Najwięksi optymiści mogli jeszcze niedawno wieszczyć udział czterech polskich zespołów na Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Po porażkach laskarzy i szczypiornistów liczba ta spadła do dwóch. Przy czym wciąż trzeba być użytkownikiem różowych okularów, by wierzyć w tę liczbę. Za kilka dni swój turniej ostatniej szansy rozpoczną nasze siatkarki. I będą miały przed sobą ogromne wyzwanie.

REKLAMA
Zespołów jest osiem. Miejsce na Igrzyskach jedno. Drużyn, których awans nie byłby ogromną sensacją sześć. Najpierw trzeba wygrać chociaż dwa mecze w grupie, w której prócz Polek są Holenderki, Serbki i Rosjanki. Potem półfinał, najprawdopodobniej z Turczynkami bądź Niemkami i na koniec mecz decydujący o awansie z którąś z wymienionych już drużyn. Pięć meczów w sześć dni.
Brzmi ciężko i nierealnie? No cóż, uświadommy sobie, że analogiczną wyliczankę mają nasze grupowe rywalki. Turczynki i Niemki mają w pierwszej fazie za rywalki Chorwatki i Bułgarki, więc im może być trochę lżej na tym etapie, ale nie zmienia to faktu, że do rozegrania zostaną jeszcze dwa niesamowicie ciężkie spotkania. Awansuje jeden zespół, więc trzeba po prostu być lepszym od wszystkich.
Ostatnie wspomnienia związane z zespołem Alojzego Świderka nie są najlepsze. Na rozgrywanych jesienią ME nasze siatkarki bez straty seta wyszły z grupy wyprzedzając Rumunię, Czechy i Izrael, po czym, bez zdobycia seta, poległy w 1/4 finału z gospodyniami, czyli Serbkami. Trzeba jednak oddać, że te były wówczas w wyśmienitej formie. Występu na Pucharze Świata nie było - były tam za to właśnie Serbki oraz Niemki. Oba zespoły, co tu dużo pisać, spisały się tam poniżej oczekiwań. Rosjanek na Pucharze Świata sensacyjnie zabrakło, a to z tej przyczyny, że kontynentalny czempionat zakończyły tak samo jak nasze zawodniczki - na ćwierćfinale. Poległy tam z Turczynkami, w sposób wręcz kompromitujący markę Sbornej, 0:3. Jeśli chodzi o Holenderki, to mamy kolejny zespół, który ME zakończył na miejscach 5-8. Pomarańczowym można jeszcze dorzucić, że do zeszłorocznego World Grand Prix nawet się nie zakwalifikowały. Problem zaczyna się w szukaniu słabości u Turczynek. Świetne Mistrzostwa Europy zakończone zdobyciem brązowego medalu, własna hala... i to dokładnie ta sama hala, w której dziewięć lat temu nieznane jeszcze dość dobrze szerszej publiczności dziewczyny Andrzeja Niemczyka wygrały złote medale Mistrzostw Europy pokonując w finale gospodynie.
Naciągane? Możliwe. Cały ten wywód nie ma jednak na celu pokazania, że nasze siatkarki są faworytkami tego turnieju. Chodzi raczej o to, że nie ma faworyta. Ten turniej jawi się jako wielka niewiadoma. Nie jest to wielki powód do optymizmu samego w sobie, ale jest już na czym go budować.
Tym bardziej jak spojrzymy na zestawienie personalne naszego zespołu. Nie ma Małgorzaty Glinki, która do powrotu do kadry namówić się nie dała. Ale po za tym Alojzy Świderek ma wszystkie najlepsze siatkarki, jakie w ostatnich latach zrodziła polska ziemia. W szerokiej kadrze są nieobecne na niedawnych ME Werblińska, Kaczor, Gajgał, Zenik. Czy całą tę czwórkę zobaczymy w wyjściowym ustawieniu 1. maja w Ankarze? Może tak, może nie. Ale będziemy mieli pewność, że będzie to wynikać li tylko ze sportowej formy.
Dziś i jutro mecze towarzyskie z Niemkami. Po tych spotkaniach poznamy już ostateczną dwunastkę na turniej w Ankarze. I może to być najmocniejsza dwunastka od czasu Mistrzostw Europy w Polsce w 2009 roku.