Miała być wojna i była wojna. Naprzeciwko siebie stanęły zespoły, które nie zwykły odpuszczać. Dziś przegranymi są Polacy. Ale za dwadzieścia kilka godzin sytuacja może prezentować się zgoła inaczej.
REKLAMA
Gra, którą dzisiaj pokazał nasz zespół mogła się podobać. Finału olimpijskiego na pewno byśmy nią nie wygrali, ale na sam awans do najważniejszej imprezy czterolatki mogło wystarczyć. Tak już ułożony jest europejski, i światowy zarazem, krajobraz szczypiorniaka, że chętnych jest dużo, poziom wysoki i równy, a liczba miejsc ograniczona. I takie momenty jak końcówka dzisiejszego meczu mogą decydować o ekspresowej podróży relacją niebo-piekło.
Ale przecież nie jestesmy jeszcze w piekle. Nie należy spodziewać się potknięcia Serbów z Algierią, należy za to spodziewać się ostrej walki z Hiszpanami, którzy najprawdopodobniej już dziś w nocy będą świętować nie tylko Zmartwychwstanie Pańskie, ale i awans szczypiornistów na letnie Igrzyska XXX Olimpiady. Nigdy nie wiadomo jak to wpłynie na grę. A nie wiem, czy chcę takiej sprawiedliwości, że co Serbowie dostali w styczniu w Belgradzie, teraz zostanie im w równie mało wyrafinowany sposób zabrane.
Hiszpanie byli przed turniejem skazywani na sukces. Zawody miały się sprowadzić do meczu Polska-Serbia. Ale Vujin z kolegami już wczoraj nieomal obalili ten koncept. Dali jasny sygnał, że z tymi Hiszpanami, to nie ma co przesadzać. Do szczęścia będzie nam potrzebny jeden punkt. Nie będzie łatwo, bo nie o to w tej zabawie chodzi, żeby było łatwo. Chodzi o to, żeby wygrać. Choćby i remisem, który dziś doprowadza nas do płaczu.
