Ile osób powinno wiedzieć, że mamy fajne życie, żebyśmy sami w to mogli uwierzyć?
REKLAMA
Sposób życia młodych ludzi od zawsze przerażał i martwił tych starszych. W roku 2000 p.n.e. ktoś pismem klinowym w babilońskim mieście Ur napisał:
Dzisiejsza młodzież jest zdegenerowana i brakuje jej dyscypliny, a dzieci nie słuchają już swoich rodziców.
Arystoteles w Atenach poszedł w swych ocenach jeszcze dalej i ateńską młodzież scharakteryzował tak:
Nie mam żadnych nadziei, jeśli chodzi o przyszłość naszego kraju, kiedy pewnego dnia dzisiejsza młodzież stanie się mężczyznami. Jest ona pozbawiona wytrwałości, nieodpowiedzialna i nie można na nią patrzeć…
Kiedy zjawiają się takie cytaty trudno na poważnie utrzymywać, że cokolwiek jest dziś nie w porządku. Czytam tekst Mateusza Grzesiaka, będący chyba relacją z konsultacji jaką odbył on z młodym człowiekiem zmartwionym kłopotami z dziewczyną.
Kiedy zjawiają się takie cytaty trudno na poważnie utrzymywać, że cokolwiek jest dziś nie w porządku. Czytam tekst Mateusza Grzesiaka, będący chyba relacją z konsultacji jaką odbył on z młodym człowiekiem zmartwionym kłopotami z dziewczyną.
Oboje byli na facebooku, mieli status bycia w związku, on dodał jakieś dziewczyny do znajomych, ona się pewnie poczuła zazdrosna i jednym kliknięciem myszki zmieniła swój, a więc i jego status na "wolny". Kto w dzisiejszych czasach nie słyszał takiej opowieści? Operacja okazała się należeć do tych z gatunku disk format, czyli bez możliwości cofnięcia i zmartwiony chłopak udał się do psychologa.
Był smutny, bo poniósł stratę. Był ktoś, kogo uważał za swoją dziewczynę i miało to swój symboliczny odpowiednik w postaci małego czerwonego serduszka. Chcę wierzyć, że istniały też inne dowody.
Trójwymiarowe, mające masę, smak, zapach.. Być może to nienowoczesne, ale jakoś przeraża mnie myśl, że w dzisiejszym świecie mogłoby i wcale ich nie być. Warto rozróżnić relację - coś związanego z uczuciami, wspomnieniami, przygodami i w ogóle realnym przeżyciem czegoś w prawdziwym świecie, od symbolu relacji, czyli statusu „w związku”, „wolny” lub „to skomplikowane” zaznaczonego w programie komputerowym w postaci graficznego symbolu. Serduszko oznacza bycie w relacji, ale nią nie jest. To tylko znak, jaki dajemy innym. Znak nie jest tym, co znaczy.
Zmartwiony chłopak umieszcza na facebooku smętne piosenki. Sugestia pana Mateusza, by czym prędzej przestał jest bardzo sensowna. Tego co teraz napiszę próżno by szukać na studiach psychologicznych, bo tym co dla ludzi najważniejsze współczesna psychologia i jej „amerykańscy naukowcy” zajmują się raczej niechętnie. Mało też takich rzeczy w poradnikach psychologicznej komunikacji pękających od komunałów w rodzaju „powiedz mu/jej szczerze o swoich uczuciach”, „masz prawo do tego, albo do tamtego” (czym jest prawo o którym mówicie i skąd ono pochodzi, pytam nieustannie i jeszcze się nie doczekałem, by mi kto odpowiedział, albo chociaż pojmował pytanie), „to nie twoja wina”, „pokochaj siebie”, „porozmawiaj szczerze”, „postaw granice” i dalej bez końca w tym stylu, wraz z moim ulubionym „porozmawiajcie więcej o seksie”.
Gdyby Scarlet z Przeminęło z wiatrem próbowała zastosować takie rady, dopiero by było co czytać..
Czyli bez powoływania się na to wszystko. Kiedy rzuca cię dziewczyna lub chłopak, ostatnie co warto zrobić to demonstrowanie, jakiego masz doła i „mówienie o swoich uczuciach”. To może wzbudzać trochę poczucia winy, ale od poczucia winy ludzie raczej uciekają. Z pewnością nie wzbudza to pożądania. Raczej zaniża wartość użalającego się, a co za tym idzie, być może także byłego partnera. Ogólnie – jeśli jakoś działa, to najwyżej na nerwy. Człowiek który w takiej sytuacji ma się potrzebę pożalić zrobi dobrze znajdując do tego dobrego przyjaciela. Dobry w takim przypadku między innymi oznacza dyskretny.
