Rozmówca ma często ograniczoną pojemność. Kiedy słyszy, że ktoś się martwi, idzie po najkrótszej drodze do celu. Martwisz się? No to się nie martw. Płaczesz? No to nie płacz. Tęsknisz za nim? To daj sobie z nim spokój. Myślisz o tym ciągle? To nie myśl o tym ciągle. Martwisz się, co o tobie mówią? To udawaj, że to nie do ciebie. I tak dalej. Wierzy się tutaj, że jeśli nie będziemy sobie czegoś przypominać, to tego nie będzie.

REKLAMA
Jeśli ludzie mają problem, myślenie idzie zwykle w jednym z dwu kierunków.
Pierwszy – jeśli coś jest źle, to im więcej o tym mówisz i myślisz, tym gorzej. Energia podąża za uwagą, więc im więcej poświęcasz czemuś uwagi, tym to mocniej rośnie.
Wedle tego podejścia – jeśli coś jest problemem, to nie myśl o tym za dużo, nie gadaj o tym, lepiej tego nie ruszać, skup się na czymś innym, lepiej w tym nie grzebać bez potrzeby, mówienie o problemie nie rozwiązuje go tylko go tworzy i sztucznie rozdmuchuje itd. Jeśli źle się czujesz, idź na aerobic, zjedz witaminy, naucz się czegoś nowego i zapomnij. Żyj tak, jakby tego w ogóle nie było. A przede wszystkim - nie grzeb w tym bo tylko pogorszysz. Zamiast myśleć o tym co ci nie wyszło, rób więcej tego, co wychodzi. Samo przejdzie z czasem.
Nieszkolony w pomaganiu rozmówca ma często ograniczoną pojemność. Kiedy słyszy, że ktoś się martwi, idzie po najkrótszej drodze do celu. Martwisz się? No to się nie martw. Płaczesz? No to nie płacz. Tęsknisz za nim? To daj sobie z nim spokój. Myślisz o tym ciągle? To nie myśl o tym ciągle. Martwisz się, co o tobie mówią? To udawaj, że to nie do ciebie. I tak dalej.
Trudne tematy i bolesne wspomnienia poruszają czasem czułe struny w samym słuchaczu, który w tej sytuacji broni się proponując, by nie grzebać w czymś, z czym i tak nic nie można już zrobić. Po co o tym myślisz? To nic nie zmieni. Zapomnij. Zamiast się rozwalać, wzmacniaj obronę. Nie rozmontowuj, czego nie zdołasz poskładać.
Wierzy się tutaj, że jeśli nie będziemy sobie czegoś przypominać, to tego nie będzie. Nie będziesz płakać, to będziesz wesoły. Myśl o przyjemnych rzeczach, to będziesz mieć przyjemne stany. Według tego podejścia im więcej mówi się i myśli o czymś złym, tym bardziej człowiek sobie szkodzi.
Oprócz znajomych z ich sugestiami z serii „czuj coś innego”, albo, „myśl o czymś innym” możemy spotkać poradniki proponujące, by uśmiechać się dużo przed lustrem, opowiadać o tym co się zdarzyło wyłącznie językiem pozytywów, koncentrować się na celach i rozwiązaniach i tak dalej. Ostatnio proponuje się też witaminy, głównie z grupy B, oraz ćwiczenia aerobowe. Jeśli człowiek się porusza – mówią autorzy tego typu publikacji – wydzielają się endorfiny. Czyli jeśli masz zły nastrój, musisz się poruszać. To spowoduje wydzielenie endorfin i twój nastrój się zmieni. Więcej ruchu – więcej szczęścia.
