REKLAMA
Obserwując liczne przykłady odnoszę wrażenie, że mechanizm "tylko ja jedna mam na niego sposób" dużo częściej występuje u kobiet niż u mężczyzn i raczej w sytuacji gdy osobą raniącą je jest mężczyzna. W związku w którym jest przemoc nie zawsze podział na ofiarę i sprawcę jest jednoznaczny. Nie zawsze też sprawcą jest mężczyzna. Krzywdzeni mężczyźni, jak mi się zdaje raczej rzadko wykształcają jednak w sobie mechanizm, któremu poświęcony jest niniejszy tekst.
Czemu tak jest? Przychodzi tu na myśl powiedzenie o głowie rodziny, którą jest mężczyzna i o szyi (kobiecie) która tą głową kręci. To wyobrażenie kobiety w roli kogoś kto z ukrycia panuje nad mężczyzną, sprawującym jedynie pozorną władzę ustawia bohaterkę w roli w jakiś sposób wywyższonej. Mężczyzna cieszy się, że coś kontroluje, ale ona jest sprytniejsza od niego. Potrafi kierować nim tak, by nawet przez chwilę nie podejrzewał, że to nie on rządzi. On ma jawną dumę, ona ukrytą satysfakcję. Jest trochę jak przysłowiowy mądry ustępujący głupiemu. Czy naprawdę coś na tym wygrywa?
We względnie zdrowych związkach taka sytuacja nie musi być problemem. Niektóre pary realizujące ten schemat wydają się nawet w pewien sposób zabawne i zdarza się, że otoczenie odbiera je jako urocze. Jednak w sytuacji, gdy mężczyzna jest agresywny i nadużywający takie wyobrażenie o "byciu szyją kręcącą głową" jako najlepszym sposobie na życie dla kobiet może być dożywotnią pułapką. Tym bardziej perfidną, że im głębiej ktoś w nią wchodzi, tym mocniej ugruntowuje się w przekonaniu, że doskonale radzi sobie z problemem.
Czy domowa ekspertka od uspokajania furiata naprawdę coś kontroluje? Kilka prostych pytan mogłoby to trochę wyświetlić. Jak często zdarza się, że to ty wybierasz dzień i godzinę jego napadu agresji? Czy gdybyś chciała w tym czasie gdy go mitygujesz zająć się czymś innym to możesz? Czy bywasz czasem zirytowana, rozżalona i wściekła? A możesz to wtedy otwarcie i jasno powiedzieć? Czy ktoś cię kiedyś w twojej roli zastąpił? Czy kiedy nie uda się go uspokoić, czujesz się winna? Czy kiedykolwiek byłas obwiniana za to, że nic nie zrobiłaś? - na przykład nie wyprosiłaś kogoś z domu, nie wyprowadziłaś dzieci, nie schowałaś alkoholu by go ktoś inny nie wypił itp?
W rodzinach z agresywnym, czasem uzależnionym od alkoholu człowiekiem zdarza się, że ktoś z domowników wykształca szczególną umiejętność, w której stopniowo zaczyna się specjalizować. Jest to zdolność uspokajania agresywnego członka rodziny gdy wszystkie inne sposoby zawodzą, a pozostali domownicy są bezradni. Taki rodzinny bohater - negocjator od ekstremalnych sytuacji, dyplomata i psycholog w jednym zawsze wie co powiedzieć, jak zadziałać i w jaką strunę uderzyć, by jawnie dążący do konfrontacji człowiek przestał być niebezpieczny.
Dziecko z taką rolą pojawia się często w rodzinach alkoholowych, ale alkoholizm nie jest konieczny, by pojawił się taki mechanizm. Jeśli jest to dziewczynka, a uzależniony, lub z innych powodów agresywnie się zachowujący człowiek jest mężczyzną, może się zdarzyć, że dziecko całą swoją tożsamość i miejsce w życiu oprze na umiejętności kontrolowania impulsów agresywnych mężczyzn.
Rodzina przeznacza takiemu dziecku rolę. Jeśli jest ona skutecznie wypełniana, jest ono nagradzane uwagą i jakimś rodzajem podziwu. Jeżeli agresywna osoba nie daje się uspokoić, lub dziecko nie dopełniło "obowiązku" kontrolowania jego zachowania, otoczenie określa to jako nieodpowiedzialność. Dziecka.
