REKLAMA
Miłość matki należy się każdemu, bezwarunkowo, po prostu dlatego, że ten ktoś żyje. Zasada kochania bez względu na wszystko zapewnia przetrwanie dziecku, a jako, że każdy z nas najpierw jest dzieckiem, właśnie ta zdolność zapewniła przetrwanie każdemu. Gdyby nie ona, nie byłoby nas tu w ogóle. Ustanawia ona jednak także pewne bolesne niewolnictwo. Skoro jest konieczność i zasada, musi także pojawić się zdolność. Mamy więc kotkę, która wychowa dzieci morskiej świnki, ale i miłość matki Januszka z Ballady o Januszku.
Januszek nie oddaje włożonej inwestycji. Przeciwnie. Jest draniem. Ale matka, mimo bólu, i tak go kocha i nie może przestać. Mamy też miłość żony do alkoholika, który leży nieprzytomny, a ona, choć go nienawidzi, to jednak kocha. O nienawiści mówi. O miłości nigdy. Świadczą o tym tylko fakty. Nieprzytomnego skopie za całokształt, później, gdy on będzie oglądał siniaki, wmówi mu, że pewnie ze schodów zleciał, ale zostawić, nie zostawi. Prędzej zadźga nożem i pójdzie siedzieć, niż odejdzie. Im bardziej ten związek nic jej nie daje, tym bardziej ona tego związku nie może zostawić, ku oburzeniu, niedowierzaniu i rozpaczy wszelkich możliwych działaczy od poprawy świata.
Z nieuleczalnie chorym, niepełnosprawnym dzieckiem jest oczywiście inaczej, istnieje jednak pewne ważne podobieństwo. Takie dziecko rzadko kiedy w pełni zwraca poniesiony trud. Jasne, że także potrafi coś dać, nikt jednak nie będzie upierał się przy tym, że taka opieka jest wdzięcznym zadaniem. Żeby móc do końca życia ją sprawować (ważny szczegół, bo w odróżnieniu od zwykłej opieki, ta się nigdy nie kończy i często ma się wówczas dziecko nawet 60 letnie), trzeba w sobie znaleźć zdolność dawania, bez żadnej nadziei, że to, co dane, będzie zwrócone. Po prostu się należy. Bez żadnych warunków.
Noworodek jest z pewnością roszczeniowcem. Drze się i mu daj. I mu się należy. Za nic. Po prostu za to, że jest. Później dorastamy. Ale co, jeśli jakaś osoba nigdy w swoim rozwoju nie wyjdzie poza tę fazę? Matka, która ma takie dziecko, jest jak ministerstwo finansów każdego państwa świata. Wszyscy mówią „daj”, ale jak to tak drukować i drukować? Z czego to brać, skoro jej nikt nie daje?
Taka osoba jest zmuszona przez całe lata do dawania „bo się należy” bez żadnej dosłownie granicy. Oddaje wszystko, co ma. Możesz być sobie w przeszłości menagerem wielkiej firmy, aktorką, naukowcem, czy kimkolwiek, ale jeśli przyjdzie ci samotnie wychowywać dziecko, które się nigdy samo nie umyje, ani żadnego polecenia nie zrozumie, prędzej, czy później wszystko trzeba będzie oddać.
Jak wspomniałem we wcześniejszym wpisie, ojcowie często znikają. Mężczyźni rzadko kiedy dają coś bezwarunkowo. Mniej się wstydzą otwarcie być egoistami. Często też zdarza się, że matka, która urodzi dziecko, niezdolne wyjść w rozwoju poza poziom noworodka, skupia się na nim całkowicie i przestaje oprócz niego widzieć cokolwiek. Czasem to sposób na to, by móc w ogóle sprostać takim obowiązkom. Bywa, że sytuacje, w których możliwe jest złapanie jakiegoś dystansu, otwierają zarazem drogę do odczucia całkowitego zniechęcenia. Intuicyjnie przyjętym sposobem bywa wówczas pogrążenie się w całkowitym zaangażowaniu, tak, by nie został w umyśle żaden fragment, który byłby zdolny liczyć koszty.
