Irytacja kobiety przodem nie przepuszczonej nie wynika z pośpiechu. Podobnie, irytacja kobiety, której odmówiono pomocy przy ciężkim bagażu nie wynika po prostu z ciężaru walizy. Gdy mężczyzna się nie rusza, gdy powinien, wściekłości nie budzi jego brak altruizmu, chęci niesienia pomocy jak to człowiekowi człowiek, osobie osoba, dwunóg dwónogowi, Polakowi Polak i tak dalej. To nie to. Wściekłość budzi, że mężczyzna, który zignorował zasady nie dostrzegł w kobiecie kobiety.
REKLAMA
Ciekawa rzecz, że wpis Krystyny Jandy o źle wychowanych mężczyznach tyle osób poruszył. Trzydzieści osiem tysięcy lajków, to więcej, niż chyba cały portal zebrał kiedykolwiek. Setki komentarzy, jeden artykuł - odpowiedź w portalu, drugi na Wyborczej, oba też szeroko komentowane przez czytelników, jeszcze widać, że jakieś tweety przychodzą.. Co się stało? Znana kobieta oświadcza, że mężczyźni schamieli i nie zachowują się już wobec pań szarmancko. Ot, obserwacja, jak obserwacja. Czy to aż tak ważne? Ciepłą mieliśmy zimę w tym roku, prawie wcale śniegu kolejny raz z rzędu i to jakoś nikogo nie rusza, a nieurodzaj dżentelmenów owszem. Znak to wyraźny, że poruszono jakąś ważną strunę. Ale właściwie jaką?
Oczekuje się od mężczyzn, że będą się zachowywać w taki sposób, jakby kobiety potrzebowały ich pomocy. A od pań oczekuje się, że będą tę pomoc przyjmować. I więcej nawet – są urażone, jeśli jej nie otrzymują. Uchybienie tym regułom budzi ogromne emocje.
Zasady dobrego wychowania każą nam odgrywać teatr, w którym mężczyzna występuje jako ktoś w rodzaju opiekuna, a kobieta, jako ta, która przyjmuje opiekę i pomoc. Celem tego spektaklu jest podkreślenie różnicy płci i najbardziej stereotypowych ról płciowych, jakie tylko sobie można wyobrazić. I, co ciekawe, panie są nieźle wkurzone, jeśli panowie w tym spektaklu nie chcą uczestniczyć. Więcej nawet – również na mężczyznach nie wywrze dobrego wrażenia ten, kto uchybi procedurze, przechodząc w drzwiach przed kobietą, nie pomagając przy walizce, nie podnosząc upuszczonego notesu, czy nie podając ręki przy przechodzeniu przez murek, całkiem, jakby kobieta realnie nie była w stanie tego murka jednym skokiem przesadzić bez męskiej pomocy. Może. Tak naprawdę, to łatwiej czasem ten murek przeskoczyć bez tej ręki podanej, niż z ręką. Ale ręka jest oczekiwana. Dlaczego?
Bo te zwyczaje dotyczą najbardziej podstawowej tożsamości człowieka. Irytacja kobiety przodem nie przepuszczonej nie wynika z pośpiechu. Podobnie, irytacja kobiety, której odmówiono pomocy przy ciężkim bagażu nie wynika po prostu z ciężaru walizy. Gdy mężczyzna się nie rusza, gdy powinien, wściekłości nie budzi jego brak altruizmu, chęci niesienia pomocy jak to człowiekowi człowiek, osobie osoba, dwunóg dwónogowi, Polakowi Polak i tak dalej. To nie to. Wściekłość budzi, że mężczyzna, który zignorował zasady nie dostrzegł w kobiecie kobiety. Czyli nie zachował się jak mężczyzna. I ona teraz kobietą się poczuć nie może. Dzieje się tak, bo kobiety życzą sobie być spostrzegane przez mężczyzn jako kobiety.
Czemu? Bo fajnie jest być kobietą, gdy się nią jest. I życzą sobie panie, by mężczyźni zachowywali się wobec nich, jak mężczyźni.
