Dwa lata na poligonie. Strzelania ślepakami, manewrów, czołgania się w błocie. Dzisiaj koniec tej zabawy. Franciszek Smuda musi otrzeć pot z czoła, uspokoić drżenie rąk, delikatnie objąć obcęgi i przeciąć odpowiedni kabelek. Teorię o meczu nadziei, meczu o wszystko i meczu o honor możemy chyba dzisiaj porzucić. Bowiem już dzisiejsze spotkanie kreuje się nam jako mecz o wszystko.

REKLAMA
Jeśli zwyciężymy, będzie euforia. Całe napięcie, przynajmniej na dzisiejszą noc, uleci. Nawet jeśli dziennikarze w telewizyjnych studiach, w prasie, czy w Internecie będą tonować nastroje, jeśli będzie to wymęczone 1:0. Bo wszyscy ci, którzy kibicami piłkarskimi na co dzień nie są, dla których ME są kolejnym wydarzeniem rozrywkowym, nie będą ich słuchać. Nie będą zadawali pytań - po prostu zobaczą, że Polacy strzelili więcej bramek i będą się cieszyć. A takich osób jest naprawdę wiele. I to w sporej mierze ludzie tego typu będą zapełniali strefy kibica. A wspólna radość na ulicach to jest to, co kreuje atmosferę. I to, co będzie pokazywane w telewizji częściej, aniżeli analiza gry.
Jeśli przegramy, Smuda zostanie zgnieciony. Cała wataha ujadaczy skoczy mu do gardła. Pewnie, że szanse wciąż będą. Ale to ogromne napięcie w nas siedzące pójdzie w złość i zrezygnowanie. Być może efekt, tak jak w poprzednim wariancie, skupi się na dzisiejszej nocy, na jutrze. Potem wrócimy do pozytywnych myśli. Przynajmniej część z nas. Bo ci, którzy Smudę krytykują niemal od pierwszego dnia (nawet nie meczu) na stołku selekcjonera (mimo, że przed wyborem, żaden antysmudowski głos się nie przebijał) uderzą ze zdwojoną siłą.
Jeśli zremisujemy, to nastroje też raczej będą negatywne. Krytycy zaczną mówić, że zmarnowaliśmy wielką szansę, że dalej będzie już tylko trudniej, że już zepsuliśmy sobie całe zawody. A z, nazwijmy to roboczo, efektu zwycięstwa, który nakreśliłem dwa akapity temu nic się nie pojawi.
Gdy Franciszek Smuda został wybrany selekcjonerem uważałem, że to dobry wybór. Co sądzę dziś? Ano to samo, bo przecież nie wydarzyło się jeszcze nic, po czym można go rzetelnie ocenić. Przecież dopiero dzisiaj pierwszy prawdziwy mecz.
Franz ma najlepszy polski zespół ostatnich lat. A przynajmniej najlepszych zawodników. Rybus, Wasyl, Murawski, czy Polański nie są na pewno słabszymi zawodnikami aniżeli ci, którzy tworzyli jedenastkę Janasa, czy Benhakkera. A zawodników ponad ten poziom mamy tym razem naprawdę wyjątkowych. Przecież cztery lata temu naszą grę mieli pociągnąć grający (może trochę duże słowo) wówczas w Racingu Santander Ebi Smolarek i gwiazda polskiej Ekstraklasy Roger Guerreiro. Gdzie im do naszych obecnych gwiazd?
A co we Wrocławiu? Jest już coraz bardziej biało-czerwono. A nawet biało-czerwono-niebiesko, bo barwy i emblematy rosyjskie i czeskie też przewijają się przed oczami. Do tej mozaiki można jeszcze dodać zieleń. Odzianych w ten właśnie kolor miejskich wolontariuszy jest na mieście mnóstwo. Albo i jeszcze więcej.