Jest tożsamość matki i jest tożsamość kobiety. W pierwszych miesiącach po urodzeniu tożsamość matki ma przewagę. To okres, w którym mężczyźni często czują się odsunięci. Zwykle z czasem to się wyrównuje. Dziecko staje się bardziej samodzielne, zmiany fizyczne po porodzie wyrównują się, ból zostaje zapomniany i relacja pary wraca do zwykłego trybu. Jeśli jednak „pierwsze miesiące” trwają całe lata i wiadomo, że się nigdy nie skończą, tożsamość kobiety, nie matki, zaczyna znikać. Zostaje tylko matka. Mężczyzna, obok aktorstwa, managerstwa, czy naukowej kariery staje się więc kolejną rzeczą, którą trzeba stracić. Zwykle ten proces trwa kilka lat. Rodzice niepełnosprawnych dzieci (od roku do lat siedemdziesięciu) doskonale rozumieją, co znaczy „musisz dać, bo się należy”.
Ale jakże to tak? Pyta oburzona publiczność. Mielibyśmy dać, po prostu dlatego, że tak? Że „się należy”? Tak za nic, bez warunków spłaty, bez zwrotu, bez zysku, bez „logicznego argumentu za”? To się przecież zupełnie nie zgadza z całą współczesną ideologią! Przecież nie mamy ochoty dać. To mamy dać, nie mając ochoty dać? Robić coś, nie chcąc tego robić? Zrobić to, na co nie ma się chęci? To przecież nam zaszkodzi na psychikę. Traumę będziemy mieli. Samoocena nam się obniży. Od małego jesteśmy przecież uczeni, że dziecka nie wolno zmuszać, tylko trzeba zainteresować. A my nie jesteśmy zainteresowani, żeby dać. No to jak ktoś może tego żądać, skoro my nie chcemy?
Żeby choć z głodu umarła jakoś efektownie jedna z drugą na środku płyty lotniska w Modlinie, co to je cały naród z takim trudem stawiał, by taniej latać do kraju egipskich bambusów, to byśmy zrozumieli. Dałoby się na Youtube, wkleiło reklamę bezkalorycznych chipsów i byłby choć jakiś pożytek. Ale tak? Bez pożytku dać tak za nic i to takiej, co była w Chorwacji? Cierpi 24 godziny na dobę, a miała czas się opalić i jeszcze ciemne okulary włożyć?
Opiekun dziecka, który pobiera zasiłek, nie ma prawa podjąć żadnej pracy. Nie ma też prawa szukać sponsorów. Jedna z dyskutantek pisała, że szukała i nikt się nie czepiał. Ach, te bale charytatywne, co byśmy bez nich zrobili. Ale jednak ponad sto tysięcy ludzi równocześnie na poszukiwanie sponsorów nie ruszy. Żyją dwie osoby, jedna chora, druga zdrowa, za półtora tysiąca. Jak się nie daje ściągnąć alimentów, a widziałem mnóstwo takich kobiet, którym się to nie udawało, albo ściągały sto, lub dwieście złotych, to te półtora tysiąca, to jest wszystko, co mają. I 24 godziny w gotowości. I tak już zostanie. Na zawsze. Nie zmieni się nigdy.
Jak to się dzieje, że się nie daje ściągnąć alimentów? Ano pracuje facet na lewo, a oficjalnie jest bezrobotny, albo rzeczywiście nie zarabia, bo jest czynnym alkoholikiem, lub narkomanem i w ogóle o świecie nic nie wie. Albo ona z dzieckiem mieszka kątem w komórce u teściowej, co to ją zrobiono z garażu. I nie musi płacić. On szybuje po świecie, alimentów nie płaci, rozwodu nie mają, ale jest ta komórka przecież, no to jej jakoś nie bardzo o te alimenty do sądu iść i o ten rozwód, bo jak pójdzie, to może i tak nic nie ugra, albo grosze, jak to ściągnąć z faceta, co nie wiadomo, z czego w ogóle żyje, a mieszkanie, jakby je miała wynająć, przecież drogie. Za półtoraka nawet pokoju nie wynajmiesz, jeśli jeszcze za to trzeba miesiąc przeżyć. No a jak tu mieszkać w komórce u byłej teściowej, jak się ma z jej synem w sądzie sprawę? Niby nie wyrzuci, ale jakoś głupio. A tak, to czasem ona choć po mleko pójdzie.