Płeć nie jest czymś sztucznie nałożonym na „ja”, tylko jest dla naszego „ja” rdzeniem. Dlatego, gdy otoczenie nie zauważa w mężczyźnie mężczyzny, albo w kobiecie kobiety, taki mężczyzna, lub kobieta, nie czują się jak „po prostu osoby”, tylko czują się tak, jakby ich wcale nie było.
W sytuacjach zawodowych widzenie kobiet jako kobiet wywołuje często duże emocje, bo rzekomo przeszkadza w dostrzeżeniu kompetencji. To nieporozumienie. Nie przeszkadza dostrzeganie kobiety w kobiecie. Nie przeszkadza też zauważanie atrakcyjności. Nie chodzi o to, żeby koledzy z pracy przestali ją widzieć. Chodzi o to, żeby przestali być w tym prostakami. Sublimacja jest oczekiwana, ale wulgaryzowanie słusznie wzbudza złość.
Brak grzeczności męskiej wobec kobiet nie jest wynikiem „rozpieszczenia przez matki które ciągle usługują”, tylko przejawem niepewności co do męskiej roli.
Brak grzeczności męskiej wobec kobiet nie jest wynikiem „rozpieszczenia przez matki które ciągle usługują”, tylko przejawem niepewności co do męskiej roli.
W wielu komentarzach pod wpisem o nieszczęsnej walizce mężczyźni zżymają się, że oto ktoś znowu ma do nich pretensję. Jak traktujemy nierówno, to pretensja – piszą komentatorzy. A jak traktujemy równo, to też pretensja? No to w końcu czego wy dziewczyny chcecie? Mężczyzna, który tak stawia sprawę, tylko pogarsza sytuację. Mało, że nie zachował się jak mężczyzna (nie wniósł walizki), to jeszcze podkreśla, że przez dłuższy czas nie czuje się już, jak mężczyzna i, że go to boli. Głośno narzeka, że go czegoś pozbawiono i wyobraża sobie, nieszczęsny naiwniak, że jeśli dowiedzie tego za pomocą logicznych argumentów, to mocą spójności tej logiki i sprawiedliwości ogólnoludzkiej ponad podziałami, to, co utracił, zostanie mu jakoś oddane.
Nic podobnego nie ma prawa się zdarzyć. Im więcej będziesz chłopie o tym gadać, tym się bardziej pogrążysz. Widać to pięknie w słynnej scenie z Dnia świra, w której Kondrat, w drodze na urlop nad morzem krytykowany przez współpasażerki nomen omen właśnie za odmowę umieszczenia walizki na półce odpowiada zgryźliwie, że jest za pełnym równouprawnieniem kobiet. Wcześniej mógł być uznany po prostu za nieuważnego, ale tą wypowiedzią, dyktowaną z pewnością rozżaleniem z powodu masy poniżających jego męskość doświadczeń, ostatecznie definiuje się jako impotent. Coś takiego jest prawie nie do odrobienia.
Co powinien zrobić mężczyzna z tekstu Jandy? Jeśli rzeczywiście miał chory kręgosłup i jeżeli faktycznie nie kłamał i nie mógł tej walizy wnieść, to jak z tego wybrnąć? Gdy autorka zjawiła się z pakunkiem, nasz rekonwalescent powinien dać wyraźny sygnał, że to zauważył. Przepraszam, ta walizka jest z pewnością ciężka? – w innej sytuacji bym pani pomógł, niestety, bardzo mi przykro, ale właśnie miałem operację kręgosłupa i, daruje pani, ale nawet rąk nie mogę do góry podnosić przez jakiś czas. Ale proszę się nie trudzić, zawołam tego młodego człowieka, co tam stoi, on pani pomoże. Jakieś takie te półki porobili, jakby to nie mogło być półek pod ławkami.. I tak dalej. Różnie z tego można wybrnąć, może krócej, może w innym stylu, ale siedzenie i milczenie „na przeczekanie” jest najgorszym z możliwych pomysłów. To, czego zabrakło, to nie siły w rękach, tylko biegłości w formach.
