Nim zawładnęły nami piłkarskie mecze na Euro 2012, emocjonowaliśmy budową autostrady A2 na odcinku Stryków – Warszawa. Komunikaty „zdążymy” i „nie zdążymy” wymieniały się po kilkakroć. By zwiększyć szansę na „zdążymy” podrzucono bonus w postaci tzw. „przejezdności”. I na 40 godzin przed Euro na „przejezdnej” A2 pojawiły się pierwsze samochody.

REKLAMA
Skoro zdążono z „przejezdnością”, to kto przejmowałby się księżycowym krajobrazem poboczy, brakiem trzeciej warstwy asfaltu i siatek odgradzających, a także dziwnie wyglądającymi na autostradzie ograniczeniami prędkości – nawet do 70 km/h. No i kto przyczepiałby się do tego, że na całym 100 km odcinku nie ma ani jednej stacji benzynowej.
Ja się jednak przyczepię. A precyzyjniej do tego, że do dzisiaj nie ma najmniejszego śladu, że kiedykolwiek będą. Na całym świecie autostrady planuje się i buduje kompleksowo: pasy ruchu, pobocza, zieleń, miejsca postoju, stacje benzynowe i gastronomia. U nas – nie wiedzieć dlaczego – robi się to oddzielnie: najpierw droga (jak nie na 100% to w wariancie „przejezdności”) a potem cała reszta.
Powie ktoś, że mógłbym odpuścić, bo przecież z A2 między Strykowem a Warszawą było tyle kłopotów, że cieszmy się tym, co mamy. To przypomnę co było z A2 na odcinku wcześniejszym – tym łączącym Stryków z Koninem. A było tak samo. Tam przez 4 lata nie było ani jednej stacji benzynowej i ani jednego miejsca, gdzie można by coś zjeść. Co więcej tamten odcinek – mimo wiedzy, że autostrada będzie płatna – zbudowano bez punktów poboru opłat, co spowodowało, że w dwóch miejscach, by punkty te zbudować, trzeba było wszystko robić na nowo.
Ten dziwny, polski niestety, sposób planowania i budowania autostrad, jak pałeczka w sztafecie, przekazywany jest od Polaczka do Grabarczyka i od Grabarczyka do Nowaka.