Co działa lepiej? Zależy, jaki ma się cel. Niebezpiecznie ze sfery psychoterapii przenosimy się tu w sferę polityki, a z polityką wiadomo jak jest. Dość więc powiedzieć, że jeśli były lub była ma coś widzieć, niech raczej widzi, że jest lepiej, niż gorzej. W realnym świecie może to nie być łatwe (to jeden z tysiąca rozsądnych powodów, by się po rozstaniu raczej nie widywać), ale facebook jest do tego niezłym medium. Jeśli ma widzieć, że coś publikujesz, lepiej niech widzi, że się dobrze bawisz. Szlag jego/ją trafi? Bezcenne. Mniej odporne psychicznie jednostki mogą nawet same się wtedy czasem odezwać, choćby w formie pretensji zagajając „widzę, że specjalnie nie rozpaczasz”, albo wręcz „widzę, że nie przebierasz, obniżyłeś loty” itp. Nie warto publikować rzeczy, które nas dewaluują.
W tym miejscu jednak akcenty w tekście Grzesiaka przesuwają się. Pyta on: jeśli nie publikujesz, że jesteś w fajnych miejscach, skąd inni mają wiedzieć, że masz fajne życie?
W sumie logiczne. No bo skąd mają wiedzieć?
W sumie logiczne. No bo skąd mają wiedzieć?
Może stąd, że uczestniczą w tym życiu i byli z tobą w tych miejscach? Ile osób powinno wiedzieć, że mamy fajne życie, żebyśmy sami w to mogli uwierzyć? Ludzie mają na facebooku setki tak zwanych znajomych. To sprawia, że ulegają złudzeniu, że nie są samotni. Masa osób, nie tylko tych młodszych, całkowicie zrezygnowała już z kontaktów w prawdziwym świecie. Pamiętamy, że znamy tego lub owego, bo co pewien czas widzimy jak on coś umieszcza na fejsie. Czasem poświęcamy sekundę lub dwie by kliknąć „lubię” albo nawet napisać komentarz. To prawie jak się znać. Nieomal jak podrzymywać relację. Wciąż mamy złudzenie, że ta relacja istnieje, bo wciąż widzimy ślady życia tej osoby i jest nawet jakiś rodzaj interakcji. No i wspomnienia.
Po czym poznać, że ktoś jest naszym przyjacielem? Nie ma tu jednoznacznego kryterium. Proponuję przyjąć przez chwilę taką myśl, że naszym przyjacielem jest ten, kto jest realnie obecny przy nas w ważnych dla nas momentach. Bo mu się chciało przyjść albo przyjechać. Bo znalazł czas i nie miał w tym momencie żadnych "ciekawszych opcji".
Jeśli ktoś lajkuje nasze zdjęcia z cudownych wakacji, niewykluczone, że jest to przyjaciel, ale jedyne, co jest pewne, to to, że jest to nasza publiczność. Publiczność daje podziw, ale podziw to jeszcze nie przyjaźń. Żyjemy w kulturze obrazu. Jeśli wygląda, że mamy fajne życie, to je mamy. Czy jeśli inni uwierzą, że jest u nas dobrze, to dzięki temu poczujemy się lepiej? O ile nie obawiamy się zawiści, z pewnością tak. Ale na pewno nie poczujemy się tak dobrze, jak byśmy się czuli mając takie życie, jakie próbujemy pokazać.
Patrząc na młodych ludzi spędzających w internecie setki godzin zastanawiam się czasem nad problemem wspomnień. Z pobytu w internecie nie zostaje ich wiele. Kiedy będą mieli 40, może 50 lat co będą opowiadali? Co będą wspominać, skoro prawie nie wychodzą z domu, a kiedy wychodzą i coś realnie się dzieje, zaraz muszą podzielić się tym na portalu by inni nie przeoczyli faktu, że mają wspaniałe życie?
Czy jeśli fotografuję się w knajpie ze znajomymi i na zdjęciu mam uśmiech, to znaczy, że dobrze się bawię? A może znaczy to tylko tyle, że mylę wywoływanie wrażenia, że jest mi fajnie z uczuciem, że naprawdę mi tak jest? Przeżywanie własnego życia cudzymi oczami. A gdzie własne doświadczenia? Takie, które masz tylko dla siebie i takie o których możesz opowiedzieć słowami wypowiadanymi do żywej osoby w chwili, kiedy naprawdę czujesz, że warto się czymś podzielić? I to nie z bliżej nieokreśloną publicznością, którą sobie mętnie wyobrażasz, tylko właśnie z tym kimś?
