Komitet organizacyjny Igrzysk Olimpijskich w Londynie po rozegranych na pachnącym świeżością welodromie zawodach Pucharu Świata ogłosił całkowity sukces.

REKLAMA
Po pierwsze, zgodnie z zapowiedziami, tor jest piekielnie szybki -
czterodniowe zawody przyniosły nam trzy rekordy świata.
Po drugie, czego także należało się spodziewać, obiekt dzień w dzień był szczelnie
zapełniony sześcioma tysiącami fanów, którzy stworzyli świetną atmosferę.
Po trzecie, znowu zaskoczenia wielkiego nie będzie, znakomicie spisali się
zawodnicy gospodarzy. To jest jednak prywatna radość Brytyjczyków. Lepiej
poszukajmy własnych.
Polscy torowcy na deskach olimpijskiego welodromu nie zachwycili. Mimo, że
oczekiwań wielkich wcale nie mamy. Na worek medali i rekordy świata na
pewno nie liczymy. Ale mniej lub bardziej ciche nadzieje bez wątpienia są.
Nawet zważywszy na to, że przegląd najlepszych polskich torowców na
londyńskich zawodach zaczyna się od zdobywcy siódmego miejsca w omnium
Rafała Ratajczyka. Ma on w dorobku w tej specjalności brąz ME z 2010 roku.
Poza tym jest także obecnym Mistrzem Europy w wyścigu punktowym, ale przy
okazji wyrównywania ilości konkurencji między kobietami i mężczyznami
urżnięto męski program ostro - odpadła także ta, jedna z najbardziej
efektownych, konkurencja. Ratajczyk jest więc w szerokim gronie faworytów
do medalu w wieloboju podczas IO w Londynie.
Do podobnej kategorii należy także zaliczyć sprintera Damiana Zielińskiego, a także tworzoną przez niego, Kuczyńskiego i Bieleckiego ekipę startującą w sprincie drużynowym. O Zielińskim cała Polska usłyszała najgłośniej, gdy sędziowie na ME w
Pruszkowie, w 2010 roku, okradli go z medalu. Ratajczyk z kolei, zdobyciem
Pucharu Świata w scratchu kilka lat temu (spokojnie, konkurencja oczywiście
nieolimpijska) i kilkoma innymi osiągnięciami, także, wydaje mi się,
istnieje w świadomości polskiego kibica.
Tymczasem najgłośniejszą spośród naszych cichych nadziei jest inna osoba.
22-letnia Szczecinianka Małgorzata Wojtyra w Londynie była siedemnasta, ale
niespełna rok temu temu na Mistrzostwach Świata była czwarta. Na
czempionacie kontynentalnym w Pruszkowie w 2010 zdobyła brąz. Miejsca w
czołówce Pucharu Świata? Obecne. Poważanie i respekt rywalek? Także.
Pochlebne opinie za granicą? Również. Tym bardziej, że 22 lata to wciąż
niewiele.
Istotnym wyznacznikiem siły przed IO będą Mistrzostwa Świata, które na
początku kwietnia odbędą się w Melbourne. Po pierwsze będą to ostatnie
poważne zawody przed Igrzyskami Olimpijskimi. Po drugie - to na nich
zabrzmi ostatni akord walki o kwalifikacje olimpijskie. Gosia Wojtyra może
być już pewna swego. I tutaj niestety dobre wieści się kończą. Mimo że
przed chwilą wymieniłem trzy inne szanse medalowe. W takim razie chyba
trochę zaklinam rzeczywistość, ale trudno - postaram się być przynajmniej
konsekwentny w przyszłości.
Zatem po kolei: Rafał Ratajczyk. W konkurencji omnium jest 18 miejsc. Przy
czym maksymalna pula Europejczyków wynosi 8. Polska (rankingi olimpijskie
dotyczą państw, nie zawodników) zajmuje 13. miejsce do omnium, ale wśród
pobratymców z kontynentu jesteśmy dokładnie ósmi. I mamy Duńczyków na
plecach. A właściwie nie my, tylko sam Ratajczyk i nie Duńczyków, tylko
jednego Duńczyka, który wystąpi w Melbourne. I trzeba go pokonać.
Jeśli chodzi o panów sprinterów, to sytuacja wygląda następująco: z
rankingów do konkurencji indywidualnych nie mamy szans - bezpośredni awans
otrzymują przedstawiciele zaledwie ośmiu najlepszych nacji. Ale.
Kwalifikacja zespołu sprinterów daje po jednym miejscu w sprincie i
keirinie. A sytuacja sprinterów jest paralelna do sytuacja Ratajczyka - w
tej chwili jesteśmy na igrzyskach, ale tylko jedna lokata dzieli nas od
porażki. A na nasze potknięcie czekają Holendrzy.
Liczba naszych torowców, których możemy zobaczyć w Londynie plasuje się
między jeden, a pięć. Szkoda, że szansy na olimpijski start nie dostanie
Katarzyna Pawłowska. Nasza dwudziestodwuletnia wschodząca gwiazda toru jest
wprawdzie w ścisłej światowej czołówce, jej specjalnością jest jednak
wywalony z olimpijskiego programu wyścig punktowy.
Szukanie medali na welodromie jest pewnie działaniem mocno na wyrost. Ale
nie da się ukryć, że grubej większości dyscyplin w naszym kraju sukces jest
potrzebny jak tlen i tego sukcesu trzeba szukać. Albo inaczej - trzeba
osiągnąć sukces bez pieniędzy, aby pojawił się pieniądz na kolejny sukces.
Przy czym nawet dwa, czy trzy medale ze złotem na czele na pewno nie
wystarczą. Ale żeby chociaż ktoś zwrócił uwagę. Może nie będzie przełomów
systemowych, ale ktoś rzuci pieniądz choćby na tych najlepszych. Może
stanie się po prostu cokolwiek. Ale się stanie.
Połączenie pieniędzy i kolarstwa torowego kojarzy się w Polsce przede
wszystkim z BGŻ Areną. Dwukrotnie przekroczony budżet, nieumiejętne
wykorzystanie obiektu, krach finansowy PZKol. I na dodatek projektanci nie
pomyśleli o możliwości rozbudowy obiektu do olimpijskiego standardu
pięciotysięcznej liczby miejsc na trybunach. Trochę jak ze Stadionem
Narodowym. Oba obiekty trzeba by wpierw rozorać, by potem mogły stać się
olimpijskimi. No chyba, że na Narodowym chcemy przyjąć tylko piłkarzy
nożnych i rugbistów, a nowy, jeszcze większy, stadion postawić gdzieś
indziej.
Kolarstwem torowym Polska raczej nigdy stała nie będzie (choć przecież
właśnie w tej dyscyplinie zdobyliśmy pierwszy olimpijski medal). Za to
Brytyjczycy na pewne torowców z odpowiednimi honorami przyjmą. Z resztą sir
Chris Hoy byłby zapewne jednym z faworytów bukmacherów do zapalenia
olimpijskiego znicza, gdyby nie jeden drobny fakt. Jest on wprawdzie
gwiazdą brytyjskiego kolarstwa, ale uściślając fakty jest on gwiazdą
szkockiego kolarstwa. Tak więc prędzej należy się go spodziewać w roli
ostatniego członka sztafety przy okazji Igrzysk Wspólnoty Brytyjskiej w
Glasgow za dwa lata.