Wczoraj rano byłem o krok od napisania blogu pełnego oburzenia na TVP, gdy ta, atakowana przez mniejsze komitety wyborcze za zorganizowanie oddzielnej debaty Kopacz–Szydło, odpowiadała, że to zarzuty bezpodstawne, bo to przecież nie debata tylko... audycja publicystyczna.
REKLAMA
Wychodzi na to, że rzeczniczka TVP wiedziała co mówi. Bo rzeczywiście, to co zobaczyliśmy, trudno nazwać debatą.
Bo nie jest debatą, gdy dwie panie, na znane wcześniej pytania, deklamują wykute na blachę formułki.
Nie jest też debatą, gdy dziennikarze – w imię dziwnie rozumianej obiektywności – są zmuszani do wypowiadania tego samego pytania dwa razy, oddzielnie dla każdej uczestniczki, drżąc przy tym, by przypadkiem jakieś słowo w drugiej wersji nie różniło się od tego w wersji pierwszej.
Bo trudno mówić o debacie, gdy obie panie, nie bacząc czego dotyczy pytanie, mówią co chcą (czyli to, czego się w trakcie żmudnych przygotowań wyuczyły), a mogą sobie na to pozwolić, gdyż wynegocjowane wcześniej i zgodne z życzeniami obydwu sztabów reguły tego spotkania wykluczają jakąkolwiek ingerencję dziennikarzy w tego rodzaju swobodne ple-ple.
Rzeczywiście trudno to coś, co wczoraj oglądaliśmy na telewizyjnym ekranie określić mianem debaty. Ale też nie nazwałbym tego audycją publicystyczną. Bo w takowych oczekujemy jednak od uczestników pogłębionej wiedzy, poważnej analizy, intelektualnego wkładu, merytorycznej dyskusji. A to, co zobaczyliśmy... szkoda gadać.
