I obawiam się – nie ostatnia. Niespełna trzy tygodnie temu pisałem w tym miejscu, jak to prawo podatkowe w Polsce bazuje nie tyle na uchwalanych przez Sejm ustawach, co na „twórczych” interpretacjach tychże ustaw dokonywanych przez urzędników fiskusa. Dzisiaj kolejna odsłona tej podatkowej patologii.

REKLAMA
Wtedy (26.02.2015) chodziło o m. in. o interpretację, zgodnie z którą polski klient, który kupuje bilet u zagranicznego przewoźnika lotniczego bezpośrednio z jego strony internetowej, powinien zapłacić za tego przewoźnika 10-procentowy podatek CIT. Dzisiaj o sprawie jeszcze bardziej kontrowersyjnej bo siłą rzeczy dotykającej o wiele większą liczbę obywateli.
Resort finansów postanowił zarobić nieco więcej na gastronomii. Dotąd było tak, że jedzenie w restauracji obciążone było 8% podatkiem VAT, a napoje (w tym alkohole) – 23% podatkiem VAT. I teraz fiskus – nie zmieniając prawa – uznał, że jeżeli klient do kotleta (dotąd 8% VAT) zamówi choćby wodę mineralną (23% VAT), to całość takiej usługi gastronomicznej winna być obciążona 23% VAT-em. Czyli i woda, i kotlet.
Oczywiście ze strony fiskusa jest to bezczelna granda i rozbój w biały dzień. I gdy przy tej okazji chcę przypomnieć premier Ewie Kopacz o jej obietnicy ucywilizowania prawa podatkowego w Polsce, to muszę także zwrócić jej uwagę, że najważniejszą zmianą, jaką należy w Polsce przeprowadzić, to odebranie fiskusowi prawa do tego rodzaju podatkowych interpretacji.
A tak na marginesie – mam nadzieję, że fiskus, kolokwialnie rzecz ujmując, „przejedzie” się na tej ostatniej gastronomicznej interpretacji. Bo oczywiście nasuwa się prosty pomysł, jak uciec spod tej bezczelnej grabieży. Otóż wystarczy, się „podzielić” zamówieniem i rachunkiem. Żona „zamawia i płaci” za zupy i sznycle, mąż „zamawia i płaci” za piwa i wody mineralne. Mamy dwa oddzielne rachunki, a fiskus – i słusznie! – ma tylko (lub aż) tyle, ile miał przed owym twórczym zinterpretowaniem VAT-u w gastronomii.