Konferencja Donalda Tuska chyba mu nie ułatwi zadania odcięcia się od niewątpliwie największej dla jego rządu afery związanej z treścią rozmowy między prezesem NBP Markiem Belką a szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem. Nikt rozsądny nie uwierzy, że jego najbliższy dzisiaj współpracownik działał na własną rękę. Zwłaszcza, że Tusk, który bez skrupułów wyrzucał z rządu za drobniejsze rzeczy, w tym przypadku nie widzi powodu do dymisji Sienkiewicza.

REKLAMA
Premier Tusk usiłuje nas przekonać, iż rozmowa między ministrem Bartłomiejem Sienkiewiczem i prezesem NBP Markiem Belką, oprócz godnej ubolewania knajackiej polszczyzny, nie zawierała żadnych bulwersujących treści. Nic – zdaniem premiera – nie wskazywało w tej rozmowie na złamanie obowiązującego w Polsce porządku konstytucyjnego. Ba – dowodzi Donald Tusk – było dokładnie na odwrót, bo tak naprawdę obydwaj panowie rozmawiali przecież o tym, jak rząd i bank centralny mogą razem działać dla dobra Polski.
Każdy, kto zapoznał się z treścią rozmowy obydwu dżentelmenów nie ma wątpliwości, iż jej efektem było „dogadanie” prostego porozumienia: NBP wesprze rząd w trudzie finansowania deficytu budżetowego – co w konsekwencji miałoby ułatwić Platformie kolejne zwycięstwo wyborcze – za co rząd zmieni niewygodnego dla prezesa NBP ministra finansów i przeprowadzi nowelizację ustawy o NBP.
Donald Tusk obrażając naszą inteligencję usiłuje udowodnić, że to nieprawda, gdyż – „możecie to państwo łatwo sprawdzić” – projekt ustawy był w ministerstwie finansów złożony przez NBP na długo przed tą rozmową. To prawda. Mówi zresztą o tym w tej rozmowie sam Marek Belka, gdy pytany przez Sienkiewicza, czy jest projekt ustawy, odpowiada: – „Wszystko jest, w ministerstwie”. Bo problem, jaki z tą ustawą miał prezes Belka polegał na tym, że projekt złożony w ministerstwie leżał sobie w szufladzie i leżeć mógł przez kolejne miesiące. A rozmowa ministra i prezesa spowodowała, że minister Rostowski, główny hamulcowy ustawy, odszedł, a prace nad ustawą ruszyły z miejsca.
Nagrana rozmowa aż roi się od dowodów, iż obydwaj rozmówcy naruszają konstytucyjny porządek, zgodnie z którym obydwie instytucje – rząd i NBP – są od siebie niezależne. A tu widzimy, jak członek rządu usiłuje wpływać na politykę finansową banku centralnego (postuluje, by NBP zaczął finansować deficyt) a prezes banku usiłuje wpływać (jak się okazuje potem – skutecznie) na skład rządu. Trudno dziwić się premierowi, że twardo broni tezy, iż on nie posyłał swojego ministra na tę kompromitującą rozmowę. Tyle że w tej sprawie wiarygodność Donalda Tuska jest – używając języka jego ministra – jak „kamieni kupa”. Nawet nie trzeba kopnąć, by się rozleciała. Doszczętnie wiarygodność premiera niszczy fakt, iż nie dymisjonuje on ministra Sienkiewicza. Co więcej – każe mu tę aferę wyjaśnić. I bynajmniej nie chodzi premierowi o to, by minister Sienkiewicz wytłumaczył się ze słów, które wtedy wypowiedział. Zadaniem ministra ma być jedynie wykrycie tych, którzy słowa te nagrali i ujawnili.
Jeżeli – czego wykluczyć nie można – to Donald Tusk wysłał ministra Sienkiewicza na tę rozmowę, to sam powinien podać się do dymisji. Jeżeli – co mniej prawdopodobne – Sienkiewicz odbył tę rozmowę z własnej inicjatywy i wypowiadanych słów nie konsultował ze swoim szefem, to premier powinien Sienkiewicza zdymisjonować natychmiast. Jedynym wytłumaczeniem, dlaczego tego nie robi, jest to, że sam go tam posłał.
Ale poza wszystkim innym, ministrowi Sienkiewiczowi należy się dymisja z jeszcze jednego powodu. Bo co to za minister spraw wewnętrznych, nadzorca wszelkich służb i policji, który o ważnych sprawach zamiast w biurze rozmawia w knajpie – i daje się nagrać. To równie straszne, co śmieszne. A Polska to jednak zbyt poważny kraj, by mieć budzącego śmiech ministra od policji.