Najgłośniejszą postacią zakończonych właśnie Mistrzostw Świata w lekkoatletyce została niewątpliwie Jelena Isinbajewa. Trudno być zdziwionym. Myślę, że kibice, którzy dzień w dzień zasiadali na trybunach Stadionu na Łużnikach zgodziliby się z tym wyborem, mimo, że sprinterskie triplety Usaina Bolta i Shelly-Ann Fraser-Pryce także robią ogromne wrażenie.
REKLAMA
Isinbajewa, mimo że podobnie jak Jamajczycy była faworytką, wygrała jednak w sposób wyjątkowy. Wynik 4,89 nie powala na kolana. Wielkim wydarzeniem było to, że pokazała ludzką twarz. Trudno było nie mieć do niej ogromnego szacunku za jej wszystkie medale i rekordy, ale tłumów nigdy nie porywała. Była po prostu profesjonalistką, która robiła swoje. Zdobywała złota i biła rekordy, a w międzyczasie siedziała pod kocem i koncentrowała się. Ten koc stał się nieomal symbolem tej rosyjskiej tyczkarki. Zaś koncentracja to była jej siła, która w końcu stała się przekleństwem, które dobrze pamiętamy z Mistrzostwa Świata w Berlinie przed 4 laty. Odzyskanie formy psychicznej okazało się trudniejsze od nadrobienia zaległości czysto sportowych. Ostatni złoty medal na wielkiej imprezie pod gołym niebem to zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. Tutaj, swoją drogą, pojawia się dodatkowy element świadczący o wielkim szacunku do Isinbajewej. 5 lat bez wielkich osiągnięć, nieomal 2 lata przerwy w startach w międzyczasie, a i tak wciąż to ona stała na szczycie hierarchii tyczkarek.
Isinbajewej puszczającej oko do kamery podczas konkursu nie spodziewał się chyba nikt. Tym razem Rosjanka nie walczyła o pobicie rekordu, tylko o złoty medal i radość kibiców. Okazało się, że są to niezgorsze inspiracje. Walczyła z konkurentkami, a nie z sobą. Oglądała ich próby. Sama popełniała błędy. Reagowała na zachowanie publiczności, bawiła się z nią. W Isinbajewej obudził się normalny, serdeczny człowiek. Można było zapomnieć o starej zasadzie neutralnych kibiców "bij mistrza". Dawniej Isinbajewą oglądało się, żeby zobaczyć wspaniały wynik. Na Łużnikach chciało się oglądać ją samą. I życzyć jej sukcesu jak nigdy przedtem.
Oczywiście, obecność kilkudziesięciu tysięcy rodaków była potężnym katalizatorem. A ich z Isinbajewą zawsze nie będzie. Ale, jak powiedziała na konferencji prasowej, teraz zamiaruje zostać matką. I może wrócić w Rio. Mam nadzieję, że jej się uda. Bo raczej spodziewam się zobaczyć sportsmenkę bliższą tej sprzed kilku dni, aniżeli sprzed kilku lat.
I tylko szkoda, że świat skupił się na innych słowach rosyjskiej multimedalistki z owej konferencji. Czy raczej szkoda, że te słowa padły. Sport ma za dużą siłę oddziaływania. Coraz ciężej cieszyć się nim samym w sobie.
