Rząd Donalda Tuska zdaje się być najbardziej prochiński ze wszystkich dotychczasowych. Początkowo tłumaczyłem to sobie motywacjami "turystycznymi" czołowych polityków PO, bo pamiętamy jak to w celach „gospodarczych” wicepremier Schetyna i minister Drzewiecki musieli odwiedzić Chiny koniecznie w trakcie olimpiady, by najwięcej czasu poświęcić kibicowaniu.

REKLAMA
Ale być może odpryskiem tamtej wizyty było zaangażowanie ministra Grabarczyka w promocję chińskich wykonawców – w domyśle „tańszych” i „lepszych” – przy budowie autostrad. Jak to się skończyło – wszyscy wiemy. Autostradą A2 nie dojedziemy na EURO 2012 do Warszawy, a polscy podwykonawcy, którzy nie dostali od Chińczyków należnych pieniędzy, stoją dziś na skraju bankructwa.
A teraz okazuje się, że jesteśmy w centrum chińskiej ofensywy inwestycyjnej w Europie Środkowej. Już słychać, że Chiny będą przez Polskę wchodzić do Europy. Pozornie to dobra wiadomość. Chcą inwestować – niech inwestują. Jeśli do tego potrzebują jeszcze naszej pomocy, to tym lepiej, bo jeszcze na tym coś zarobimy. Jako liberał powinienem cieszyć się z każdych pieniędzy, które będą napędzać polską gospodarkę.
Druga strona medalu już nie wygląda tak dobrze. Niezorientowanych informuję, że mamy tu do czynienia ze schematem, który Chiny powielają po raz kolejny. I zawsze robili to z dobrymi dla siebie efektami. Podobnie Chiny działały w Afryce czy republikach środkowej Azji. Ten „chiński syndrom” sprowadza się do tego, że najpierw wybiera się kraj, który w szczególny sposób się "dopieszcza", potem się inwestuje, by na koniec przejąć duże segmenty gospodarki.
Oczywiście Polska to nie Afryka i znacznie trudniej wywierać na nas nieformalne wpływy. Nasza gospodarka jest znacznie bardziej zintegrowana z silnymi krajami Unii.
Ale jest jeszcze jeden aspekt, o którym nie możemy zapominać, gdy obserwujemy chińskie wejście w polską gospodarkę. Chiny nie są krajem demokratycznym a kapitał przychodzący stamtąd jest uzależniony od polityki państwa czyli partii. Strategicznym celem Chin jest poszerzenie ich wpływów – nie tylko gospodarczych, ale także politycznych – i to w skali globalnej. Nie chciałbym, by kiedykolwiek Polska uległa tym wpływom i – by z powodów relacji gospodarczych z Chinami – przestała na przykład bronić prawa demokratycznego Tajwanu do swojej niezależności. Nie chciałbym także, byśmy – tylko dlatego, że przychodzą do nas juany – wzruszali ramionami na powszechne łamanie praw człowieka w Chinach.
Nigdy też nie powinniśmy pozwolić, żeby w Polsce – zwłaszcza w sektorze surowcowym – decydowały siły polityczno-gospodarcze nie związane z naszą strefą bezpieczeństwa i rozwoju, czyli najogólniej rzecz ujmując, siły spoza strefy euroatlantyckiej.
Tak więc do tego nagłego chińskiego ożywienia podchodzę ostrożnie. Widzę pozytywy, ale nie jestem wolny od poważnych zastrzeżeń. I trochę się dziwię, skąd nagle w otoczeniu Donalda Tuska tylu prochińskich lobbystów. Aż mi się wierzyć nie chce, by nie wiedzieli na czym polega „chiński syndrom” charakteryzujący chińską ekspansję gospodarczą.