Istnieje też podejście dokładnie odwrotne. Mówi ono, że jeśli umysł ustawicznie sam do czegoś wraca, to znaczy, że to po prostu jest nie załatwione i trzeba to załatwić a uciekanie od tego nic nie da. Sprawy trudne można rozwiązać wyłącznie szczerością, także szczerością przed samym sobą. Próby „czucia czegoś innego” są z góry skazane na niepowodzenie, bo nie mamy możliwości kierowania uczuciami i jedyne, co można, to rozumieć, czemu coś czujemy i zmierzyć się z tym.
To, co tłumione powraca pod inną postacią, zaprzeczone i zakłamane sprawy powodują, że oddalasz się od siebie i stajesz się sztuczny. Z pomocą leków, wykutych na pamięć frazesów „pozytywnego myślenia” i zaprzeczania faktom tworzysz fałszywe ja, które tylko po wierzchu dobrze wygląda, ale jest jak dom bez fundamentów. Powrót do trudnych wspomnień jest bolesny, ale leczy, a nie imituje leczenie. Powtarzanie w nieskończoność „jestem zwycięzcą” nikogo jeszcze zwycięzcą nie uczyniło.
W odróżnieniu od pierwszej opcji uważa się tutaj, że obrona polegająca na zapominaniu, zaprzeczaniu lub odwracaniu uwagi jedynie odwleka załamanie w czasie. Żałoba odrzucona i zaprzeczona powróci po latach na przykład pod postacią problemów zdrowotnych. Według tego podejścia zmiana emocji za pomocą substancji chemicznej może oczywiście spowodować, że jakichś uczuć nie da się dłużej odczuwać (interwencja biochemiczna uniemożliwi ich odczuwanie, podobnie jak mogłaby to zrobić np. interwencja chirurgiczna), jednak nie ustaną wcale przyczyny tych uczuć, nie są bowiem biochemiczne, tylko zwyczajnie ludzkie i życiowe. Interwencja chemiczna jest zatem jedynie formą ucieczki, która tylko udaje leczenie.
Mówi się tu więc, że jest dokładnie odwrotnie, niż sugerowano w części pierwszej. Bo właśnie trzeba się cofnąć do tego co boli i to przegadać, bo dopiero wtedy możliwa jest prawdziwa wewnętrzna integracja, a nie coś co ją tylko imituje.
Które podejście jest lepsze? Czy grzebanie w trudnych rzeczach pomaga czy szkodzi? Czy ucieczka od trudnych tematów przez odwrócenie uwagi to dobry sposób?
W określonym kontekście każde z tych podejść może mieć wiele sensu, w innym zaś bywa sensu całkiem pozbawione.
Weźmy jako przykład modne ostatnio doradzanie ludziom, którzy psychicznie źle się czują, by ćwicząc wzmocnili wydzielanie endorfin. Faktycznie ćwiczenia aerobowe mogą sprawiać przyjemność, ale przyjemność nie rozwiązuje życiowych problemów. Fizyczne zmęczenie może na pewien czas odwrócić uwagę od obsesyjnego myślenia o czymś trudnym, ale niekoniecznie nas zmienia. Można dzięki ćwiczeniom rozluźnić się na jakiś czas, ale można się też od nich uzależnić i pakując swoje problemy w obsesyjne trenowanie w nadziei, że coś się dzięki temu zmieni można sobie całkiem zrujnować zdrowie, a nawet dosłownie zaćwiczyć się na śmierć, zamiast sobie pomóc.
Widywałem już ludzi nie radzących sobie ze złością, którym radzono, by kiedy zaczynają się wściekać wychodzili pobiegać. Jeden z nich trafił na terapię, kiedy biegał już tyle, że całkowicie zaburzył równowagę elektrolitową i zaczął mieć bóle w stawach. Biegając po schodach prawie zniszczył kolana, a wściekał się tak samo, jak wcześniej.
Jeśli masz lekką chandrę, nie ma powodu, by sobie odmówić pobiegania. Czasem ruch i kontakt z własnym ciałem mogą dać na chwilę inną perspektywę. Ale jeśli się wierzy, że bieganie samo w sobie może cokolwiek rozwiązać, to idąc tym tokiem rozumowania najszczęśliwsze na świecie powinny być dziewczynki chore na anoreksję, które zaćwiczają się dniem i nocą, albo tancerki w nocnych klubach.
