Nie ma co krzyczeć i panikować. Pewnie, że każdy mecz chcemy wygrać. I że każdy zespół na świecie jesteśmy w stanie pokonać. Ale porażka w drugiej kolejce fazy grupowej z jednym z faworytów do walki o medale nie jest ogromnym problemem. Dostaliśmy po prostu materiał do przemyśleń.

REKLAMA
Euforia po meczu z Włochami wydawała mi się nazbyt duża. Owszem, zagraliśmy dobry mecz, pokonaliśmy klasowego rywala (który w formie był takiej sobie). Dziś zespół Anastasiego już dobitniej przypmniał nam, że jest zespołem ludzkim, a nie automatem. Jedyne, co można dać zawsze i wszędzie, to walka. I to było.
Nad sportowym poziomem nie ma co deliberować. W każdym elemencie zagraliśmy słabo. Czy sprzed telewizora da się wyciągnąć jakieś istotne wnioski? Nie. Porażka sportowa była zbyt kompleksowa. Probem był w głowach, a nie w nogach i rękach. Przecież nie tylko nie zagraliśmy na maksimum swoich możliwości. Nie zagraliśmy też na średnim poziomie, jaki zaprezentowaliśmy przedwczoraj.
Wiem, że kilka tygodni temu przejechaliśmy się, przez turniej finałowy Ligi Światowej. Ale jak sobie przypomnimy sukcesy zeszłoroczne, to przypomnimy sobie potkięcia, nerwówkę. Słabsze momenty. I teraz, gdy nawet pozbawieni gwiazd Bułgarzy (a może właśnie przez to) są w świetnej formie, może się coś takiego przydarzyć. Trudno. Jedziemy dalej. Andrei Anastasiemu chyba już nauczyliśmy się ufać.