Prolog francuskiego wyścigu o prezydenturę wygrał François Hollande. I ma olbrzymie szanse, by za dwa tygodnie wygrać II turę. To nie jest dobra wiadomość.

REKLAMA
François Hollande reprezentuje tę samą Partię Socjalistyczną, która dała Francji prezydenta François Mitterranda, uważanego dzisiaj przez Francuzów za prezydenta wybitniejszego niż de Gaulle. Ale Hollande nie tylko nie ma charyzmy swojego wielkiego poprzednika – nie ma też tak cenionego u Mitterandta poczucia odpowiedzialności.
Jeśli Hollande za dwa tygodnie zdobędzie Pałac Elizejski, to możliwe są dwa scenariusze.
Pierwszy, to realizacja przez Hollande’a przedwyborczych obietnic. A te kompletnie nie współbrzmią z problemami, przed którymi stoi Francja i Europa. Hollande obiecuje bowiem obniżenie wieku emerytalnego, utworzenie nowych miejsc pracy – ale tych, opłacanych z budżetu, wprowadzenie 75% podatku dla najlepiej zarabiających. Tego rodzaju działania nie pobudzą francuskiej gospodarki, a jedynie mogą zwiększyć i tak już niebezpiecznie wysokie zadłużenie państwa. Jak by tego było mało, Hollande zapowiada także renegocjowanie dopiero co podpisanego paktu fiskalnego – a to z racji pozycji Francji w Unii Europejskiej powinno niepokoić wszystkie kraje członkowskie, w tym i Polskę.
Drugi scenariusz, który nie najlepiej świadczyłby o etycznym wymiarze François Hollande’a, to wycofanie się z tych wszystkich obietnic. To – moim zdaniem – byłby dla Francji i Europy scenariusz lepszy, ale Francuzom uświadomiłby smutną prawdę, że na prezydenta wybrali człowieka, który w kampanii wyborczej albo świadomie mijał się z prawdą, albo – co by znaczyło, że jest po prostu niekompetentny – nie do końca wiedział, o czym tak naprawdę mówi.
Mój polityczny przyjaciel, centrysta François Bayrou był w tej kampanii pewnie jedynym politykiem, który mówił Francuzom prawdę. Także tę bolesną, że żyją oni ponad stan. Bayrou zdobył ok. 10% głosów. Niestety 10% głosów zdrowego rozsądku to za mało, by wygrać.