Podobnie jest zresztą z każdą biochemiczną interwencją. Zmiana diety, lub zażycie jakiejś chemicznej substancji mogą mieć okresowy wpływ na nastrój. Przyczyna odczuwania trudnych emocji najczęściej jednak nie tkwi w biochemii. Przeżywamy, co przeżywamy, ponieważ coś się w naszym życiu dzieje, co te emocje uzasadnia, ponieważ nadajemy określone znaczenie pewnym sprawom, mamy takie, nie inne wspomnienia, takie, nie inne doświadczenia, pragnienia, lęki, przekonania, przyzwyczajenia i układy mniej lub bardziej destrukcyjnych lojalności.
Czy dieta może pomóc umysłowi? Jeśli ktoś układa nam dietę, czujemy, że zaopiekował się nami na takim mniej więcej poziomie, na jakim dobry rodzic opiekuje się dzieckiem. W pewnych życiowych sytuacjach może to być bardzo pomocne, choć z tego punktu widzenia oczywiste jest, że źródło ulgi nie tkwi w składzie pokarmu, ale w samym fakcie jego selekcjonowania. Ktoś wziął na siebie planowanie pewnej części naszego życia i robi to w dobrej wierze, tylko dla nas. Dla niektórych to może być pierwsze takie doświadczenie w całej życiowej historii i jego psychologiczną wagę trudno wówczas przecenić. To może wówczas poprawiać nasz stan. Sama świadomość, że robimy dla siebie coś dobrego jest bardzo ważna, choć nie oszukujmy się – głębszych naszych życiowych trudności to absolutnie nie porusza i do nich nie sięga.
To samo dotyczy wszelkich „diet filozoficznych” wschodnich, indiańskich, aborygeńskich, księżycowo atlantydzkich i innych w tym rodzaju. Określone pokarmy uważa się tam za reprezentantów określonych symbolicznych jakości. Mówi się na przykład, że ktoś ma „za mało ognia” i dodaje mu do diety warzywa w czerwonym kolorze. Ogień jest czerwony, zjadasz czerwone warzywa, to masz więcej ognia. I człowiek faktycznie czuje się bardziej „ognisty”.
Myślenie magiczne – utożsamianie znaku z jego znaczeniem, symbolu z tym, co on symbolizuje, to najbardziej pierwotny sposób pojmowania świata. Istotnym czynnikiem pomagającym jest tutaj odzyskanie poczucia głębszego sensu. Jeśli magiczne diety działają, jeśli czerwone rzeczy coś może łączyć mimo tego, że gołym okiem żadnego związku nie widać, to jest to znak, że w życiu jest więcej, niż tylko to, co widzimy własnymi oczami. Wszystko wpisane jest zatem w jakiś szerszy plan, jesteśmy częścią czegoś większego, życie ku czemuś zmierza i ma pewien sens.
Jeśli więc ponosimy jakieś porażki, właśnie rozpadło się nam małżeństwo, umarł nam ktoś bliski, padły nasze marzenia, to ta porażka nie dzieje się w świecie obojętnym i pustym. Jest częścią jakiegoś sensownego procesu, który nas do czegoś miał prowadzić. Na przykład właśnie do spotkania tej filozofii, której częścią jest owa dieta. Na krótką metę to często pomaga. Jasne jest jednak, że jeśli komuś padła firma, to całkiem możliwe, że popełnił jakieś błędy w zarządzaniu. Wiara w to, że jej upadek był częścią kosmicznego planu pomoże poradzić sobie z poczuciem porażki, ale nie uratuje przed kolejną plajtą, o ile nie przeanalizuje się uczciwie rzeczywistych przyczyn, nie wyciągnie wniosków i nie opanuje nowych umiejętności.
