Po przeszło roku świetnej gry przyszło załamanie. Szukanie pozytywów i zaklinanie rzeczywistości było w ostatnich dniach obowiązkiem kibica. Smutnym obowiązkiem po tak długim czasie, gdy mogliśmy w pełni uczciwie i z ręką na sercu mówić o tym, że nasi siatkarze są w stanie pokonać każdego. Dziś mało kto uległby Polakom.
REKLAMA
Nie było przebudzenia polskiego zespołu. Na tym turnieju były tylko momenty. Takie jak ostatni set z Włochami. Włochami, którzy dziś świętują awans do półfinału. Z resztą tamten dobry okres gry naszego zespołu wynikał z tego, że w wyniku przewagi przeciętnych nad słabymi, ci pierwsi poczuli luz. Z resztą i Rosjanie źle zaczęli ten turniej. Od porażki z Brazylią 0:3 i przegrywania 0:2 z USA. I potem nastąpiło przbudzenie. Sborna rok temu w Lidze Światowej i Pucharze Świata pokazała, że to już nie jest ta mentalność, z którą ten zespół kojarzył nam się od lat. Z resztą od tripletu (ME) powstrzymali ich tylko grający we własnej hali, z własnymi kibicami i ścianami, bęcący w życiowej formie Serbowie. A potem, faktycznie, wymiękli i w meczu o brąz z Polakami nie pokazali pełni możliwości. Ale zespół rosyjski z tamtego sezonu jasno dał do zrozumienia, że na igrzyskach będą niesamowicie mocni. Że jest świetne nowe pokolenie, które już nie boi się wygrywać.
Z tym, że to samo można było wydedukować z postawy Polaków. Ktoś powie, że niepotrzebnie szarpaliśmy się w Lidze Światowej, a Rosjanie odpuścili i teraz tryumfują. No ale, gdy wygrywaliśmy w Sofii wszyscy przypominali, że dublet LŚ+IO jest ostatnio normą. Za dużo treningu siłowego? Przepraszam, to który selekcjoner dał swoim zawodnikom urlop dwa tygodnie przed igrzyskami? Przesadzam oczywiście, ale każdy z siatkarzy rosyjskich, włoskich, czy bułgarskich z pewnością przerzucił mnóstwo żelastwa przed turniejem. Nie ma recepty na sukces. Anastasi musi teraz usiąść i zastanowić się. Przed nim kolejny cel - Mistrzostwa Świata. Turniej, który jest umiejscowiony w kalendarzu tak jak Puchar Świata. W środku sezonu, gdy wszyscy są w gazie i tylko trzeba zebrać zawodników, przypomnieć kilka założeń, i wygrywać.
A potem Rio.
Racją jest to, że nie było tego błysku w oczach. Nie było tej agresywności, wysoko uniesionej głowy. Pytaniem jest, czy było to efektem presji, czy też po prostu brak formy. I, co za tym idzie, pewności siebie. Nasz zespół sam najlepiej widział, że to nie jest ta gra. Że kilka tygodni, miesięcy temu to działało, a teraz nie działa. Frustracja jest w tym momencie naturalna. A presja? Zagadką pozostaje jaka część reakcji polskiego kibicowsko-dziennikarskiego piekiełka docierała do naszych zawodników. Ale umówmy się - na boisku, gdy zazębi się pierwsza, druga akcja, to po prostu się gra i wygrywa. To doskonale pokazał mecz z Wlochami. Pierwsze spotkanie, trudny rywal. Gra oszałamiająca przez większość spotkania nie była, ale było zwycięstwo. Najtrudniejszy moment pokonany. Przed meczem z Bułgarami nastąpił nawrót presji?
Ale to jest trywialne: nie trafiliśmy z formą. Jakiś elemnet w cyklu przygotowawczym zawiódł. Brutalne.
Zakończył się dla nas turniej siatkarzy, ale olimpijski płomień nie zgasł. Mamy na koncie osiem krążków. Do końca cztery dni i marzenie osiągnięcia progu przyzwoitości, czyli konieczności użycia cyfry dziesiątek, do przedstawienia naszego dorobku medalowego. Dziś świetnie walczył dwie nasze zapaśniczki, bardzo blisko były kajakarki. Nie udało się, ale walka trwa. Dziś, jutro i za tydzień będziemy mówić o siatkarzach, ale im bardziej będziemy się od tych igrzysk oddalać, tym mniejsza będzie pamięć o konkretnych wydarzeniach, a większa o tym, co przeczytami w statystykach. No chyba, że w dorobku medalowym zatrzymamy się na dziewiątce, a ktoś sprytny ukuje hasło, że gdyby siatkarze... Ale to już by było zrobienie im krzywdy. A to po prostu jest sport, który ma taką naturę, że czasem wprawia nas w ekstazę, a czasem...
