Jarosław Kaczyński – wzorem starożytnych Greków, ogłaszających „pokój boży” na czas igrzysk olimpijskich – apeluje o zawieszenie sporów politycznych w trakcie Euro 2012. Były minister sprawiedliwości z ramienia Platformy Krzysztof Kwiatkowski deklaruje na to, że w czasie mistrzostw nie będzie krytykował PiS-u. To zasmucająca wiadomość.

REKLAMA
Tak – to bardzo zasmucająca wiadomość, bo niezwykle celnie pokazuje ona, czym na co dzień jest u nas spór polityczny. Niekiedy nie wiemy nawet, co jest istotą sporu, ale dowiadujemy się wiele, kim jest adwersarz. Najczęściej jest to indywiduum (bo chyba nie człowiek?) „nikczemne”, „podłe”, „zdolne do zdrady”, „porównywalne do Hitlera”, „wysyłające swoich bliskich na śmierć”. Bywa też „naćpaną hołotą” i osobą „chorą psychicznie”. Wreszcie kimś, komu „nie podaje się ręki”, a jego kukły pali się lub wiesza w trakcie ulicznych demonstracji.
Gdyby w Polsce spór polityczny – nawet taki, w którym racje merytoryczne odległe są od siebie jak dwa bieguny – pozbawiony był przywołanych wyżej inwektyw, a ostra polemika z poglądami drugiej strony nie bazowałaby na budowie klimatu nienawiści do politycznego przeciwnika, nie musielibyśmy niczego na czas Euro zawieszać. Można by normalnie debatować o emeryturach, podatkach, deregulacjach i kompetencjach rządzących i opozycji.
Ale w Polsce nie tyle mamy do czynienia z politycznym sporem, co z polityczną wojną, w której najważniejszym celem jest pozbawienie godności i odarcie z ludzkich cech każdego, kto jest po drugiej stronie barykady. Większość „wodzów” i partyjnych „żołnierzy” już inaczej nie potrafi.
Apel o zawieszenie takiej wojny jest słuszny. Ale jest też smutny, bo unaocznia nam zawstydzającą codzienność polskiego życia politycznego.