Niedawno chwaliłem Piotra Dudę za jego wystąpienie w Sejmie podczas debaty nad ustawą emerytalną. Dziś jednak muszę wyrazić stanowczy sprzeciw i oburzenie wobec tego, co działo się przed budynkiem polskiego parlamentu. Nie można milczeć w takiej sprawie, jak wczorajsze zachowanie aparatczyków z "Solidarności" i polityków części opozycji. Nie można - jak niektórzy - mówić "przynajmniej nie bili się z policją" lub "mogło być gorzej". Nie można tolerować niektórych postaw, bo jak się nie reaguje, to stają się normą.

REKLAMA
Nie może być tak, że ktoś przypisuje sobie prawo, aby w imię swoich poglądów ograniczać wolności innej osoby. Nawet jeśli ludzie niechętnie patrzący na polityków z radością przyjmują zablokowanie Sejmu i problemy posłów z wydostaniem się "na wolność"! Nawet jeśli wielu oglądających wczoraj relacje sprzed parlamentu mówiło „Ale heca. Należy im się, darmozjadom". Nie można uznać, że nic się nie stało. Podstawą wolności jest prawo do okazywania swoich poglądów, ale w granicach nie ograniczania wolności innych. Wydawało mi się oczywiste ze jest to powszechnie obowiązującą norą. Okazuje się jednak, że nie. Przynajmniej nie dla wszystkich. Związkowcy mają prawo nie zgadzać się z dowolnym działaniem rządu, którego z resztą też jestem krytykiem, ale nie mają prawa w tym proteście ograniczać w tym niczyjej wolności. Nawet jeśli dotyczyłoby to tak zwanego zwykłego pojedynczego człowieka. Celowo nie odnoszę się do norm prawnych, które jeśli by zostały zastosowane, to wczorajsze zablokowanie Sejmu powinno zakończyć się karami nie mniejszymi niż 3 lata pozbawienia wolności. Nie czynię z posłów koalicji „świętych krów” objętych immunitetem. Nic z tego. Chcę tylko, aby stosowano wobec nich powszechne zasady, takie jak wobec każdego człowieka.
Świadomie w tym kontekście używam słów "aparatczycy z Solidarności", bo nie był to spontaniczny protest ludu, mimo, że chętnie tak to przedstawiano. To byli zwiezieni za związkowe pieniądze aktywiści z poszczególnych regionów i to w nader małej grupie. Żadnej spontaniczności i żadnego autentycznego protestu społecznego. Tam nie było tysięcy zwykłych warszawiaków czy ludzi w odruchu protestu spontanicznie zbierających się, aby wyrazić swój sprzeciw. To była wyrachowana i zorganizowana demonstracja aparatu związku, który z jednej strony usiłuje udowodnić że istnieje i jest "po coś" a z drugiej "wystawić piłkę" pisowskiej opozycji. Nie było tam tłumów jak w Madrycie czy Atenach. Ludzie na ulicy przechodzili obojętnie, a czasami nawet wkurzeni że duża część miasta została zablokowana. Jeśli kogoś spoza aparatu związku ta sytuacja przyciągała to tylko gapiów lub tę specyficzną grupę, która zawsze obwieszona krzyżami i symbolami patriotycznymi pojawia się na zadymach. Uciecha jest tym większa, że w ten chór wpisuje się Leszek Miller, który, przyjmuję wszelkie zakłady, jak by teraz rządził, to sam by wprowadzał podwyższenie wieku emerytalnego.
Nie jest dla mnie do zaakceptowania postawa liderów związku, którzy nakazują swoim podwładnym zablokowanie polskiego, demokratycznie wybranego parlamentu, nawet jeśli jego skład mi się nie podoba. Nie mogę zaakceptować szarpania i bicia kijami ludzi, którzy chcą przejść nawet, jeśli są posłami (!) i mają inne poglądy. Nie mogę zaakceptować słów pana Dudy, który o uderzeniu i popychaniu jednego z posłów mówi, że mu się należało, bo się nie powinien pchać. "Przecież widział, że zakazaliśmy wychodzić" - to są słowa bardziej z języka Ernsta Roehma, niż lidera związku w demokratycznym państwie. Nie mogę akceptować budowania nienawiści prowadzącej do użycia przemocy wobec kogoś, z kim różnimy się poglądami. Jako megalomańskie, zakłamane i skandaliczne uznaje sformułowania o tym, że właściwie związkowcy bronili posłów przed gniewem ludu, bo by ich rzekomo „rozszarpano”. Prawdziwy nastrój polskiej ulicy zasadniczo różni się zarówno od nadziei związkowców i pisowców na polską rewolucję, jak i od podobnych demonstracji w krajach, w których przeprowadzano emerytalne zmiany.
Nie mogę też akceptować zachowania partii czyniących związkowców swoim zbrojnym ramieniem, które jak trzeba, może wrogów zablokować lub pobić. To zawsze w historii kończyło się źle o czym nie możemy zapominać i przemilczać problemu. Z milczenia, wzruszania ramionami i lekceważenia że to "nieznaczące i karykaturalne" narobiło się już w historii wiele nieszczęść. Dlatego i ja, krytyk rządu PO i pseudoreformy emerytalnej, nie mogę milczeć.