REKLAMA
Polska dostała rozdwojenia jaźni. W sytuacji grupowego podziału na dwa istnieje żelazna zasada – cokolwiek powiesz, zostanie wrzucone albo w jeden, albo w drugi worek. Jeśli się do żadnego nie nadaje, to albo zostanie tak przeinterpretowane, by się nadawało, albo będzie zignorowane. Coraz więcej tematów jest wciąganych w tryby tego podstawowego dualizmu.
Profesor Legutko poszedł do Centrum Nauki i zobaczył, o ile go dobrze rozumiem, rozwiązłość, bezbożność i siedlisko skandalicznej deprawacji. Wypowiedzi dobrze wpisane w dwupodział propagują się bardzo skutecznie, jasne więc, że jego głos natychmiast stał się słyszalny i jak należało się spodziewać uruchomił z miejsca drugi biegun polskiej rozdwojonej świadomości.
I ja zobaczyłem tam coś, co mnie uderzyło, choć było to coś całkiem innego, niż to co dostrzegł profesor. Terapeuty, który na serio i bez cudzysłowów używałby takich pojęć jak rozwiązłość, bezbożność, czy deprawacja nie potrafiłbym zresztą w ogóle traktować poważnie. Z prostego względu – istnieje wiele psychologicznych teorii, wiele z nich jest ze sobą zresztą mocno sprzecznych, nie ma jednak żadnej, która uznawałaby te pojęcia za fundamenty, na których da się jakiekolwiek myślenie budować. To są kategorie wartościujące, a nie interpretacyjne, a psychologia (przynajmniej w tej bliskiej mi formie) zajmuje się interpretacją.
Ale tablice nie spodobały mi się. Nie dlatego, że są deprawujące (do tego pojęcia chyba wystarczająco odniosłem się wyżej), tylko dlatego, że są głupie. Z innego powodu, niż profesorowi Legutce, ale nie podobają mi się wcale i fakt, że wzięły udział w kulturowej wojnie, w której można podobno być tylko w jednym z dwóch obozów niewiele tu zmienia. Pokazują one człowieka w sposób mechaniczny, a ludzką seksualność sprowadzają do pocierania tego lub owego, przy bynajmniej nie naukowym, a magicznym przekonaniu, że jakiekolwiek miejsce sprawdzi nam się tak, jak one sprawdzają się ponoć mistrzom akupunktury, albo temu dziecku (w tym miejscu dziękuję jednemu z Komentatorów za przykład) co nacisnąwszy w książeczce guziczek z kaczuszką zawsze może spodziewać się dźwięku kwa kwa.
Chcę być dobrze zrozumiany. Takie opisanie seksu nie jest ani obraźliwe, ani obrazoburcze, ani rewolucyjne, ani nawet (gdyby ktoś był wierzący) bezbożne. Jest po prostu całkowicie błędne. Istnieją miejsca, w których dotknąć jest przyjemniej, niż w innych, ale przyjemność z dotknięcia nie czyni jeszcze seksu. Takim miejscem dla wielu osób jest na przykład szczelina odbytu, która nie znalazła się na tych tablicach, o czym korzystając z tej okazji pragnąłbym przypomnieć dyskutantom, bo chyba wszyscy ten fakt przeoczyli z niewątpliwą szkodą dla debaty. Jeśli chodzi o genitalia, także nie są one, jak to się błędnie sugeruje w eksponacie, strefą jednorodną. Czy jest ktoś, kto tego nie wie?
Wszyscy to wiedzą. Czemu więc w dyskusji o tym nie wspominamy? Czemu dokładnie tego nie pokazano? Brak tego miejsca w eksponacie świadczyć może tylko o jednym – nie jest to eksponat naukowy. Nauka nie wartościuje, a tu wyraźnie uniknięto naruszenia tabu. Mamy tu więc do czynienia po prostu z produktem kultury.
Jest całkowitą nieprawdą, że nie umieszczono tam tych informacji z powodu jakiejś legendarnej watykańskiej cenzury. Nie umieszczono tam ich, ponieważ, mogę się o to założyć, nikt tego nawet nie zaproponował. Tabuizowanie seksu jest czymś nieuchronnym w ludzkich społecznościach i twórcy wystawy podlegają mu tak samo, jak reszta ludzi. Gdyby było inaczej, nikt by się nie bawił w budowanie tablic i podłączanie guziczków. Stanąłby po prostu wolontariusz, był dotykany w miejscach zaznaczonych pisakiem i lubił.
