Czwarta minuta spotkania. Śląsk od pierwszych minut buduje przewagę nad rywalami. Kolejna nieudana akcja Poznaniaków. Szybkie wyjście z własnej połowy. Podanie w pole trzech sekund minimalnie nie w tempo, ale jest jeszcze okazja by zagrać tyłem do kosza. Na plecach dwa razy młodszy Jakub Parzeński. Obrót za tablicę, przejście na drugą stronę obręczy, rzut jedną ręką o deskę...

REKLAMA
I dziki ryk. Konfetti z tub niezwłocznie strzela pod sufit hali Orbita. Ci, którzy pocięte gazety w ruch wprawiali ręcznie mieli chwilkę opóźnienia, ale to nie było istotne. Poznaniacy wznawiają grę, ale szybko się zatrzymują - czyżby w tym tumulcie usłyszeli gwizdki sędziów? Obecni na meczu notable już zapinają marynarki i wstają z krzesełek, już przygotowywany jest specjalny puchar. Trener drużyny gości wściekle tłumaczy coś jednemu ze swoich zawodników, ale chwilę później oklaskuje bohatera wieczoru. Tak jak cała hala - kibice, zawodnicy, dziennikarze, sędziowie - wszyscy. Bohater wieczoru zmienia koszulkę - obok dziesiątki z którą biega od lat pojawiają się jeszcze trzy zera.
A tu trzeba jeszcze dograć mecz. Po kilku minutach wracamy do gry. Śląsk wciąż powiększa przewagę. A nasz rekordzista śrubuje swój rekord, kolejna udane manewry pod dziurą, celny rzut zza łuku, punkty z półdystansu. Rekord nie wynosi już 10 001, jak w czwartej minucie meczu, a 10 012. Ani przekroczenie magicznej bariery, ani przerwanie meczu, ani czekanie przez niemal całą przerwę i kilka pierwszych minut trzeciej kwarty na kilkudziesięciosekundowy wywiad na żywo w wiadomościach sportowych kanału pierwszego telewizji publicznej nie były w stanie zdekoncentrować króla polskich parkietów. Tylko trener Rajković został chyba lekko zbity z tropu, gdy po spojrzeniu na ławkę rezerwowych zobaczył swoich zawodników pokazujących kapitana stojącego obok redaktora TVP Sport.
A po meczu ceremonii ciąg dalszy: czerwony dywan, tron, korona, kolejne prezenty, laudacja autorstwa Sławomira Szulca, ogromny tort. I krótki wywiad z bohaterem podczas którego potwierdził on, że to jego ostatni sezon w zawodowej karierze. Spiker przeprowadzający wywiad zwrócił mu uwagę, że Michael Jordan trzy razy kończył karierę, ale wracał. Wówczas ktoś na trybunach zadał zasadnicze pytanie: a kto to jest Jordan?
Takich akcji jak ta opisana na wstępie Adam Wójcik wykonał w swojej karierze mnóstwo. Pierwsze punkty, zapewne także po świetnych manewrach pod obręczą, zdobywał w sezonie 1987/88. Piszę zapewne, bo ciężko mi to jasno określić - wszak nie było mnie jeszcze wówczas na świecie. Tak samo jak kilku zawodników, którzy biegali wczoraj obok Oławy. A gdzieś w Jugosławii 16-letni Miodrag Rajković pewnie jeszcze nie myślał o karierze trenerskiej.
Na świecie nie było też Kuby Parzeńskiego, którego Wójcik ograł w akcji na 10 000 punktów. Był za to jego ojciec, który z kolei dzierży rekord największej ilości meczów w Polskiej Lidze Koszykówki. Tego wyniku Oława już nie poprawi. Ale pamiętajmy, że kilka lat spędził on na parkietach poza naszym krajem, że niedawno na wiele miesięcy wykluczyła go z gry kontuzja.
Chyba że jednak zmieni zdanie. A jak nie, to wzorem Parzeńskiego seniora pośle do boju syna. A w gruncie rzeczy dwóch - obaj już trenują w zespołach młodzieżowych.