Urodziłem się w 1992 roku. Śledzę zmagania kolarzy szosowych. Danych już chyba wystarczy, żeby zauważyć, że Lance Armstrong odegrał dużą rolę w pojmowaniu przeze mnie tej pięknej dyscypliny. Taki pierwszy mistrz, chyba każdy kibic jakiejś dyscypliny ma kogoś takiego, albo taką drużynę, której skład z przed wielu lat jest w stanie wyrecytować bezbłędnie na jednym oddechu. Lance Armstrong jest nie tylko symbolem sportu dla mojego pokolenia kibiców kolarstwa, jest symbolem sportu w ogóle. I nie tylko sportu. Jego fundacja na rzecz walki z rakiem zdziałała wiele wspaniałego. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że, chyba można już po prostu tak napisać, zażywał on niedozwolone środki wspomagające. A prościej rzecz ujmując: brał doping.

REKLAMA
Niektórzy byli tego pewni od lat, inni absolutnie w to nie wierzyli i pewnie wciąż nie wierzą. Byli też tacy, a przynajmniej jeden ja taki byłem, którzy podskórnie czuli, że coś na rzeczy musi być, ale chcieliby żeby dać temu wszystkiemu spokój. No bo ile lat można słuchać tego przerzucania się oskarżeniami, wyciąganiem próbek sprzed dekady, przypominania, że Lance Armstrong był najczęściej badanym kolarzem w peletonie. Teraz w końcu padł jakiś jasny sygnał. I nie mam tu na myśli tego, że Amerykańska Komisja Antydopingowa uznała Armstronga za winnego, wszak zastosował on wybieg zgodny z moimi odczuciami - rzucił to wszystko w diabły. I nie chodzi też o to, że owa komisja przedstawia wyniki różnorakich badań. Chodzi o dowód najmniej weryfikowalny i najmniej precyzyjny, ale budzący, kompletnie nie wiadomo czemu, największe zaufanie - zeznania świadków. Po prostu coraz więcej kolarzy, którzy jeździli z Armstrongiem w US Postal przyznało, że zorganizowany doping w tej ekipie był. Levi Leipheimer, David Zabriskie - to są wielkie nazwiska. I George Hincapie, pierwszy przyboczny Armstronga, napisał kilka dni temu w oświadczeniu: "Z powodu miłości, jaką darzę ten sport, jest mi bardzo trudno dziś przyznać, że przez część mojej kariery sięgałem po zakazane substancje w celach dopingowych. Na początku mojej przygody z zawodowym peletonem było dla mnie oczywiste, że ponieważ na dopingu jeżdżą najlepsi kolarze, nie ma możliwości, by wejść na taki poziom bez stosowania takich środków. Bardzo żałuję podjętej wówczas decyzji i pragnę przeprosić moich bliskich, przyjaciół i kibiców za to, co zrobiłem."
Z resztą David Millar, inny mocarz tamtych lat, który jednak już dawno temu przyznał się, odbył karę i wrócił do ścigania, przy okazji publicznej spowiedzi powiedział, że wszyscy biorą. I tak to chyba wyglądało. Jan Ulrich z którym Armstrong wojował też skończył skompromitowany. I Viranque, który wygrywał wówczas etapy na TdF, zdobywał koszulkę w grochy. Ale nie chcę teraz przywoływać modnych ostatnio tabel, gdzie wskazuje się, że w top10 TdF 2002, czy 2005 tylko jeden, czy dwóch kolarzy nie było zamieszanych w żadną aferę dopingową. To był po prostu ten smutny czas, który w całości chciałoby się wykreślić z historii kolarstwa. Ale przecież tak nie można. Z resztą czy kolarze zawsze wiedzieli co i jak? Przecież ujawnienie brudów Armstronga, to nic innego jak ukazanie kolejnej drużyny, w której doping był odgórnie zorganizowany. Aż strach brnąć w to i zadawać kolejne pytania. Bo znajdzie się jeszcze ktoś, kto odpowie, że cały zawodowy peleton to banda wyrafinowanych oszustów.
Można się pokusić o szerszą teorię. Wszyscy brali to jedno. Drugie, że od zawsze. Sportowcy robili wszystko, żeby być jak najlepszymi. A organizatorzy rozgrywek potrzebowali trochę czasu, by najpierw stwierdzić, że banana przed startem zjeść można, ale przetoczyć krwi, to już nie. I potem, żeby wyposażyć się w technologię zdolną do rzetelnej kontroli. Afera Contadora pokazała, że poszukiwacze dopingowiczów zaczynają już kręcić się w okolicach absurdu. Może po prostu nastał czas, w którym śledczy dogonili przestępców? Może nadchodzą, albo i już trwają, pierwsze od czasu wejścia w kolarstwo dużej sławy i dużych pieniędzy lata uczciwej i czystej walki? Przecież jako kibic muszę wierzyć, że to, co oglądam odbywa się na podstawie jakichś zasad.