Kim Rasmussen objął stanowisko głównodowodzącego kadry polskich szczypiornistek nieco ponad dwa lata temu. Od tego czasu reprezentacja gra coraz lepiej, ale sukcesu brak. A tym na razie byłby awans na imprezę rangi mistrzowskiej. Głupio usprawiedliwiać się pechem, ale rozgrywki są tak skonstruowane, że trzeba mieć trochę szczęścia, albo zrobić coś przełomowego. Tak jak Bogdan Wenta, który kilka miesięcy po objęciu kadry pokonał w dwumeczu Szwecję i sensacyjnie awansował na ME. W czerwcu minie osiem lat od tamtej rywalizacji. Przy okazji tej rocznicy podopieczne Kima Rasmussena zagrają dwumecz ze Szwedkami. Stawką będzie awans na Mistrzostwa Świata.

REKLAMA
Dwa lata temu, po koncertowym przejściu fazy preeliminacyjnej, Polki w play-offach natrafiły na Dunki. Fakt, iż nie awansowały one na mundial bezpośrednio z ME był już chyba wystarczającą sensacją, na jaką mogły sobie one pozwolić w tak krótkim czasie. By awansować na MŚ trzeba więc było pokonać zespół, na który równie dobrze można natrafić w finale tej imprezy. Można mówić o pechu? Można. Potem były eliminacje tegorocznych ME. Cztery zespoły w grupie, dwa awansują. Polki są w trzecim koszyku. Z czwartego idzie jakaś płotka. Z pierwszego dostajemy Rosjanki - Mistrzynie Świata 2005, 2007 i 2009. Srebrne medalistki z Pekinu. Z drugiego Czarnogórki, które dopiero pięły się w rankingu do należnej im pozycji. Dziś są wicemistrzyniami olimpijskimi i, od kilku dni, Mistrzyniami Europy. Można mówić o pechu? Można. Potem jeszcze pojawiła się furtka - Holandia zrezygnowała z organizacji turnieju, przez co zwolniło się jedno miejsce. Skorzystała z niego Islandia - najwyżej sklasyfikowana drużyna z trzecich miejsc. A rywalizowała ona z Hiszpanią i Ukrainą. Polki były w tym zestawieniu drugie, przegrywając gorszym stosunkiem bramek. Można mówić o pechu? Można.
Oczywiście - naszą jest winą, że parę lat temu wypadliśmy z czołówki i teraz trzeba się męczyć, aby do niej wrócić. Ale tamte lata trzeba oddzielić grubą kreską. Teraz jest zespół Kima Rasmussena, który potrafił, w wyżej już wspomnianych kwalifikacjach ME, pokonać u siebie Rosjanki 30:22. Który Białoruś, która miała z nami walczyć w prekwalifikacjach, rozbił 29:19 i 30:22. I który zasłużył na choć odrobinę szczęścia. Aczkolwiek w losowaniu, które odbyło się w niedzielę, szczęścia była potrzebna cała fura. Z ośmiu potencjalnych rywali tylko Czeszki wydawały się być zespołem trochę (ale tylko trochę) odstającym od reszty stawki. Los jednak ponownie puścił oko do Islandek i im zafundował tego rywala. My mamy Szwedki. Szwedki, które na ME dwa lata temu zdobyły sensacyjne srebro. Ale w tegorocznym turnieju były "zaledwie" ósme. W Londynie nie zdobyły nawet punktu. Choć z naszego punktu widzenia patrząc, to sam fakt gry na IO budzi dziką zazdrość.
Męska reprezentacja Szwecji kilka tygodni przed srebrnymi dla nich Igrzyskami Olimpijskimi w Londynie przegrała dwumecz z Czarnogórą. I nie zobaczymy zespołu Trzech Koron na styczniowym mundialu w Hiszpanii. I w tym przypadku i osiem lat temu Szwedzi przegrywali jedną bramką. Dwumecze te łączy też fakt, że rewanże odbywały się poza Półwyspem Skandynawskim. W czerwcu drugie spotkanie także będzie w Polsce. Gdzie? Może w nowej hali w Kwidzynie, gdzie Polki rozbiły Rosjanki. Nie jest to największy obiekt w naszym kraju, ale na pewno będzie pełny kibiców, i to kibiców, którzy wiedzą o co chodzi. Może to będzie jakaś inna hala tego pokroju. Ważne, żeby była pełna. A na zapełnienie kobiecym szczypiorniakiem Hali Stulecia, czy innego Spodka jeszcze szans nie ma. Mam nadzieję, że jeszcze.
Taka już dola kibiców i dziennikarzy, że szukają jakichś mniej lub bardziej jawnych tendencji i serii, które mają sprawić, że coś się stanie po ich myśli. I ja tutaj trochę coś takiego uprawiam. Ale nie będę miał nic przeciwko, jeśli Polki pokonają Szwedki więcej niż jedną bramką. Jeśli w rewanżu nie trzeba będzie odrabiać strat. Po prostu trzeba dokonać przełomu i przeskoczyć na wyższy poziom. Bo aż szkoda rywalek naszych dziewczyn, które dostają od nich srogie lanie w fazach prekwalifikacyjnych.