Jutro wieczorem na Stadionie Olimpijskim w Londynie zapłonie olimpijski znicz. W czyich rękach będzie wówczas pochodnia jest największą zagadką. W olimpijskich annałach koszt ceremonii, czy scenariusz części artystycznej będą jakimiś marginalnymi danymi. Nazwisko ostatniego członka sztafety zaś będzie zapamiętane na zawsze. Pofantazjujmy nieco. Zamieńmy Tamizę na Wisłę. Londyn na Warszawę. I zadajmy sobie pytanie: kogo my byśmy chcieli wpisać na zawsze w historię Igrzysk Olimpijskich?
REKLAMA
Rozważania nad tym kto będzie dziś bohaterem poczynił już jakiś czas temu i przyznaję, że kilka osób, które tam wymieniłem poznałem podczas pisania tekstu. Niełatwo było stwierdzić któż ma odpowiedni dorobek, reputację i jest odpowiednio inspirujący, nie obracając się pośród tych nazwisk na co dzień. Pełną oceną sytuacji możemy zrobić szukając ostatniego (a także kilkoro wcześniejszych) członka olimpijskiej sztafety wśród naszych krajanów.
Po linii najmniejszego oporu idąc: najbardziej utytułowani polscy olimpijczycy. Irena Szewińska, zdobywczyni największej ilości olimpijskich krążków, przedstawicielka królowej sportu. Jej obecność w jednym z najważniejszych momentów ceremonii byłaby obowiązkiem, ale czy nie byłoby to może miejsce wśród samego czuba komitetu organizacyjnego? Aczkolwiek członkostwo w MKOlu mogłoby zablokować taką aktywność. Albo sforsować do wyboru jednej z tych dwóch opcji. Ale to już zbyt abstrakcyjne rozważania.
Robert Korzeniowski. Najwięcej złotych medali w historii polskiego olimpizmu. Także w lekkiej atletyce, aczkolwiek chód sportowy, to nie jest to, co przychodzi nam do głowy, gdy myślimy o królowej sportu. Mam oczywiście przeogromny szacunek dla sukcesów i bycia najlepszym w swojej dziedzinie, ale nie jest to klasyka. A to także może być argument.
Obecne gwiazdy polskiego sportu? Tomasz Majewski. Złoty medalista sprzed czterech lat. Popularny, lubiany. I tutaj właściwie kandydaci do rozpalenia znicza chyba się kończą. Nasza olimpijska historia nie jest aż tak bogata, byśmy mogli przebierać w supergwiazdach. Aczkolwiek kilka nazwisk można jeszcze z pewnością wymienić. Choćby i w kontekście tych, którzy ogień olimpijski mogliby nieść przez olimpijski stadion zanim pochodnia trafi do bohatera wieczoru.
Leszek Blanik i Renata Mauer. Bohaterowie ostatnich lat w niszowych dyscyplinach. Wioślarze. Robert Sycz i Tomasz Kucharski (koniecznie razem!), podwójnie złoci. Zespół Korol-Jeliński-Kolbowicz-Wasilewski musi jeszcze popracować. Także podwójnie złoci przedstawiciele sportów walki: Andrzej Wroński i Waldemar Legień. Wracając do czasów dawniejszych Józef Szmidt, złoty trójskoczek z Rzymu i Tokio, albo Józef Zapędzki - złoty strzelec z dwóch kolejnych igrzysk.
Idąc ścieżką obecnych gwiazd: Maja Włoszczowska. Któryś z siatkarzy (pewnie Kurek, no bo kto inny). Otylia Jędrzejczak, wszak trzy olimpijskie medale to największy dorobek pośród wciąż czynnych polskich sportowców.
Choć jeśli mówimy o osobie z końcówki sztafety, to możemy trochę zerwać schematy. Adam Małysz lub Justyna Kowalczyk też by się świetnie nadawali. Z resztą ta dwójka stanowiłaby kandydatury do rozgrzania nas olimpijskim ogniem, gdybyśmy lada dzień gościli zimowe igrzyska. Naszej biegaczce w wejściu w tę rolę mógłby trochę przeszkodzić kalendarz startów. A jeśli nie, to rozstrzygnięcie mogłoby być tak trudne, że jedynym rozwiązaniem zostałby Wojciech Fortuna.
Albo jeszcze inaczej. Podpatrując Chińczyków, którzy do niesienia olimpijskiej flagi zatrudnili himalaistę. My też możemy znaleźć wspinaczy, albo żeglarzy, którzy dokonali czegoś inspirującego, wyjątkowego.
A może człowiek-symbol Władysław Kozakiewicz? Albo jednokrotny, i to "zaledwie" srebrny medalista olimpijski Czesław Lang, którego akcje podbija ciągła działalność na rzecz polskiego sportu? Można jeszcze trochę nazwisk wypisać. Podumać trochę. Może jakoś szybciej zleci ten czas do ceremonii otwarcia. Bo niecierpliwość rośnie.
I Natalia Partyka jeszcze!