Dyskusja o sytuacji rodziców niepełnosprawnych dzieci ucichnie, jak wszystko, by ustąpić miejsca następnym tematom. Jest jeszcze jakiś tydzień, by o tym rozmawiać. Temat jest trudny. Świadomość, że można mieć nierozwiązywalny problem bez żadnej własnej winy i, że nie ma żadnej metody, by się przed pewnymi rzeczami uchronić, jest niemożliwa do przyjęcia. Umysł to odrzuca. Zwykle albo obwinia się poszkodowanego, albo skreśla zagadnienie w całości. To nieprawda, nie masz tak źle, niektórzy jeszcze gorzej mają, a w ogóle czemu tak jedna przez drugą krzyczą. Zmiana tematu, albo rozmienianie go na drobne jest jedną z metod radzenia sobie z problemem. Służy temu, by nie rozmawiać o meritum, bo jest ono zbyt przerażające.
Żyjemy w czasach estetycznych i mamy obowiązek stawać się coraz piękniejsi. Ile na to wydajemy? Prawie wszystko, co mamy. Pudrujemy rzeczywistość nawet po śmierci.
Prawdziwa tragedia rzadko bywa ładna i tego zwykle ludzie jej najbardziej wybaczyć nie mogą. Mówimy zresztą o kolejnej grupie, która nie zmieściła się w obowiązujących kanonach estetyki nieszczęść. To niebezpieczne, bo daje pretekst, by dowalić mocniej. Ci z czytelników, którzy mieli, lub mają akwarium, widzieli pewnie nie raz, co się dzieje, gdy jedna z ryb zaczyna słabiej pływać. Widać to w części komentarzy. Kilka osób naprawdę sobie nie żałuje.
W dyskusjach o niepełnosprawnych przewija się kilka wątków. Pierwszy o odpowiedzialności rodzica. Skoro wiedział, że dziecko urodzi się niepełnosprawne, czemu się na to zdecydował? Czemu mamy ponosić koszt jego decyzji? Ostrzejsi zawodnicy idą jeszcze dalej i wprost, głośno, pod własnym nazwiskiem domagają się eutanazji. Nie mówię, by tego nie mówić, ale proszę, by wiedzieć, co się mówi. Czy ten, kto pod własnym nazwiskiem to publicznie proponuje, zgodziłby się, też publicznie, to pod własnym nazwiskiem wykonać?
Może byśmy to umieścili na Youtube? Jeśli nie, to czemu nie? Co to jest za tajemnicze „coś”, co by cię, Komentatorze, przed tym powstrzymało?
Dla niektórych świat jest taki prosty, że tylko na flipczarcie rozrysować. Zdrowe dzieci po jednej. Kształcić, inwestować, pożyteczne. Chore dzieci po drugiej. Niepożyteczne, ciężar, eutanazja. Kłopot w tym, że jak ma się przed sobą żywego człowieka, to on zawsze, choćby był najbardziej chory, jest jednak też trochę zdrowy. Wprawdzie nie umie mówić, ale się uśmiecha. Patrzy w oczy. Coś wie. Albo się nie uśmiecha, ale podaje rękę.
A jak się jest z kimś, to nie podaje. Coś rozpoznaje. Albo nie widzi, nie słyszy, ale jednak bawi się klockami. Jak mu podasz klocek, to za rękę łapie i twarzy szuka. Nie trzyma wydalania, nie chodzi, ale ma jakieś swoje ulubione radio i krzyczy, jak się je wyłączy.
I co z tego za pożytek? – pyta niejeden człowiek bez piątej klepki. To jest świetne pytanie, ale chyba znam lepsze.
Czym jest pożytek? Czy wymyśleć nowy krój spodni, to pożytek? Albo śmieszną nazwę do soku owocowego? Pożytek jest rzeczą względną, bo mierzony jest subiektywnym przeżyciem odbiorcy.
Subiektywny jest też podział na wystarczająco zdrowych, by żyć i wystarczająco chorych, by ich wyeliminować. Ten osąd nigdy nie jest ostateczny. Cokolwiek wybierzemy, zawsze jest taka opcja, że ktoś inny by wybrał inaczej. Nigdy nie ma takiej ostatecznej, spokojnej pewności. Bardzo niepokojące.
