Siatkarze Skry Bełchatów z pewnością należą do najściślejszej europejskiej czołówki. Nawet jeśli uznamy, że w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów zagrali oni tylko trzy trudne mecze spośród których wygrali jeden (w fazie grupowej u siebie z Tours). A w gruncie rzeczy z wielką europejską marką zetknęli się li tylko raz - w niedzielnym finale z Zenitem Kazań.

REKLAMA
Szkoda, że ten przewspaniały mecz skończył się tak jak się skończył. I nie chodzi tu tylko o wynik, ale i o ostatnią akcję. Zamiast analizować to czemu nie wygraliśmy mając kilka piłek meczowych w górze zaczęła się nagonka na arbitrów. Mimo że po meczu można było odnieść wrażenie, że żadna z drużyn nie zasłużyła na porażkę, to jednak powrót pamięcią do czwartej partii pokazuje przegranego. I tym przegranym jest Skra. To Bełchatowianie zdobywali punkty. I te dla siebie i te dla Kazania. W tie-breaku z kolei było na odwrót. To Zenit dyktował warunki. Nasza, jak wskazywał jednakowoż tylko wynik, przewaga opierała się na błędach własnych Rosjan. Skakaliśmy z radości częściej po autowych atakach rywali niż własnych udanych akcjach. Okazało się, że odwrotność scenariusza nie daje odwrotności wyniku. W czwartej i piątej partii Bełchatowianie pokazali, że, po prostu, nie są najlepszą ekipą na Starym Kontynencie.
No tak, tylko że zaraz będzie krzyk i lament, że droga, którą zespół Skry musiał pokonać, aby w tym finale się znaleźć była śmieszna w porównaniu z bojami swoich rywali. Pewnie że tak. Ale to nie wina siatkarzy. Ich winą jest to, że tego meczu z Kazaniem nie wygrali. Półfinał, w którym ślepy los [(...) - dzięki za napomnienie, patrz komentarze] przyznał Bełchatowianom Turków musiał pójść po ich myśli. Mieli odpuścić, bo ich niedobry prezes za bardzo chce im pomóc? Dostali kilkanaście tysięcy swoich ludzi na wokół boiska, łatwiejszą ścieżkę, obycie z systemem wideoweryfikacji. No ale trzeba wygrać ostatnią akcję.
To 2:3 to porażka zawodników, trenera. Pewnie że wiktoria nie uciszyłaby doszczętnie krytyki spraw systemowych. Ale czy o tym myśleli Kurek z Zatorskim, gdy byli na boisku?
To, że system jest co najmniej dziwny wiadomo powszechnie. A przecież jeszcze kilka lat temu gospodarza F4 wybierano po ćwierćfinałach. W taki sposób gospodarzem finału Ligi Mistrzów w 2002 roku zostało Opole - wówczas do czwórki awansował Mostostal Kędzierzyn-Koźle. A w roku 2009 turniej finałowy odbył się w Pradze, mimo że zespół z tego miasta w LM nie uczestniczył, zaś jedyny reprezentant czeskiej ligi odpadł w fazie grupowej. Tak jak w Lidze Mistrzów piłkarzy nożnych. Albo ręcznych - tam już od miesięcy wiadomo, że turniej finałowy odbędzie się w Laxness Arena w Kolonii, swoją drogą podobnie jak rok temu i dwa lata temu, czyli w całej historii istnienia turnieju Final Four w tych rozgrywkach. Wcześniej był po prostu mecz i rewanż.
Niestety nie ma raczej czasu w europejskim kalendarzu na rozegranie rywalizacji finałowej w formacie "gra do 3/4 zwycięstw". To by mogły być naprawdę piękne batalie. Z rozgrywek ligowych w siatkówce, i nie tylko, dobrze wiemy, że to jest coś.
Skra przegrała, siatkarzy szkoda, prezesa trochę mniej, ale to jeszcze nie koniec. Kolejnym hitem tegorocznych europejskich rozgrywek klubowych pod egidą CEV jest fakt, że finał najbardziej prestiżowych rozgrywek odbywa się jako pierwszy. I przed nami jeszcze dwa finałowe dwumecze. Resovia gra o puchar CEV z Dynamem Moskwa, zaś o wiktorię w Challenge Cup będą rywalizowały AZSy z Warszawy i Częstochowy. Skoro nie mamy argumentów by zatkać usta gadającym na Skrę i jej prezesa, to chociaż możemy uciszyć tych którzy wyśmiewają hasło "PlusLiga trzecią liga Europy".