Dyskusje o bojkotach jakby ucichły, hasło "farbowany lis" przewija się w kontekście wpadki niemieckiej dziennikarki dotyczącej Kuby Błaszczykowskiego. Autostrady i inną infrastrukturę otwieramy ciesząc się z niej, a nie rozważając prawidłowość przetargów. Szybko ucichły absurdalne, jak na ten moment, rozważania o ewentualnym następcy Smudy... Nie ma co dalej wymieniać. Bo to już za nami. Do Mistrzostw Europy w Polsce i na Ukrainie odliczamy już godziny, więc chyba już wszyscy zrozumieli, że czas na ostatnie techniczne przygotowania i, przede wszystkim, piłkę nożną.

REKLAMA
Wrocław już czuje EURO. Przez Rynek normalnie przejść się nie da, bo powstaje Strefa Kibica. Z centrum do stadionu i z powrotem co rusz jeżdżą Setry z logiem turnieju. Na Legnickiej pucują znaki drogowe, te tymczasowe, specjalne na turniej, już porozstawiane. Dworzec już otwarty (używam słowa już, gdyż jeszcze niedawno jako datę otwarcia podawało się 7. czerwca) i, mimo ciągłych prac wykończeniowych, zachwyca. Próby stadionowej iluminacji przebiegają pomyślnie. Chorągiewki na samochodach są już standardem, flagi pojawiają już się w oknach i na balkonach prywatnych mieszkań. Po latach nerwów i pytań "czy ze wszystkim zdążymy?" okazuje się, że jak czasu jest już bardzo mało, to zaczynamy się niecierpliwić.
No bo chcemy już piłkarzy. Meczów. Emocji. Pierwszego od przeszło dwóch i pół roku meczu o stawkę polskie reprezentacji. Wokół której, na szczęście, atmosfera też się wyczyściła. Może to jest po prostu taki naturalny czas w toku takiej imprezy, ale głosy negatywne, podważające wiarę w polski zespół, są marginalne. Tudzież marginalizowane. Rozmawiamy o składach, wynikach sparingów, wybieramy swoich faworytów. Bardzo mało już w nas polityków, coraz więcej kibiców. I na tę atmosferę te pięć lat krzyków i kwików czekaliśmy.