Rzeczą kluczową dla odczucia dotknięcia nie jest miejsce rozumiane fizjologiczne, a kontekst i symbolika. Poświadczenie o katolickim ślubnym sakramencie nie gwarantuje przyjemności z seksu, ale potarcie w odpowiednim miejscu nie gwarantuje jej także. Nasze ubrania przez całą dobę dotykają tych wszystkich punktów i nic się nie dzieje.
Dotknięcie ich nigdy nie istnieje samo w sobie, a zawsze tylko jako subiektywne przeżycie osoby, która jest w określonej sytuacji i coś o niej myśli. I sądzę, że zignorowanie tego faktu jest czymś o wiele więcej, niż tylko przeoczeniem oczywistości, o której wszyscy wiedzą tak dobrze, że po co wspominać. Jest jasne, że mamy tę wiedzę.
Czemu jednak nie poddać refleksji faktu, że z wiedzy tej nie skorzystano? Czemu uznano, że mapa miejsc, którą zna każdy, jest ważniejsza, niż ta reszta? W tym przeoczeniu przejawia się specyficzny obraz świata i wizja człowieka. Jako maszynki. Która to wizja znowu – ani nie jest bezbożna, ani grzeszna, ani nawet skandaliczna, czy dla kogokolwiek obraźliwa, tylko po prostu jest strasznie naiwna. Nie podniecamy się dlatego, że pocierana jest skóra.
Pomysł z tablicami można było jeszcze uratować, pokazując na przykład ludzi różnych kultur i różne strefy zakazane. Czy strefy erogenne różnią się w różnych kulturach? A inne znaczące strefy ciała? Co znaczy na przykład spoliczkowanie w Azji, a co w Europie i od kiedy? Czy wszystkie narody zasłaniają to samo? A wszystkie znają wstyd ciała?
Samo zadanie takich pytań mogłoby być odkryciem, a co dopiero poznać na to odpowiedzi. A jest tych pytań więcej.
Czy wszyscy na planecie uprawiamy seks w tych samych pozycjach? W każdej epoce tak było? Skąd się wziął pomysł seksu oralnego? Wszyscy to robią? A czy wszędzie się całują? Tak samo? Od kiedy tak to robimy w Europie? Mamy to od szympansów, czy wyuczone? A czy strefy erogenne zmieniają się z wiekiem?
A czy wszyscy na całym globie tak samo pływamy? Tak samo śpimy, siedzimy, tak samo biegamy pod każdą geograficzną szerokością? Od czego to właściwie zależy? Zainteresowanym tematem polecam fenomenalną pracę Marcela Maussa pt. Sposoby posługiwania się ciałem. Jeśli chcemy robić naukę, to róbmy tę naukę na serio, a nie powielajmy najbardziej naiwne kulturowe klisze. Jeśli wizyta w jakimś miejscu ma być odkryciem, to może nie kopiujmy zawartości co drugiego Bravo Girl, tylko wysilmy się na coś głębszego? Także głębszego od dobrodusznej wiadomości, że ważna jest czułość. To banał, także dostępny w tych samych gazetach.
Na przykład nie bójmy się zadać naukowe pytanie - czy spoliczkowanie może podniecać? Czy to oznacza, że na policzku jest jakaś strefa erogenna? A klaps? Czemu możliwość klapsa, jako czegoś, co ktoś może lubić nie pojawia się na tej tablicy? Czy to, że są ludzie zdolni dojść do orgazmu na skutek otrzymywania klapsów ma związek z ukrwieniem?
Seks sprowadzony do fizjologii nie jest złem. Jest po prostu kompletnie wyprany z sensu i nie różni się od oddychania, a zatem jest aseksualny i nikogo nie podnieci. Można z tego na siłę kręcić rewolucję, o ile znajdzie się jakiś oburzony, który tym swym oburzeniem taki obyczajowy przewrót nam uświęci. Ale gdy go zabraknie, z takiego seksu nie zostaje zgoła nic.
Żadna pierwotna kultura nie uczyniła oddychania tematem wesołych przyśpiewek, natomiast seks pod każdą geograficzną szerokością opisywany w żartobliwych metaforach wywołuje uśmiechy. Istnienie tego uśmiechu jest najprostszym możliwym dowodem na to, że to nie watykańska komisja wymyśliła seksualną pruderię. Ona ją co najwyżej pragnie objąć firmową gwarancją.
Podział na dwa obozy pozwala umieścić to w drugim, co w sobie nieznośne. Dlatego dwa wrogie obozy nie mogą bez siebie żyć. Kiedy znika zewnętrzny opresor, zastępuje go opresor wewnętrzny. Ten potrafi być o wiele gorszy.