ciągle i ciągle tłumaczyli dzieciom to lub owo. Tłumaczyć może każdy i moc argumentów nikogo rodzicem nie czyni. Bycie ojcem lub matką nie polega na tym, że ktoś kogoś do czegoś przekona. A nie móc nikogo na świecie nazwać ojcem, to być skazanym na wieczną nieufność. To dlatego ludzie „zawracają sobie głowę” religią.
P.S. – w tekście o o. Bashobora jeden z Komentatorów pytał o rozwinięcie tematu placebo które działa nawet gdy wiemy, że to jest placebo. Jak to możliwe, że badani zaraportowali poprawę mimo, że wiedzieli co im podano. Mam nadzieję, że w niniejszym tekście wyjaśniłem choć trochę ten problem.
P.S.2 – jedna z Komentatorek wyrzucając mi, że nie potępiłem oszusta wspomniała mimochodem, że chciałaby przeczytać wywiad z człowiekiem wskrzeszonym przez niego. Z pewnością tylko nieliczni wierzą w możliwość wstawania po śmierci, ale na pewno wszyscy zgodzą się co do tego, że istnieje katalepsja. Niezależnie więc od tego w co kto wierzy wszyscy możemy być zgodni, że będą wywiady. Wystarczy cierpliwie poczekać.