Bez formy ani rusz. Nauka przepuszczania w drzwiach, pomagania przy walizce, czy podawania ręki na schodkach jest częścią edukacji takich instytucji, jak amerykańskie szkoły oficerskie. W West Point uczy się adeptów dobrego wychowania i mają mnóstwo praktycznych ćwiczeń z tego zakresu.
Czemu? Żeby cywile nie mieli okazji obserwować oficera, który jest zawstydzony i przez to zdradza objawy lęku społecznego. W jaki sposób savoir-vivre łączy się z lękiem? Co ma jedno do drugiego? Ano ma i to bardzo dużo. Nie możesz zachowywać się pewnie, jeśli nie wiesz, co wypada, a co nie wypada.
Tu dochodzimy do kolejnej kwestii. Czy naprawdę jest tak, że to mężczyźni zmienili zachowanie? Myślę, że nie tylko. Mężczyźni zmienili z pewnych szczególnych powodów, ale prócz tego wszyscy zmienili także z powodów ogólnych. Pierwszym jest odejście od zasady społecznej solidarności i zastąpienie jej zasadą indywidualnej rywalizacji. Kierowcy przestali ostrzegać się światłami przed radarem. Ludzie generalnie przestali ustępować sobie miejsca w tramwajach. Zanikł zwyczaj ustępowania miejsca w kolejce kobiecie w ciąży, ale i starszym osobom o kulach. Jeśli poprosisz, to cię przepuszczą, ale jeśli nie poprosisz, stoisz. Dbaj o siebie sam. To wyraźna zmiana. Uprzejmość występuje w ogromnych ilościach, ale głównie na linii sprzedawca-klient. Nie ma transakcji, to i nie ma uprzejmości.
Ta zmiana dotyczy wszystkich. Zastąpienie reguł zachowania opartych na wartościowaniu przez mechanizmy transakcyjne oparte na wymianie z nadzieją na zyski, prowadzi stopniowo do cywilizacyjnego regresu i właśnie go obserwujemy.
Jest także zmiana, która dotyczy tylko młodych ludzi. Od wielu lat obserwujemy modę na teorie wychowawcze, głoszące, że obciążanie młodego człowieka zbyt wielką ilością reguł może mu szkodzić. Zabija jego spontaniczność, odcina go od świadomości własnych uczuć, stresuje, wystawia na krytykę (bo jak są zasady i wymagania, to można się w nich nie zmieścić), a przez to obniża samoocenę i czyni młodego człowieka bardziej lękowym. Dla odmiany, ten, który nie będzie ograniczony przez zbyt wiele zasad, będzie spontaniczny, śmiały, będzie miał dobry kontakt ze swoimi uczuciami, wysoką samoocenę i nie będzie czuł lęku.
Jest także zmiana, która dotyczy tylko młodych ludzi. Od wielu lat obserwujemy modę na teorie wychowawcze, głoszące, że obciążanie młodego człowieka zbyt wielką ilością reguł może mu szkodzić. Zabija jego spontaniczność, odcina go od świadomości własnych uczuć, stresuje, wystawia na krytykę (bo jak są zasady i wymagania, to można się w nich nie zmieścić), a przez to obniża samoocenę i czyni młodego człowieka bardziej lękowym. Dla odmiany, ten, który nie będzie ograniczony przez zbyt wiele zasad, będzie spontaniczny, śmiały, będzie miał dobry kontakt ze swoimi uczuciami, wysoką samoocenę i nie będzie czuł lęku.
To całkowicie błędna koncepcja. Jest dokładnie odwrotnie. Jeśli młody człowiek nie jest uczony, jak się zachować, to po prostu nie umie się zachować. Jeśli nie umie się zachować, czuje więcej lęku w sytuacjach społecznych, nie mniej, ponieważ boi się wyjść na idiotę przed tymi, którzy zachować się umieją. Będzie więc unikał okoliczności bardziej sformalizowanych, a to prowadzić go będzie do unikania takich sytuacji, które mogą polepszać jego perspektywy zawodowe. W efekcie będzie słabiej sobie radził na rynku pracy, bo będzie się bał momentów, w których obowiązuje sztywna etykieta. No i będzie uciekał w sytuacje czysto towarzyskie, gdzie jest zasad jak najmniej i wszystko można pokryć żartami i poklepywaniem się po plecach.