Poza wszystkim – nie każde upośledzenie widać w badaniach prenatalnych, a jeśli widać, zawsze jest właśnie ta nieszczęsna kwestia stopnia. Możesz widzieć, że jest źle, ale nigdy nie wiesz, jak bardzo jest źle. Kiedy jest wystarczająco źle? Fakty same nie decydują. To ty musisz zdecydować, a podstawy decyzji są zawsze niepewne. Nie wspominając, że wielu rodziców niepełnosprawnych dzieci to ludzie bardzo już wiekowi. Ich dzieci mają nawet po sześćdziesiąt lat i więcej. Nie zawsze były badania.
Warto, żeby naukowi fantaści przyswoili sobie pewną trudną prawdę. Nigdy nie będziemy całkiem bezpieczni. Co ma zrobić kobieta, która w siódmym miesiącu ciąży ma różyczkę i pojawiły się powikłania? Co ma zrobić taka, u której przy porodzie pojawiło się niedotlenienie? A są przecież wady, które pojawiają się parę lat po urodzeniu, nie mówiąc o tym, że zdarzają się wady nabyte. No niestety, drodzy czytelnicy. Nie da się trudnych rzeczy całkiem usunąć ze świata.
Sporo było w komentarzach o dzieleniu się. Przemawia przez piszących retoryka Margaret Thatcher, bardzo znów modna wśród młodzieży z przyczyn, które postaram się niżej naświetlić.
Thatcher mówi prostą rzecz. Kto się chce dzielić? Nikt? No to się nie dzielmy. Czyż nie przyznaliście już, że nie chcecie?
Thatcher – kobieta bez winy i wstydu – nie rozumie w tym miejscu, co mówi. Oczywiście, że nikt nie chce się dzielić. Tak samo, jak nikt nie chce wstawać rano do pracy. Żadne dziecko w piaskownicy nie chce oddać swojego wiaderka. Żadne nie chce się zgodzić, by młodszy braciszek miał uwagę rodziców. Żaden uczeń nie chce powstrzymać się od ściągania na klasówce. Żaden pasażer nie ma ochoty skasować biletu. Żaden pies nie ma ochoty zleźć z łóżka.
Jeśli umawiamy się na istnienie państwa, które utrzymuje się z naszych podatków, nie znaczy to, że mamy w sobie pragnienie ich płacenia. Godzimy się na istnienie państwa właśnie dlatego, że wiemy, że tego pragnienia nie mamy. Zgadzamy się więc, by istniało coś, co nas do płacenia zmusi wbrew naszej woli, bo wiemy, że ostatecznie z tego jest większy pożytek. Głupstwo mówione przez Thatcher i powtarzane współcześnie bez cienia refleksji, opiera się na nieświadomej wierze, że można żyć w świecie, w którym do niczego nie jest się zmuszanym. Gimbaza współczesna kocha tę naiwną iluzję, a dorośli robią wszystko, by jej nie rozwiewać.
Posłuchajcie pani Margaret. Dba o słabszych, aż miło. Nawet od przemocy broni. Pobór podatków to przemoc, mówi. Ależ oczywiście, że tak. Podobnie, jak kontrolowanie biletów, budzik poranny, zmuszanie dzieci w piaskownicy, by oddały nie swoje wiaderko, powstrzymywanie dzieci przed wsadzaniem palców do kontaktu, spędzanie psa z kanapy i pilnowanie, by uczniowie nie ściągali na klasówkach. To wszystko przymus i przemoc. Nie chcemy tego. Ale musimy, bo są z tego długofalowe korzyści. Z podatkami jest podobnie. Właśnie na tym polegają, że ich nie chcemy. Czasem w życiu tak jest, że trzeba zrobić coś, choć się nie ma ochoty.
Nawiasem mówiąc, Thatcher opowiadała mnóstwo takich dobrze na pierwszy rzut oka wyglądających bzdur. Na przykład „nie ma społeczeństwa, tylko mężczyźni, kobiety i ich rodziny”. To oczywiście też w kontekście dzielenia się ze społeczeństwem i społecznego interesu. Pracuj dla siebie i dla rodziny, mówi Thatcher. Reszty nie ma.
