Piotr Duda szybko przebił się do pierwszej ligi politycznych graczy. Czy „Solidarność” pod jego przywództwem może dojść do potęgi AWS-u z 1997 roku? Czy może stać się pozytywnym zjawiskiem na coraz bardziej psującej się polskiej scenie politycznej. Uważam, że nie.
REKLAMA
Chwaliłem Piotra Dudę, gdy dwa miesiące temu mądrze reprezentował w Sejmie zwolenników niemądrego referendum emerytalnego. Ostro skrytykowałem go, gdy półtora miesiąca później, w trakcie uchwalania przez Sejm ustawy emerytalnej, podgrzewał związkowych bojówkarzy do blokowania parlamentu.
Piotr Duda ma charyzmę ludowego trybuna, co zwłaszcza widać na tle jego bezbarwnego poprzednika Janusza Śniadka. W czasach Śniadka „Solidarność” była związkowym ramieniem PiS-u. Duda działa zgodnie z zasadą, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem – stąd politycznie nowatorskie, ale nie pozbawione historycznego komizmu wspólne śpiewanie z Leszkiem Millerem „Murów”.
Te przywołane wyżej zdarzenia wskazywałyby, że obecny przywódca „Solidarności” pod względem własnej osobowości i politycznej taktyki nie poddaje się łatwo jednoznacznym ocenom. Ale problem z Dudą dotyczy znacznie poważniejszej kwestii, niż jego mniej lub bardziej przekonująca charyzma lub takie czy inne polityczne alianse.
Tym problemem jest to, jakie miejsce w dzisiejszej Polsce widzi Piotr Duda dla związku zawodowego, na ile nowoczesna jest jego wizja naszego kraju i czy potrafi on właściwie odczytać wyzwania i zagrożenia, przed jakimi stoimy.
I tu warto przypomnieć jaka była „Solidarność” 15 lat temu, gdy pod przywództwem Mariana Krzaklewskiego tworzyła zwycięski wtedy AWS. Po zwycięstwie w wyborach 1997 roku, sformowany przez AWS i Unię Wolności rząd Jerzego Buzka wystąpił z programem 4 trudnych reform, a „Solidarność” – podobnie jak w czasie rządów Tadeusza Mazowieckiego – była siłą wspomagającą ich przeprowadzenie.
Dzisiejsza „Solidarność” zdaje się kompletnie nie rozumieć, od czego może zależeć przyszła pomyślność milionów Polaków. Sprzeciwia się podniesieniu wieku emerytalnego i broni absurdalnych przywilejów emerytalnych nie zauważając, że za kilkanaście lat największą za to cenę zapłacą zwykli ludzie, w tym członkowie związku.
Na krótką metę „Solidarność” z charyzmatycznym Dudą na czele może nieco zyskać, ale w dłuższej perspektywie Polska i Polacy na takiej „Solidarności” jaką buduje teraz Duda mogą znacznie więcej stracić.
Używając języka pierwszego przywódcy „Solidarności” można powiedzieć, że – niestety – u Piotra Dudy „plusy ujemne” zdecydowanie przeważają nad „plusami dodatnimi”.