Młodzi ludzie płci obojga bez żadnej różnicy klną na ulicy i w tramwaju najgorszymi wyrazami, publicznie piją alkohol i demonstrują skutki jego nadużycia, publicznie palą, nawet nie mając lat nastu i absolutnie nie obawiają się niczyjej reakcji. Dano im swobodę oczekując, że osoba, której się ją pozostawi, będzie trochę, jak ten szlachetny dzikus – nie skażony regułami, ale o gołębim sercu. Niestety jest dokładnie odwrotnie. Ktoś, kto nie jest nauczony, jak się ma wysławiać, po prostu nie umie się wysłowić. Dzikus jest dziki.
Wbrew pozorom, pod tego rodzaju zachowaniem kryje się olbrzymia niepewność. Taki młody człowiek, który na ulicy klnie do kolegów na czym świat stoi, w sytuacji sformalizowanej czuje się kompletnie bezradny, ponieważ czuje, że mu brak ogłady. Spontaniczność i przekonanie o własnej wyjątkowości tego nie zastąpią. Gotowe formy służą do tego, żeby nasze działanie było przewidywalne. Jeśli potrafimy przewidzieć czyjeś zachowanie, uznajemy, że ten ktoś ma z nami jakąś wspólnotę kulturową, a to rodzi poczucie solidarności i tworzy przestrzeń do budowania kontaktu. Jeśli ktoś nie kieruje się w zachowaniu żadnymi regułami, jest nieprzewidywalny, to traktujemy go jak obcego.
Teoretycy wyszkolenia West Point zauważyli, że ludzie, którzy przyswoili reguły dobrego wychowania, czują się swobodniej w sytuacjach społecznych, ponieważ te gotowe formy mogą ich chronić i podpowiadają, co zrobić, gdy spontaniczność nie wystarcza. Możesz czuć się niepewnie z głębszych przyczyn psychologicznych, ale jeśli masz dobrze przećwiczone formy, jesteś w stanie w wielu sytuacjach zachować się w taki sposób, jakby lęk był dużo mniejszy, niż w istocie jest. W efekcie ludzie odbierają cię, jako mniej lękowego, odpowiednio do tego reagują i twój poziom lęku obniża się w odpowiedzi na sposób, w jaki zostajesz społecznie przyjęty.
Przyswojenie zasad dobrego wychowania i pewnych prostych umiejętności społecznych na poziomie warsztatowym, takich na przykład, jak umiejętność rozpoczynania, lub podtrzymywania luźnej, niezobowiązującej, ale kulturalnej pogawędki (nie mylić z wywlekaniem najintymniejszych rzeczy osobie widzianej pierwszy raz w życiu, co jest fatalną współczesną manierą), może być bardzo dobrym sposobem na radzenie sobie ze społecznym stresem. Formy budują relacje, ponieważ są znane, a przez to ludzie czują się w nich bezpiecznie. Jeśli młodych ludzi pozbawia się możliwości nauki zasad, wystawia się ich w przyszłości na wiele niepowodzeń.
Ta sama reguła dotyczy tożsamości. Pewność siebie nie jest przekonaniem o jakichś niezwykłych swoich możliwościach. Pewność siebie jest pewnością tego, kim się jest, czyli swojej tożsamości i swojego miejsca. Jednoznacznie określona tożsamość i znajomość własnych zasad dużo skuteczniej obniża lęk i lepiej usuwa niepewność, niż wmawianie dziecku, że żadnych zasad nie ma, że nic go nie ogranicza i, że cokolwiek nie zechce zrobić, jest równie dobre. Jeśli wszystko jest równie dobre, to właściwie nic nie jest dobre, bo „dobre” nic nie znaczy.
Osoba tak wychowywana staje się bardzo podatna na wpływy, ponieważ bardzo pragnie, by ktokolwiek powiedział jej wreszcie, czego właściwie od niej się oczekuje. Chcesz wychować człowieka naprawdę niezależnego – naucz go zasad. Przynajmniej będzie miał przeciwko czemu się buntować.