Ale przecież, jeśli nie ma społeczeństwa, to nie ma też rodzin. Rodzinę coś musi poprzedzać. Musi istnieć p o j ę c i e rodziny. Czyli społeczeństwo, które zna to pojęcie. A kultura i społeczeństwo istnieją tylko dzięki jakiegoś rodzaju wspólnocie. Wspólnota zaś istnieje tylko wtedy, kiedy wszyscy ponoszą jakieś koszty. Nie ma społeczeństwa, które nic nie kosztuje swoich członków. Wyobraźmy sobie takie społeczeństwo, jak polskie.
Przychodzi Putin, zajmuje Białystok. A co mnie to obchodzi? Przecież ja jestem z Warszawy. Zajmuje Grochów. A co mnie Grochów, jak ja jestem z Ursynowa? Nie będziemy umierać za Grochów. Wchodzi na Ursynów, jest na Alei KEN. A co mnie KEN, jak ja jestem z Rosoła? To za KEN mam umierać? Wolność mi chcecie ograniczyć? Jadę do Londynu. Tam w wojsku służy, kto chce, a kto nie chce, to może po klubach chodzić. To ja jadę do Londynu. A jak mi się kluby znudzą, będę służył w dronach. Żadnego przymusu.
Społeczeństwo, które w ogóle nie akceptuje istnienia społecznego przymusu, w którym ludzie odmawiają jakiejkolwiek odpowiedzialności jedni za drugich i odrzucają jakąkolwiek solidarność, a uznają tylko konkurencję, nie jest w ogóle społeczeństwem, ani nawet zbiorowością, a jedynie zbiorem. Hałastrą, w której każdy patrzy tylko na własne korzyści, w sobie tylko jest zakochany i którą można kijem rozgonić. Ludzie są wtedy silni, gdy są solidarni.
Niektórzy straszą, że jak się da jednym, to zaraz przyjdą kolejni. Z pewnością tak się właśnie stanie. W filmie 300 mil do nieba jest taka scena, w której syn, co za chwilę ucieknie do Szwecji mówi do ojca: „czemu tak jest? Tyle pracujesz, a właściwie niczego nie mamy”.
Od nakręcenia tego filmu upłynęło 26 lat, a ludzi, którzy to mogą o sobie powiedzieć jakoś nie ubyło. Inaczej skąd ten strach, że w ślad za rodzicami niepełnosprawnych dzieci wyleje się rzeka kolejnych ludzi, żyjących na krawędzi? Może trzeba na nowo przemyśleć sposób dzielenia, skoro jest tylu potencjalnych „roszczeniowców”? Albo wyślijmy ich wszystkich na warsztat aktywizacji zawodowej. Nauczmy mowy ciała, poprawmy CV, znajdźmy im zasoby i na sto procent za miesiąc wszyscy już będą bogaci.
Ostatnia kwestia, praktyczna – komu zabrać? Z czego wziąć? Zarzucał mi ostatnio ktoś z Komentatorów, że propozycja moja pusta, bo nie wskazałem, skąd pieniądze.
Czym prędzej naprawiam. Trzeba dać niepełnosprawnym Stadion Narodowy w ajencję. Skoro go w wolnorynkowym kraju postawiono, w którym wszystko musi zysk przynosić, to on na pewno też zysk przynosi. Jeśli dochód z koncertów i meczów nie starczy, to niech go może sprzedadzą. Może ktoś by kupił? Chyba niemożliwe, żeby nikt nie chciał kupić, skoro on taki pożyteczny. Prywatne jest dobre, nie trzeba się bać prywatnego. W USA cały sport jest prywatny, państwo grosza na niego nie daje i jakoś działa.
Pozwólmy rodzicom niepełnosprawnych dzieci zorganizować olimpiadę zimową w Krakowie. I niech wezmą cały zysk, minus podatek. Wkład na początek mogą mieć ze sprzedaży Stadionu. A jeśli żaden prywatny inwestor Stadionu nie kupi, to może niech go niepełnosprawni Wietnamczykom wynajmą na budy. Zarobią, a jeszcze podatek zapłacą. Jeśli i to nie starczy, możemy opodatkować internetowych bukmacherów, a jeśli i to nie starczy, niech pracują sprzątając Orliki.