Pewna kobieta wychowana w rodzinie z uzależnionym od alkoholu i agresywnym ojcem od dzieciństwa była przyzwyczajana do myśli, że chronienie matki i rodziny przed ojcem należy właśnie do niej i że kiedy ojciec zachowuje się agresywnie, ma to związek z tym, ze to ona nie dopełniła jakichś środków bezpieczeństwa, by temu zapobiec. Już jako dorosła kobieta usłyszała od matki zarzuty o to, że gdy przyjechała do domu z wizytą widząc rozpoczynającą się w domu libację nie wyprosiła grupy mężczyzn, tylko udała się do swojego pokoju i poszła spać. W opinii matki to właśnie ta kobieta była winna temu, że libacja skończyła się awanturą.
Oczywiste jest, że całą i wyłączną odpowiedzialność za sytuację ponosił ojciec i jego goście. Ten punkt widzenia był jednak dla matki zupełnie niedostępny, gdyby go bowiem przyjęła, byłaby zmuszona skonfrontować się z ojcem i z własną niemożnością rozwiązania problemu w swoim związku. Obwinianie córki było prostszą drogą odreagowania trudnych emocji.
Dorosła córka słysząc zarzuty odparła je, w głębi duszy jednak wciąż czuła się winna i przez kilka następnych dni zadawała sobie pytanie, czy jednak jakiegoś elementu jej grzechu w tym wszystkim nie było. W gruncie rzeczy wciąż podzielała przekonanie matki, że kontrolowanie ojca jest jej rodzinnym obowiązkiem i życiową funkcją. Za skuteczne jej wypełnianie mogła być nagradzana wdzięcznością, która zresztą była jedynym w sumie sposobem w jaki rodzina okazywała jej zainteresowanie.
Osoba ta w całym swoim życiu funkcjonowała więc jako ktoś, kto usiłuje zasłużyć na wdzięczność przez bycie przydatnym. Zawsze była tą która doradzi, pożyczy, podwiezie, załatwi, ulituje się, przypomni o imieninach, zostanie z psem i podleje kwiatki w czasie cudzego urlopu, adoptuje sierotki znajdzie okulary i będzie mieć proszki do bólu głowy przy sobie na wypadek gdyby ktoś potrzebował. W dorosłym życiu kobieta ta weszła w kontakt z uzależnionym od alkoholu i agresywnym mężczyzną. Przez wiele lat żyła w przekonaniu, że kontroluje jego zachowania, potrafiła go bowiem uspokoić od czasu do czasu. Przeżyła lata strachu i nerwów i setki wieczorów oczekiwania na powrót zaczepnego alkoholika do domu, po to tylko, by móc wykonać to co w dzieciństwie wytrenowała sobie do perfekcji - obronić rodzinę i poczuć się potrzebną.
Życie z tym mężczyzną było dla niej straszne. W gruncie rzeczy jednak nie wyobrażała sobie siebie w rodzinie w innej roli niż ta którą znała. Bez mężczyzny którego trzeba by unieszkodliwiać nie widziała dla siebie miejsca w domu. Nikt inny nie interesował się nią dla niej samej. Zawsze była ważna jedynie przez to, co mogła zapewniać.
W patologicznie funkcjonującej rodzinie wykształcono w niej fałszywe przekonanie, że na miłość musi zapracowywać w ten jedyny znany sobie sposób. Brak agresora w domu skazywał ją więc w jej własnym wyobrażeniu na nieistnienie. Stan obojętnego wykluczenia podobny do tego, czego doświadczają czasem w społeczeństwie ludzie długotrwale bezrobotni. Sprawiało to, że mimo wielu lat korzystania z pomocy różnego rodzaju ośrodków dla ofiar przemocy w rodzinie nigdy nie zdołała naprawdę zerwać niszczącej relacji. Zrywała, zderzała się z poczuciem pustki i lękiem przed byciem niepotrzebną i wracała. Kryzys i depresja które ostatecznie doprowadziły ją do uwolnienia przyszły dopiero w chwili, gdy dzieci otwarcie zaczęły stawiać jej zarzuty o to, że ich nie broni.
Dopiero skonfrontowanie się z tym "najgorszym co mogła usłyszeć" doprowadziło ją do terapii i wreszcie do zrozumienia czym w istocie jest jej przywiązanie do mężczyzn stosujących przemoc.
W myśleniu osoby uzależnionej w taki sposób agresywny mężczyzna nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to co robi. Jest tak jakby on nie kontrolował własnego zachowania ani nie decydował o nim. Kobiety myślące w stylu "ja mam na niego sposób" opisują akty przemocy swoich partnerów tak, jakby te działania raczej "przydarzyły się" ich mężczyznom, niż jakby oni je wykonywali na zasadzie własnych dorosłych decyzji.