Jest i inny aspekt wskazówki dotyczącej poprawy profilu. Nie chce cię kochać dziewczyna? Pokochaj sam siebie. A jeśli nie siebie, to przynajmniej swój profil na fejsie. W sumie nie jest to pozbawione logiki. Kłopot w tym, by nie pomylić profilu z osobą. Istnieje niebezpieczeństwo zrobienia z facebooka SWAG booka. Z tego, że na fejsbuku wyglądasz jakbyś miał wspaniałe życie nie wynika, że faktycznie je masz. A czasem można ulec pokusie budowania tego co budować łatwiej.
Kontaktowanie się z pomocą tekstu wywołuje mniej lęku. Osobę z którą się pisze można w każdej chwili wyłączyć. Ma się ją w wyobraźni i co pewien czas uzupełnia się do tej wyobraźni pożywkę. Kiedy się kończy z kimś rozmowę, po prostu się ją przerywa. Nikogo to już nie dziwi. Po prostu przestał ten drugi o nas myśleć, skupił się na czymś innym, jego umysł powędrował w inną stronę więc zróbmy to samo. Jak sobie o nas przypomni, to zacznie pisać od nowa. Tymczasem zajmijmy się inną osobą.
Jednym z ważniejszych i rzadko poruszanych powodów odczuwania lęku w społecznych kontaktach jest brak znajomości jakiejkolwiek ustalonej formy zachowania. Mówiąc prosto – człowiek się czuje niezręcznie kiedy nie wie jak się ma zachować. Wbrew pozorom posiadanie norm zachowania nie służy tylko przyjemności starszych, czerpanej z poddawania młodszych kretyńskiej tresurze. Służy temu, żeby człowiek wiedział co zrobić. Jak się z kim przywitać, komu pierwszemu podać rękę, jak jeść w obecności starszych osób, jak formułować myśli w sposób poprawny i komunikatywny, nie sprawiając wrażenia prostaka, a jednak wypowiadając co jest do powiedzenia.. Po prostu wychowanie.
Być obytym, wiedzieć jak się znaleźć – to prosty, najstarszy na świecie sposób na zaradzenie społecznym lękom. Dziś zupełnie już nie stosowany, a nawet zwalczany gdzieniegdzie. Istnieje możliwość, że za dużą część zaangażowania młodych ludzi w świat wirtualny i wycofania się z tego realnego odpowiada właśnie poczucie niepewności co do tego, jak się mają zachować w społecznych sytuacjach na żywo. A taka niepewność w dużej mierze wynika właśnie z braku znajomości jakichkolwiek reguł.
Załóżmy, że jakiś młody człowiek odwiedzi kolegę, a tam akurat będzie obiad i trzeba będzie ten obiad wspólnie zjeść. W domu każdy zjada obiad sam, kiedy ma czas. Nasz bohater zjada go przed komputerem, jedną ręką trzymając widelec z całym kotletem, a drugą klikając myszą na kolejne śmieszne filmiki. A tu trzeba usiąść przy stole z ludźmi, posługiwać się sztućcami i rozmawiać. Czy samo tylko wychowanie w atmosferze totalnego przyzwolenia na wszystko i absolutnej akceptacji dla każdej formy swobodnej ekspresji wystarczy, by ten człowiek nie czuł w tej sytuacji lęku? W żadnym wypadku.
Będzie czuł lęk, bo będzie się czuł nieadekwatnie. Nie pozwalaj swojemu dziecku jadać przed komputerem. O ile to tylko możliwe, domownicy powinni jeść posiłki wspólnie i, o zgrozo, powinni to robić z zachowaniem zasad.
Czy człowiek, który 90% swoich rozmów odbywa za pomocą klawiatury nie widząc rozmówcy i samemu nie będąc widzianym poradzi sobie na rozmowie kwalifikacyjnej twarzą w twarz? Jak w niej wypadnie w porównaniu z osobą, która swoje kontakty odbywa prawie wyłącznie na żywo?
Przeniesienie życia do komputera jest wśród młodych ludzi normą. Można iść za tą normą przyjmując, że nie zmieni się świata i rozsądniej jest się przystosować, niż głupio opierać. Dziś poszło to już tak daleko, że całkowite odcięcie młodego człowieka od sieci oznaczać może groźbę społecznej izolacji. Jednak podłączenie pod sieć nie jest kontaktem, tylko jego namiastką, tak jak zaznaczenie statusu „w związku” nie jest związkiem. Po zakończeniu związku ma się wspomnienia z prawdziwego życia. To najważniejszy test.
