REKLAMA
Tak się dziwnie składa, że tekst o religijnych poglądach terapeutów i problemie wartości w psychoterapii kończy mi się pisać właśnie w chwili, kiedy sprawa seksualnych nadużyć celibatariuszy doszła do swego apogeum po słowach arcybiskupa o „dziecku lgnącym co jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”. Internet dziś o niczym innym nie chce rozmawiać, na facebooku co druga osoba to kopiuje, pod każdą kopią ze dwadzieścia komentarzy. Naprawdę aż tyle osób jest zaskoczonych?
Wpisywać ten tekst już gotowy, co jest trochę o tym, a trochę w sumie o czym innym, czy komentować coś na gorąco..?
Ale cóż tu można dodać, czego gołym okiem nie widać? Język mówi czasem za nas więcej, niż chcemy powiedzieć, bo przemawia przez nas to z nas samych, czego nie jesteśmy do końca świadomi. Przejęzyczenia, niezręczne sformułowania, językowe lapsusy, niedosłyszenia, zająknięcia, spóźnienia, zapomnienia – w psychoanalizie to nie są przypadki, tylko podstawowy materiał do pracy, choć wciąż mogą być one nazywane przypadkami, gdy jesteśmy w sferze polityki. Bo polityka to spektakl, którym chcemy się emocjonować, a do tego musimy być oszukiwani. Mogą być one także nazywane przypadkami, gdy chcemy być grzeczni.
Biskup powiedział dokładnie tak, jak rozumuje pedofil. Ten często umieszcza swoje pragnienie w dziecku, co fachowo nazywa się projekcją. Przypisuje dziecku to, co siedzi w nim samym. Roi sobie, że dziecko go kusi, bo pragnie przez dziecko być kuszony. On sam czuje się dzieckiem, a traktują go jak dorosłego. Tak też i on dziecko będące dzieckiem jak dorosłego chce traktować. Jak to rozumieć, kiedy w publicznej wypowiedzi biskup odtwarza takie samo rozumowanie?
Dla psychologa samo publiczne stwierdzenie, że to usłyszał jest balansowaniem na cienkiej granicy. Ale czy pomogłoby coś, gdyby ogłosił, że nie słyszał? Dziecku nie bardzo.
Czy wierzycie Państwo, że celibat jest możliwy psychologicznie? Pewien mój dobry kolega, też terapeuta powiedział kiedyś „podejrzewam, że to dosłownie stwarza Boga”. Chyba coś w tym jest, choć w świetle ostatnich wydarzeń brzmi to jak ponury żart. Ja nie wiem, czy celibat jest możliwy. Nie mam pojęcia. I chyba dość już o tym.
Czemu tak ważne jest dla tak wielu, co mówi kościół? Nawet żądają, by mówił coś innego, niż mówi. To absolutnie niezwykłe żądanie. Nie zgadzają się, ale przez brak zgody zdanie kościoła wcale nie przestaje ich obchodzić. Kiedy nie odpowiada mi kuchnia w jakiejś restauracji, po prostu jej nie odwiedzam i zapominam o jej istnieniu. Ale z kościołem ludzie robią inaczej. Mówią, że się nie zgadzają, więc żądają, by kościół mówił coś innego, z czym będą mogli się zgadzać. Na czym w takim razie opierają przekonanie, że mają z tą instytucją cokolwiek wspólnego, skoro nie zgadzają się z jej nauczaniem takim, jakie ono realnie jest?
To jest właśnie funkcja ojca. Nie jest ważne, czy się z ojcem zgadzamy, czy nie. Ważne jest, że to ojciec. I że mamy coś, z czym możemy zgadzać się, lub nie zgadzać. Dlatego arcybiskup może bredzić dowolnie. Bezrobocie nie grozi mu nigdy. Zawsze znajdą się ludzie gotowi przyjść i wysłuchać go choćby po to, by móc się oburzać i wyobrażać sobie, że to co mówi to nie jest „to prawdziwe”. To „prawdziwe” jest zawsze gdzieś dalej.
Realny bredzący biskup i daleki doskonały papież. To całkiem jak realny bredzący ojciec i daleki ideał doskonałego Ojca, którego się pragnie i który, gdyby się tylko ujawnił, wychylił zza tego realnego to hoho..
Dlaczego temu realnemu poświęcamy jakąkolwiek uwagę? Właśnie z powodu tego idealnego, którego chcemy, by istniał.
A o wartościach i religii w psychoterapii to chyba jednak już następnym razem.