Kobiety te sprawiają wrażenie, jakby uważały się nie za żony, a raczej za matki, opiekunki, przedszkolanki czy pielęgniarki dorosłych agresywnych ludzi chwilami niemal gotowych je zabić. Dla obserwatora z boku jest jasne, że są one ofiarami. Jednak mimo, że bite, szarpane, nadmiernie kontrolowane lub zastraszane, zachowują się one tak, jakby to nie dorosły człowiek robił im to wszystko, a małe dziecko pozostające wciąż pod ich opieką lub nierozumny szympans, za którego zachowanie są odpowiedzialne. Utrzymywanie pozorów bycia jedyną dorosłą osobą w tym związku w jakimś sensie zdaje się ratować ich samoocenę. Podtrzymuje iluzję kontroli.
Pewna kobieta opisując jak mąż w ataku urojonej zazdrości popchnął ją na ścianę a następnie uderzył jej kuzynkę nie przejawiała żadnych oznak złości, ani przerażenia, a jedynie pewien rodzaj troski i zasmucenia. Spytana o przyczynę odpowiedziała na pozór bez związku, że jest pedagogiem specjalistą od dzieci autystycznych. W jej przekonaniu dorosły agresywny mężczyzna zasługiwał na tak samo życzliwe i wybaczające podejście, cała zaś odpowiedzialność za jego działania spoczywała na niej jako na opiekunce.
Tego rodzaju stanowisko może co ciekawe wywoływać także jakiś rodzaj dumy. Im silniejsze są napady agresji "podopiecznego" tym większe może być poczucie mocy osoby, której się zdaje, że je kontroluje i potrafi im zapobiec. Zdarzają się pary, w któych kobieta jest wyraźnie dumna z tego, że jako jedyna na świecie potrafi okiełznać szaleństwo swojego męża, kiedy staje się on agresywny. Tylko ona jedna potrafi go uspokoić, wie co mu potrzeba i jest w stanie znaleźć z nim kontakt. Jest jak powiernica krwiożerczego tyrana - sama łagodna i rozumiejąca, jednocześnie ma jakiś magiczny dostęp do osoby której wszyscy się boja i do jej siły.
Można więc powiedzieć, że osoba taka piecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Z jednej strony może uważać siebie za łagodną i tak być odbierana, z drugiej jest w jakimś sensie reprezentantką wielkiej siły, której jako jedyna może się nie bać. Przekonanie o tym, że jako jedyna kontroluje sprawcę i może żyć z nim lepiej niż ktokolwiek inny jest w jakiejś części wielkościowe. To poczucie wielkości jest jednak pułapką. W rzeczywistości osoba związana w taki sposób z kimś agresywnym nie może odejść, bo się boi. Sprawnie dostosowuje swoje zachowanie do tego co robi groźny tyran i udaje jej się unikać jego złości, nie może jednak robić niczego, co nie byłoby taktyką wobec sprawcy.
Tak naprawdę robi wyłącznie to, co musi robić by z nim żyć i przeżyć. Robi to sprawnie, ale nie ma własnego życia. Jest jak treser lwów mieszkający w klatce z nimi. Pozornie to on panuje nad sytuacją. W rzeczywistości panowanie nad sytuacją jest wszystkim czym on się może zajmować. Z panowaniem nad sytuacją się budzi i z nim zasypia. Nie zna żadnego innego życia poza lwami i klatką. Mechanizm ten ma zatem dwie formy.
Pierwsza z nich to dziecko - domowy ekspert od uspokajania agresywnego mężczyzny w domu. Ktoś odpowiedzialny za spokój całej rodziny. Także ktoś, kogo w razie czego będzie można obarczyć odpowiedzialnością za to co mężczyzna ten zrobi, gdyby misja uspokajania go jednak się naszemu bohaterowi lub bohaterce nie udała.
W jakimś sensie jest to więc także kozioł ofiarny rodziny. Kiedy on ponosi odpowiedzialność, prawdziwy sprawca pozostaje nietknięty pretensjami otoczenia (nie do niego są bowiem wówczas kierowane) i członkowie rodziny nie muszą ryzykować konfrontacji z nim. Ta bowiem mogłaby marnie się skończyć. Jest więc taki uspokajacz bardzo pożyteczną w rodzinie postacią. Za pracę swą bywa nagradzany uważnością w chwilach gdy działa. Musi działać by ją dostawać i przez tę konieczność bycia potrzebnym - jest bowiem dostrzegany głównie wtedy gdy go w wiadomym celu potrzebują - pozostaje w swoistej symbiozie z osobą która w otoczeniu wzbudza lęk.