Pewna kobieta wypijała dziennie cztery kawy, do tego dopijała dwa, trzy energetyzujące napoje, a żywiła się niemal wyłącznie dietetycznym chlebem. Była bez przerwy pobudzona. Oczywiście zmiana diety w jej przypadku mogła przynieść wiele korzyści, jednak jest równie oczywiste, że to nie dieta stanowiła istotę problemu. Ciągłe doświadczanie skrajnych stanów było sposobem, by poczuć się kimś wyjątkowym. Żywiła obawę, że jest kimś całkiem zwykłym i nieciekawym i poszukiwanie skrajności służyło do zaprzeczenia tej niepokojącej myśli. Zajęcie się przyczynami, dla których ta osoba myślała o sobie w ten sposób dużo skuteczniej działało na jej samopoczucie i dietę, niż pójście po pozornie najkrótszej drodze do celu, jakim byłoby zalecenie racjonalnego odżywiania.
Od kilku lat popularne w kwestiach diety psychologicznej są teorie o wpływie witaminy B. W rzeczywistości związek między depresją a witaminą B jest w najlepszym razie niewystarczająco udokumentowany , istnieją jednak pewne informacje mogące sugerować, że w niektórych przypadkach jest związek między niedoborem witamin a zaburzeniami nastroju, spekuluje się o pewnych związkach z płcią, menstruacją, ciążą, menopauzą, lub okresowymi niedoborami jednak wszystkie tego typu spostrzeżenia nie dotykają istoty sprawy.
Istnieje już zresztą sporo badań dotyczących efektywności różnego rodzaju terapii fizycznych w odniesieniu np. do depresji. Jak można samemu sobie pomóc, nie rozmawiając z nikim o tym, co nas boli? Przegląd badań nad skutecznością różnego rodzaju technik samopomocy można znaleźć na przykład tutaj
Wiemy z tego i innych przeglądów analiz, że podawanie witamin z grupy B miewa pewną skuteczność, ale podobnie jak placebo. Jest ona porównywalna z takimi sposobami, jak homeopatia, czy akupunktura. Tak, czy inaczej gdyby ktoś chciał interesować się taką autoterapią, najlepiej udokumentowaną efektywność ma stary dobry dziurawiec, choć wielu specjalistów odradza jego niekontrolowane używanie z uwagi na niejasne i potencjalnie niebezpieczne interakcje z różnymi lekami. No i podobnie, jak w przypadku antydepresantów nie zawsze efekt różni się od placebo.
Nieźle ponoć pomaga przeczytanie książki, której treść odnosi się jakoś do naszych problemów, ale stąd już bardzo blisko do rozmowy. Czyli jednak nie odwracanie uwagi, by „nie myśleć i przez to nie nakręcać”, ale jednak zwracanie myśli w tę stronę, gdzie jest problem i próba zmierzenia się z nim.
Czy takie mierzenie się zawsze ma sens?
Zwykle ma. Jeśli coś jest nie tak, trzeba to nazwać. Wszystkie ssaki umieją biegać, wszystkie też coś jedzą. Jednak specyficznie ludzkim sposobem na radzenie sobie z rzeczywistością jest używanie języka. Nie zawsze mierzenie się z tym co trudne prowadzi jednak do polepszenia naszego samopoczucia. Istnieje coś takiego, jak mała stabilizacja. Uczymy się żyć omijając nierozwiązywalne sprawy, złe wspomnienia i nierozwiązane konflikty. Taki sposób psychologicznego funkcjonowania jest w wielu aspektach ograniczony, jednak psychika potrafi ustabilizować się na pewnym poziomie kosztem ograniczeń. Poruszenie trudnych rzeczy narusza czasem taką stabilizację, co może okresowo prowadzić do pogorszenia naszego stanu. Może to prowadzić do pozytywnej zmiany, o ile nie skończymy w połowie.