Na ile twoja relacja z jakąś osobą jest prawdziwa? Tylko na tyle, na ile macie realny kontakt. Wiedzą o tym dobrze ci wszyscy, którzy poznając ludzi przez internet i korespondując z nimi latami sparzyli się w prawdziwym życiu, bo spotkali tam inną osobę, niż ta która była w ich fantazjach. Miłość przez internet może dawać przyjemność, ale dzieci z tego raczej nie będzie.
Niektórzy ludzie są ekstrawertywni, inni nie. Żadna opcja nie jest lepsza ani gorsza. Ktoś może mieć piętnaścioro dobrych przyjaciół, komuś innemu wystarczy jedna, albo dwie bliskie osoby. Internet niepostrzeżenie robi z nami jednak coś bardzo niebezpiecznego. Przestajemy pielęgnować realny kontakt, zastępując go wirtualnym. Obecność prawdziwych przyjaciół jest wypierana przez obserwację śladów ich obsesji wysyłanych na fb w postaci różnych rewelacji. To nie jest prawdziwa znajomość osoby. A przekonanie innych, że u nas jest fajnie przez pokazanie fajnych fotek ledwo starczy na to, by przekonać nas samych.
Jeśli w internecie spotyka cię coś złego, może to znak, że czas internet odpuścić i zacząć żyć naprawdę? Zawsze jest możliwość by zacząć coś robić. Trenuj brazylijskie jujitsu, albo capoeirę jeśli wolisz, zacznij zwalczać komunę, albo chciwych pracodawców (każdemu według wyboru), walcz o prawa zwierząt, albo poluj z łukiem, zostań buddystą, może frondystą, racjonalistą, albo czym tam wolisz, naucz się na czymś grać i graj, zacznij łazić po górach, spotkaj ludzi w schroniskach.. Cokolwiek. Cokolwiek zrobisz w prawdziwym życiu będzie warte więcej, niż płaski ekran który udaje świat, bo tylko w prawdziwym życiu coś prawdziwego przeżyjesz.
Żeby na ekranie coś można było umieścić, niezbędny jest materiał z realności. Jeśli ona całkiem zniknie, ekranu też nie będzie już czym zapełnić. Kiedy jesteś na imprezie, nie rób zdjęć. Bądź na imprezie. Kiedy widzisz piękny widok, też nie rób zdjęć. Patrz na widok. Jesteś w fajnym miejscu, to nie myśl jak to opiszesz na facebooku, tylko bądź w tym miejscu. Opowiedz o tym komuś słowami, siedząc z nim gdzieś i patrząc na niego. Rozmawiasz z kimś, to wyłącz telefon. Skup się.
A jeśli nie lubisz nigdzie bywać, w ogóle nie lubisz ludzi i nie masz ochoty w niczym „uczestniczyć” może warto rozważyć czytanie książek zamiast czytania Kwejka? Przeczytasz sto dobrych rzeczy, będziesz inną osobą. Po pierwsze, poznasz więcej słów. Po drugie, nauczysz się koncentrować dłużej na jednym. Po trzecie, odkryjesz skąd pochodzi 99% materiału który się umieszcza w internecie i odkryjesz, w jakim kontekście on występuje naprawdę.
Jestem absolutnie przekonana, że trzeba inwestować w analogowe kontakty i w analogowy sposób życia, bo los Facebooka i tych efemerycznych, opartych na "lubię to" relacji, emocji i substancji, które się wydzielają w mózgu, kiedy się nimi zajmujesz, jest nie do przewidzenia. Mnie się to wydaje potwornie niebezpieczne i myślę, że niedługo zdolność do rozmowy będzie wielkim potencjałem. Bo zamiast mówić, będziemy naciskać "lubię to".
I ma rację.
I ma rację.
Na koniec ciekawostka dotycząca tych cytatów z dalekiej historii, które były na początku tekstu. Pierwsze słowa pochodzą ze starożytnego miasta Ur. Kiedy je pisano, miasto to było u szczytu potęgi i rozwoju. Było kulturalną i technologiczną stolicą swojej epoki. W kilkadziesiąt lat po napisaniu tych słów zostało zdobyte i prawie doszczętnie zniszczone. Kolejną dynastię w tym miejscu założyli sąsiedzi, którzy jako zdobywcy uznali się za kulturowych spadkobierców wszystkiego, co przejęli po autorach napisu. Te słowa były jednymi z ostatnich, jakie ta cywilizacja zostawiła po sobie.
Drugi cytat jest z Arystotelesa, który mieszkał w Atenach. Niedługo po wygłoszeniu tych słów Ateny utraciły niepodległość na rzecz Macedonii. Nigdy nie odzyskały już dawnej wielkości.