Tu przechodzimy do najdotkliwszego kosztu, jaki "ludzie - domowe bufory" ponoszą w związku ze swą rolą. Bycie w tej roli w dzieciństwie może skutkować nabyciem przyzwyczajeń zdolnych dosłownie zrujnować dorosłe życie. W umyśle takiego domowego dyplomaty pojawia się bowiem połączenie między obecnością agresora, jego uciążliwym dla rodziny zachowaniem, własną misją zażegnywania trudnej sytuacji a poczuciem bycia potrzebnym, dostrzeganym i w jakimś sensie nagradzanym.
W tle kryje się więc szaleńcza sugestia (najczęściej nigdy wprost nie formułowana) że gdyby nie ten agresywny człowiek, rodzinny bohater w ogóle nie miałby uzasadnienia dla swego istnienia w tej grupie. Kiedy coś takiego wypowie się na głos, wiele osób którym w rodzinach przypadła ta niewdzięczna rola może zaprzeczyć lub okazać zaskoczenie. Praktyka pokazuje jednak, że wiele dorosłych dzieci alkoholików lub dorosłych dzieci agresorów układa swoje życie w taki sposób, że jakiś odpowiednik tego domowego agresora w końcu się w otoczeniu znajduje i powrót do starej funkcji okazuje się nieunikniony.
Obiektywnie rzecz biorąc założenie "jestem potrzebny tylko wtedy kiedy mogę poradzić sobie z kimś kto zagraża rodzinie" jest fałszywe. Rodzina właśnie dlatego nie może poświęcić prawdziwej uwagi domowemu dyplomacie i jego potrzebom, że sama jest całkowicie skoncentrowana na aktywności osoby najbardziej w domu destrukcyjnej. Dopiero gdyby osoby takiej nie było, lub gdyby zmieniła ona swoje zachowanie prawdziwe potrzeby emocjonalne naszej bohaterki (lub bohatera) mogłyby zostać zauważone przez bliskich. Wnioski o świecie wyciągamy jednak na podstawie tego co znamy, a nie tego co znać byśmy mogli.
Jeśli agresor był w domu od zawsze, to i zadanie stawania między nim a rodziną by chronić i pomagać wydaje się drugą naturą. Zakładając własną rodzinę trudno więc robić cokolwiek innego. Jeśli więc w rodzinie pochodzenia przypadła ci rola domowego dyplomaty, istnieje olbrzymie niebezpieczeństwo, że w nieświadomy sposób tak pokierujesz swoim dorosłym życiem, że rola ta znów ci przypadnie w udziale.
- a więc to moja wina? - spyta w tym miejscu niejedna czytelniczka
- więc to moja wina że on się tak zachowuje?
Można by powiedzieć, że samo zadanie w tym miejscu takiego pytania jest dokładnym powtórzeniem schematu, który wyuczony został dużo wcześniej. Domowy dyplomata zawsze przecież był tą osobą, która była winna że pijany ojciec po powrocie z pracy nie zastał tego co lubił i p r z e z t o (a zatem z winy dyplomaty) stłukł szybę i do krwi się pokaleczył. Wyobraźmy sobie dziecko, któremu w udziale przypadło kontrolowanie dorosłego mężczyzny zdolnego przy własnej rodzinie rozbić szybę gołą ręką i demonstrować okaleczenia jako dowód własnego skrzywdzenia. Po kilku latach funkcjonowania obok kogoś takiego każde dziecko na świecie do perfekcji opanuje sztukę samoobwiniania się. To moja wina, że nie upilnowałam. To moja wina, że nie schowałam. To moja wina, że nie ostrzegłam..
Wyjście ze schematu poszukiwania własnej winy, odrzucenie niszczącego poczucia odpowiedzialności za kogoś, kto sam tej odpowiedzialności za siebie nie czuje to podstawowe warunki uwolnienia się. Żeby to jednak zrobić, trzeba te rzeczy w sobie zauważyć. Zrozumienie problemu jest początkiem jego rozwiązania.
Niniejszy tekst jest fragmentem książki pt. Żeby on się zmienił, której ukazanie się planowane jest na końcówkę roku 2014