Pewien teatr w centrum Warszawy pozwolił sobie na użycie wizerunku norweskiego mordercy z wyspy Utoya, by zareklamować jedno z przedstawień. W ten sposób jedna z czołowych w stolicy instytucji kultury wykazała się całkowitym tejże kultury brakiem.

REKLAMA
Sięganie po wizerunek zbrodniarza, który pozbawił życia 77 niewinnych ludzi świadczy o braku szacunku dla ofiar. Choć nie jest to żadne usprawiedliwienie dla warszawskiego teatru, to nie mogę nie zauważyć, że teatr ten „popłynął” na niedobrej fali, od lat widocznej w mediach i popkulturze, gdzie niezdrowa ekscytacja złem góruje nad pamięcią o tych, którzy zła tego byli ofiarami. Na takiej właśnie fali – by sięgnąć po jeden z wymowniejszych przykładów – mało kto pamięta dzisiaj nieszczęsne ofiary zbiorowego mordu w kalifornijskim domu Romana Polańskiego, ale prawie wszyscy znają nazwisko mordercy odsiadującego dożywocie w amerykańskim więzieniu.
W starożytnym Rzymie ludziom zło czyniącym wymierzano nieraz dodatkową karę – damnatio memorie czyli potępienie pamięci. Damnatio memorie oznaczało, że pamięć o niesławnej postaci powinna zaginąć na wieki. To bardzo mądra kara. Zwłaszcza dlatego, że wielu seryjnych morderców – a norweski terrorysta na pewno – dopuszczali się czynienia zła między innymi po to, by zapewnić sobie wieczną pamięć.
Nazwy warszawskiego teatru nie wymienię. Bo w kontekście skandalu z wywieszeniem wizerunku norweskiego zbrodniarza, teatr ten zasługuje przynajmniej na czasową karę damnatio memorie. Mam nadzieję, że i bez tego dyrekcja teatru – złożona przecież z przyzwoitych ludzi – kontrowersyjny plakat szybki zdejmie.